Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [2]  PRZYJAC. [10]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Marco7776
Pamiętnik internetowy
Bieganie w miejscach nieoczywistych

Marek Ratyński
Urodzony: 1976-07-12
Miejsce zamieszkania: Warszawa
60 / 65


2021-07-28

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Złote bieganie (czytano: 1230 razy)

 

“Złoty Maraton” w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich był moim piątym górskim (ultra)maratonem. Jechałem do Lądka Zdroju z nadziejami, że poprzednie starty nauczyły mnie “wysokościowego” biegania: właściwego rozłożenia sił, nawadniania, stawiania stóp na nierównym podłożu. Mimo braku jakichkolwiek przesłanek (otwockie lasy takimi nie są) liczyłem, że będę choć trochę odważniej zbiegał. Mój optymizm wziął się z właściwie przepracowanego okresu przygotowawczego, po którym dzięki mniejszym obciążeniom powinienem być bardziej “świeży” podczas zawodów. Co prawda było to wymuszone niedoleczoną kontuzją “ostrogi piętowej” ale fajny wynik w upalnym Półmaratonie Białostockim podnosił moje oczekiwania wysoko. A jak było w Górach Złotych ?
Start z pierwszą grupą, o 7:00, w sobotę 17.07, niebo zachmurzone ale na pięknej polanie u stóp Domu Zdrojowego “Wojciech” całkiem sporo osób. Chwilę przed startem obserwują oni pierwszych finiszujących z dystansu 110 km, którzy wystartowali poprzedniego wieczora w Kudowie Zdrój (Dolnośląski Festiwal to osiem biegów od 10 do aż 240 km, trwa od czwartku do niedzieli). Ruszamy, najpierw ciasno między taśmami na polanie a potem ostro pod górę, na Trojak, pierwszy szczyt na dzisiejszej trasie. Uczestników sporo, bo 668 osób ale mają prawo startu przez całe 60 minut (pandemia). Niektórzy od razu wyciągają kije kiedy tylko kończy się asfalt inni robią zamaszyste ruchy rękami (w tym ja). Jest coraz bardziej stromo i tylko “wstyd” przed tym, żeby nie być pierwszym opóźnia moment kiedy przejdziemy do marszu na sporej stromiźnie. Wreszcie znajduje się “odważny” i w jego ślady idą pozostali.
Wspinanie zawsze wychodziło mi najlepiej dlatego raźno przesuwam się do przodu. Sił mi nie brakuje. Trojak nie jest wysokim szczytem (668 m.n.p.m.) ale wysokość względna to przeszło 300 metrów na 2 km. Jest więc sporo wspinania się po kamieniach, korzeniach i ubitej ziemi. Przede mną kilkanaście osób. Ale kiedy osiągamy wzgórze i następuje zbieg, raptowny, między niskimi krzewami, wracają stare “koszmary”. Co chwila ktoś daje znać, żebym go przepuścił. Ehh...nie nauczysz się zbiegów w otwockich lasach ale cóż zrobić, podejść na tej trasie nie brakuje.
Trasa się wypłaszcza i zaczyna “falować”. Na podejściach odrabiam stracone pozycje.
Często mijam się z trzema dziewczynami, którym życzę powodzenia.To czołówka biegu żeńskiego. Kiedy mijają mnie na zbiegach, pozdrawiają mnie słowami “zobaczymy się na podbiegu” i tak się rzeczywiście dzieje. Na jednym z pagórków widzę “sprawcę” całego zamieszania, Piotra Hercoga, który samotnie kibicuje biegaczom a kilka chwil później mija mnie raźno w drodze do bliskiego punktu nawadniania. 12 km, kilka kawałków arbuza, cytryna, duuużo wody i ruszam dalej.
Po tym jak chmara osób wyprzedziła mnie, zwłaszcza na raptownych zbiegach, jestem około 40-tego miejsca. Trochę zniechęcony. Lecz pod kolejne wzniesienie znów idzie mi raźno. Co prawda na łagodniejszych podbiegach, które wcześniej pokonywałem biegiem, odcinki biegowe przeplatam krótkimi momentami marszu ale mimo to czynię to rzadziej niż większość widzianych uczestników. Mijamy Borówkową z charakterystyczną, okrągłą, obitą drewnem wieżą. Przy wieży, obok wiat płoną ognie a zgromadzeni przy nich ludzie mówią po czesku. Nic dziwnego, znaczna część trasy wiedzie “zieloną” linią graniczną, można tutaj też spotkać tabliczki ostrzegawcze z napisem “Pozor”. Biegniemy wciąż lasem, prześwity są rzadkie ale las przyjemny i malowniczy.
Po drugim punkcie odżywczym, w “Złotym Stoku”, trasa znów raptownie się wznosi. Sił nie jest już tyle co wcześniej, tempo zatem spada. Dziewczyny uciekły mi wcześniej na zbiegach ale jedną doganiam. Idzie...”Co się stało ?“, “Kontuzja. Biegnij, tutaj może ktoś po mnie podjedzie”. Cóż, jesteśmy w środku lasu, zatem muszą być z niedaleka. To kolejny handicap, na który nie mogę liczyć. Wreszcie zostaję sam, nie widzę nikogo przed sobą, dobiegam po drobnym żwirze na szczyt Jawornika ...i z uśmiechem zbiegam z niego zamyślony. To już 30-ty kilometr. Biegnę raźno w dół, nikt mnie nie wyprzedza. Lecz od jakiegoś czasu nie widziałem już taśm oznaczających bieg. Zaraz, zaraz, były na co czwartym drzewie. Zwalniam i nasłuchuję czy ktoś z tyłu się zbliża. Przecież słychać było miarowe stukanie kijów na podbiegu. Nic ! Zakręt, jak nie będzie za nim znaków, wracam, musiałem pomylić drogę...ale nie było żadnej innej. Zawracam i mozolnie pnę się na szczyt, z którego przed chwilą zbiegłem. I jest, zaraz za przed nim taśmy giną w lesie, w zalesionej przecince, którą zmęczony i zamyślony, przegapiłem. Myślę, że nadrobiłem około kilometra i około 8-10 minut. Cóż...zbiegam wąską dróżką i co za chwilę zobaczę ? Biegaczy, którzy siedzą na kamieniach przy strumyku albo nabierają z niego wodę. Czy ja jestem na innych zawodach ? A może to dłuższy dystans ? Ci ludzie wyglądają jakby spacerowali po górach i tylko przy okazji przypięli sobie numery startowe. Zupełnie podcina mi to skrzydła. Trochę poczułem się jak nadgorliwiec w świecie gdzie do zawodów podchodzi się inaczej.
Dobiegam do punktu, ostatniego na trasie, na 33 km I ruszam z niego ale już z innym nastawieniem. Wiem, że jest jeszcze spore wzniesienie, a potem długi zbieg, wiem, że do mety stosunkowo niedaleko ale przez tą “katastrofę” na zbiegach, pomylenie trasy i widok zawodników-turystów nie chce już mi się “zarzynać na maksa” w końcówce biegu. Oczywiście jestem przy tym bardzo zmęczony. Mijają mnie inni biegnący a kiedy ja zrywam się do biegu moja prędkość jest zdecydowanie wyższa, brak jednak “turbomotywacji” żeby biec ciągiem. Wymyślam sobie nowy cel: 5h30’
Po pokonaniu zbiegu nagle pojawia się znacznie więcej uczestników. To miejsce gdzie łączą się różne dystanse i nagle kilka biegnących osób przeradza się w różnokolorowy tłum. Najwięcej jest “połówkowiczów” ale są też uczestnicy na 68 km i 110.
Wbiegamy na asfalt. Wychodzi słoneczko. Myślę o bliskich, którzy czekają na mnie w pobliskim Stroniu, o moim nowo narodzonym Synku. I kiedy czuję kłucie (zapewne ze zmęczenia) w klatce piersiowej przechodzę do marszu, mimo że jest płasko, priorytety się zmieniły tato !
Lądek Zdrój: przede mną energetyczna grupa zabawowo-wokalna z wodzirejem (uczestnicy półmaratonu). Nie będę ich wyprzedzał. Biegnę wolno za nimi, przystaję kiedy zatrzymują się na linii mety. I spokojnie robię to po nich.
Kończę zawody w czasie 5h29’14” i zajmuję 65 miejsce.
To nie koniec ścigania się z samym sobą.
Będę jeszcze walczył o wynik, kiedy warunki będą bardziej sprzyjające.
A tutaj na pewno wrócę, może na 110 km ?

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2021-07-29,07:56): Cały czas Marku poprzeczka bardzo wysoko :) Fajnie, że tak to Cię nakręca hobbystycznie. Nawet kontuzje Tobie nie przeszkadzają. Ja już drugi rok wycofany, ale cały czas z nadzieją, że dolegliwości w pełni wyleczę. Powodzenia zatem...







 Ostatnio zalogowani
Jans
06:34
gawon
06:03
Andrea
02:48
Lektor443
00:41
Wojciech
00:31
fit_ania
00:03
michszpak
23:57
serbio
23:36
pawroe
22:52
maste
22:49
Artur z Błonia
22:38
monsun.com.pl
22:29
42.195m
22:27
Świstak
22:12
artogo@tlen.pl
22:10
SzyMen
22:00
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |