Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

Przeczytano: 3884 razy (od 2006-07-19)

 ARTYKUŁ 
Srednia ocen:0/0

Twoja ocena:brak


Jak zdobyłem swój Poznań
Autor: Wojciech Kukuła
Data : 2005-10-22

Prognozy zapowiadały deszcz jeszcze 4 dni przed maratonem. Humor i kondycja jednak dopisywały. Na 2 dni we wszystkich serwisach z pogoda pojawił się optymistyczny akcent – brak deszczu. Ruszyłem w sobotę koło południa z Opola do Poznania, aby stawić czoła po raz pierwszy czoła królewskiemu dystansowi 42,195km.

Do Poznania dojechałem zaraz po 16 i bez trudu dojechałem nad Jezioro Maltańskie. Biura zawodów nie trzeba było szukać, bo w oddali wydać było trybuny, budowany telebim, scenę i balony sponsorów. Wszystko na drugim brzegu jeziora. Spacer dobrze robi.

Masa samochodów technicznych zaparkowana dookoła budynków przy mecie, atmosfera iście maratońska. Namiot, w którym odbywały się targi przy maratonie i pasta party postawiony został zaraz przy biurze weryfikacyjnym. Przy wejściu do namiotu duże zegar odmierzający czas do startu jutrzejszego maratonu. Po kilku formalnościach, podpisanych papierkach, odebraniu chipa, koszulki i piwa maratońskiego udałem się na targi w celu zakupienia dresu i długi lycr biegowych. Wszędzie wspaniała i przyjacielska atmosfera. Mimo wielu klientów sprzedawcy byli bardzo życzliwi (specjalnie dla mnie pani podjechała do centrum Poznania po odpowiedni kolor i rozmiar dresu) i pomocni. Można było zakupić odżywki na bieg, numer zerowy czasopisma „Bieganie” (serdecznie wszystkim polecam) oraz skorzystać z komputerowej analizy biomechaniki ludzkiej stopy (aby lepiej dobrać buty) zorganizowanej przez firmę Adidas.

Po zwiedzaniu startu, Jeziora Maltańskiego udałem się do znajomych na nocleg, który okazał się oddalony o 500 metrów od startu.

Rano czułem się znakomicie. Śniadanie i miłe słowa na pożegnanie. Jeszcze w domu się przebrałem i z ojcem ruszyłem w kierunku Jeziora Maltańskiego, gdzie byłem już o 9. Tam spokojnie zacząłem sobie chodzić, po 30 minutach truchtać i rozgrzewać się. Coraz więcej biegaczy, pełno rolkarzy i czasami człowiek na wózki przemknie obok. Kibiców coraz więcej, widać ludzi udzielających pierwsze wywiady i kamerzystów rozstawiających się na drodze dobiegowej do mety i na samej mecie. Start w tym roku umieszczony był na drodze Abpa Antoniego Baraniaka. O 10:45 wszyscy już są na starcie i jeszcze znajdują miejsce na oddanie dresów i zbędnych ubrań rodzinie przy barierkach, lekka rozgrzewkę i nacieranie się maściami. Pogoda jest prawie idealna – prawie pełne zachmurzenie, niestety czasami mocniejszy wiatr oraz około 13 stopni. Wiatr jednak sprawia że odczuwalna temperatura spada do około 6 stopni jak głosiły prognozy. W oddali słychać jak startują rolkarze i ludzie na wózkach, potem start biegu na 10km. Zaraz przed 11 spiker głośno odlicza, od 20… Gdy dochodzi do 10 ponad 2000 tłum biegaczy i wielki tłum kibiców odliczają razem z nim. Start! Konfetti bucha, oklaski i powolutku do przodu. Ulice miasta, przez które przebiega maraton są zamknięte dla ruchu kołowego przez 5 godzin, więc czasami wydać zdenerwowanie kierowców, gdy tłum biegaczy biegnie szybciej niż on jedzie, a właściwie stoi w korku.

Jednak jesteśmy pozdrawiani przez bardzo wielu kibiców. W oddali widzę niekończącą się rzekę ludzi, z tyłu to samo. Biegnę zaraz przed grupą pacemarkerów na 4:15 (potem wyprzedzą mnie przy 10km). Na rynek wbiegamy z uśmiechem przy akompaniamencie orkiestry wojskowej i brawach wielu poznaniaków. Punkty z jedzeniem, piciem, prywatnymi odżywkami, gąbkami i lekarzami ustawione, co 5km i doskonale zorganizowane. Podziwiam Poznań, bo pierwszy raz jestem w centrum piechota. Wspaniała atmosfera. Biegnę jednak szybciej niż założyłem (około 5:50/km). Regularnie jem ćwiartkę banana i pije Powerade od 10km i już do końca, co 5km.

Wybiegamy z centrum i kierujemy się na wielka poznańska arterię – wylotówkę na Warszawę zamkniętą na 2 pasach dla ruchu. Mijamy tramwaje zatrzymane przez policje, ruch uliczny w całości zatrzymany. Ludzie nawet na trawnikach wynieśli krzesła z domów i kibicują. Kierowcy w korkach pozdrawiają mijających ich ludzi. Ja powoli biegnę, chociaż za szybko (potem to się na mnie zemści). Na Warszawskiej kolejny punkt odświeżania. Przyjąłem taktykę że przy tych punktach będę szedł aby spokojnie zjeść banana, napić się a nie oblać i otrzeć twarz mokrą gąbką. Jest dobrze. Koło 13km na Browarnej kilka mocniejszych podbiegów w zalesionym terenie na tyłach ogrodu zoologicznego i wbiegamy powrotem w miasto. Obiegamy dookoła 3 o poznańskie osiedla. Następnie wbiega się na tzw. agrafkę gdzie się zawraca i jest punkt odżywiania na 20km. Dopiero teraz zaczynam nieoczekiwanie odczuwać coraz cięższe nogi. Na półmetek wbiegam z czasem 2:05:58. Jest troszkę szybciej niż zakładałem i mimo mojego zwolnienia dzieje się to, co musiało kiedyś nadejść – kryzys od 25km, zdecydowanie za wcześnie. Po punkcie na 25km biorę łyk mojej wody z Izostatem, jem i pije idąc i tak przez 6 minut.

Potem lekki bieg, ale znowu coś jest źle. Korzystam z masażu na 27km. Potem dogania mnie roześmiana i przyjazna grupa na 4:30. Biegnę z nimi rozmawiając do 30km – kolejnego punktu odżywiania. Oni biegną dalej a ja swoja taktyka delektuje się bananem. Proszę o cała butelkę Powerada od obsługi, bo moje prywatne picie skończyło się a te małe kubeczki to dla mnie za mało. Życzliwie dają mi cała zimna butle, fantastycznie. Powoli biegnę. Za Warszawską znowu podbiegi, które pokonuje pieszo i znowu powolny bieg gdyż cały czas jest źle. Byle wytrwać do punkty odżywiania zaraz za 35km. Daję radę i od tego momentu czuję, że zbliżam się do metru. Coraz mniej kibiców, 4 godziny biegu już za mną. Rozmawiam z kilkoma osobami, wzajemnie podnosimy się na duchu. Biegnę i idę na zmianę, jest mi ciężko. Jednak od 38km postanowiłem cały czas biec i z każdym krokiem coraz szybciej, bo myśl o mecie była uskrzydlająca. Na punkcie 40km chwytam szybko banana i w biegu jem. Mijam ponad 50 osób, które idą a ja niczym skowronek z wybałuszonymi oczami biegnę. Zbieg nad jezioro przy ogromnym aplauzie publiczności, brzegiem przy barierkach, mostek… lekki zbieg w dół i widzę metę. Uśmiecham się jak dziecko, podnoszę ręce w górę i zatrzymuje stoper. Odbieram gratulacje, medal i koc termiczny. Za meta jest już ojciec z dresem i batonem energetycznym.

Jako jeden z 20 osób z najmłodszego rocznika (1987) ukończyłem maraton w Poznaniu, który był moim pierwszym. Wrażenia z mety zachowam w sercu do końca życia. Dodam, że przez pewien czas biegłem z Panem Grobelnym, który okazał się nadzwyczaj towarzyska osoba. Wspaniała atmosfera i mój upór mimo licznych błędów i młodzieńczej głupoty zaprowadziły mnie do mety. Jestem 1788 na 2059 zawodników, którzy ukończyli maraton (koło 100 nie dało rady). Jestem 9 z 20 18-latków z czasem brutto 4:43:46 i netto 4:42:04.

Maraton w Poznaniu okazał się wielkim sukcesem. Wygrał Polak a nie Kenijczyk, rekordowo dużo biegaczy i rolkarzy. Sporo ludzi na wózkach i masa ludzi w biegach towarzyszących. Wspaniali kibice i organizacja. Opuszczałem Poznań z przeświadczeniem, że może za rok będę tu biegał jako student socjologii jak się uda.

Dziękuję

wszystkim za ciepłe słowa na trasie i gratulacje po biegu

Wojciech Kukuła/bzyck



Komentarze czytelników - brakskomentuj materiał



















 Ostatnio zalogowani
maciejb
09:00
teddymk
08:57
dudi1233
08:55
Maciej
08:44
Admin
08:43
platat
08:42
Jarek42
08:36
Paw
08:15
Gapiński Łukasz
08:13
przemek300
07:42
Nicpoń
07:37
Darek Ł.
07:18
jaro109
06:40
zsuidakra
06:06
Zaj±c poziomka
05:50
GriszaW70
04:51
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |