Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [1]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Jacek Reclik
Pamiętnik internetowy
SMAKI BIEGANIA

Jacek Reclik
Urodzony: 1970-08-18
Miejsce zamieszkania: Rybnik
12 / 13


2021-07-05

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
ETAPOWA TRIADA – ultra (3-4 lipca) (czytano: 279 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: https://smakibiegania1.blogspot.com/2021/07/triada-letnia-ultra-3-4-lipca.html

 

Odkąd moja znajoma Beata opowiedziała mi o Triadzie, odtąd intensywnie myślałem aby w niej wystartować. Zafascynowała mnie idea tych zawodów, zgodnie z którą każdy z zawodników w ciągu dwóch weekendowych dni musi przebiec trzy biegi w trzech pasmach górskich – w Gorcach, Pieninach i Beskidzie Sądeckim. I co najlepsze, oznakowanie jest tylko turystyczne – biega się po szlakach (żadnych „szlajfek” czy jak ktoś woli szarf), a bezwzględnym wyposażeniem obowiązkowym sprawdzanym przez organizatora są tracki wgrane w zegarki lub smartfony.
Czyli dla mnie szykowała się przygoda życia i jak się później okazało, tak w istocie było. Ale po kolei.

PIĄTEK CZYLI DZIEŃ PRZEDSTARTOWY

Bazą zawodów było Krościenko nad Dunajcem. I tutaj wraz z żoną zameldowałem się dzień przed zawodami w celu lepszej aklimatyzacji i złapania atmosfery zawodów. Miejscowość okazała się bardzo urokliwa, z takich gdzie w zasadzie wszędzie jest blisko.
Skoro wszyscy znawcy tematu zalecają solidne nawodnienie się przed tak wyczerpującymi zawodami, postanowiłem wysłuchać tych rad i odwiedziłem trzy miejscowe naturalne źródła mineralne – Maria, Stefan i Michalina i nawodniłem się solidnie wszelkimi zdrowotnymi minerałami 😉.
I tak podbudowany naturalną energią rozpocząłem poszukiwania miasteczka biegowego. Nie wiem czy to tak te źródła zadziałały, ale bardzo szybko trafiłem do celu. Jak to fajnie, że wróciły stare dobre czasy i oby już pozostały u nas na stałe. Stoiska z różnym sportowym asortymentem, góralska muzyka, przepięknie udekorowane miasteczko biegowe. Człowiek tego potrzebował jak sucha ziemia deszczu. A propos deszczu, dzień przed moim przyjazdem przeszła tutaj solidna ulewa i już wiedziałem, że mojego ulubionego błotka na trasach nie zabraknie. Odebrałem mój pakiet startowy dla zawodników ultra. No i potem oczywiście krótki pobyt na biegowej ściance. Mieli tam tyle wesołych tabliczek, że człowiek hurtowo, od razu zrobił sobie zdjęcie z czterema – a co sobie będę żałował 😂.
Potem pójście nad Dunajec i oddanie się błogiemu lenistwu, a na koniec postanowiłem udać się i zobaczyć miejsce startu do wieczornego sobotniego biegu, który jako jedyny startował w Krościenku i ulokowany był w pobliżu Karczmy Stajkowa. Jak zobaczyłem tę ścianę, która miała stanowić końcówkę biegu, to zrozumiałem, że żartów nie będzie 😱.

SOBOTA, ETAP 1 – GORCE

Zebraliśmy się na parkingu w centrum Krościenka, skąd autobusy miały nas zawieźć na miejsce startu do miejscowości Grywałd. Rozejrzałem się po biegowym towarzystwie, wszędzie entuzjazm w oczach. Część ubrana w koszulki z różnych polskich i europejskich ultramaratonów. Pierwsze wrażenie – co ja tutaj robię i czy oby już po tym pierwszym etapie nie zakończę udziału w imprezie, bo nie zmieszczę się w limicie ? Na szczęście w mojej najbliższej okolicy zabrzmiał głos rozsądku. Jeden z zawodników na pytanie innego czy całą trasę będzie biegł, spokojnie odpowiedział, że pod górę podobno biegnie tylko pięć procent biegaczy, ale … on ich nigdy nie widział 😉. Przyjechaliśmy na miejsce startu sporo przed czasem, więc znalazło się miejsce na delikatną rozgrzewkę i ostatnie wskazówki, które przekazali organizatorzy. A Ci na odprawie wspomnieli, że „pierwsza połowa trasy to po prostu niekończąca się ściana, która im bliżej szczytu tym robi się bardziej pionowa” – Ci to po prostu potrafią pocieszyć, nie ma co 😉😅.
Ale co prawda, to prawda. Zmierzyliśmy się ze ścianą. Jednak miałem dwóch sojuszników - pochmurną pogodę i kijki, który jako jeden z nielicznych zabrałem. Dzięki kijkom mogłem w miarę podjąć walkę z tą ścianą i wszechobecnym błotem. A łatwo nie było. Ale nie zgubiłem się i dotarłem prawie na szczyt Lubania.
Piszę „prawie”, bo wtedy mega sympatyczna wolontariuszka, która stała pod szczytem poinformowała mnie i innych ultrasów, że my biegniemy w lewo, a osoby które wybrały wersję krótszą „INTRO” mogą zdobywać szczyt. Przypomniały się słowa z odprawy „Wy tymczasem odbijacie w żółty szlak, tylko po to żeby rozpocząć zdobywanie szczytu po raz drugi, tym razem od strony zachodniej. Z góry przepraszamy Wasze palące mięśnie”. Tych kochanych orgów to się żarty trzymały, nie ma co 😀. Ale już za drugim razem mogliśmy wbiec na wieżę na Lubaniu i w miarę szybko ją opuścić, bo panowało w tym miejscu przenikliwe zimno, mimo że widoki z góry - palce lizać.
A potem czekał już na nas zbieg z metą w Krościenku. Zbieg wodnisto-gliniasto-błotnisty. Trzeba było zbiegać bardzo ostrożnie, ale przyznam szczerze, że w niektórych miejscach było mi wszystko jedno i pozwoliłem sobie na chwilę zamknąć oczy i ponieść się chwili, bez przykrych konsekwencji. Oczywiście był też i bufet, a w nim super sympatyczne wolontariuszki, które przelały na nas - biegaczy, część swojej niespożytej energii 😀.
Albo te oczy trzymałem zbyt długo zamknięte albo to rozkojarzenie wyniesione z bufetu, bo wbiegając na ulice Krościenka i przybijając piątki, zamiast skręcić w alejkę biegnącą do mety, skręciłem alejkę dalej i znalazłem się pod siedzibą Straży Pożarnej 😂. Z nerwów zrobiłem taką szybką nawrotkę, że zdołałem wyprzedzić biegacza, który korzystając z mojego gapiostwa dobiegał do mety przede mną.
Na mecie czekał na mnie medal wręczony przez dzieci w góralskich strojach i … ochrzan od żony, która trochę się spóźniła i nie widziała końcówki mojego biegu, bo jej zdaniem … zbyt szybko pokonałem dystans 😉😂. Taki zarzut w stosunku do mojej osoby, która bawi się bieganiem i przekroczyła pięćdziesiątkę 😉 ? Aż z ciekawości popatrzyłem na cząstkowe wyniki i nie mogłem uwierzyć – ukończyłem bieg w górnej połówce wszystkich osób, które w limicie zameldowały się na mecie. Co się ze mną stało, przecież biegłem sobie na lajcie i jeszcze miałem czas na zdjęcia i żarty 😉.

SOBOTA, ETAP 2 – PIENINY

Po zakończeniu biegu, w Krościenku solidnie się rozpadało. A to zwiastowało spore emocje na wieczornym odcinku. Wiedziałem co mnie czeka po piątkowym rekonesansie, ale na wszelki wypadek zajrzałem na odprawę organizatorów, a Ci dowcipnisie zaanonsowali „Szczyt Stojkowa przywita Was z otwartymi ramionami, a gdy już go zdobędziecie możecie wracać na dół, gdzie czekać już będzie gwóźdź wieczornego etapu, czyli wbieg na stok narciarski. Od razu nastawcie się na szybki marsz pod górę, bo próba wbiegania może naprawdę zniszczyć Wasze mięśnie”😱 . Ci fajni orgowie zapomnieli dopisać, że po tym zdobyciu szczytu wyciągu czeka nas jeszcze zbieg, ale może po prostu wiedzieli, że i tak nie mamy wyjścia i woleli dawkować emocje 😉.
Ustawiłem się na starcie, zmrok powoli ogarniał okolice. Wiedziałem, że czeka mnie na początek krótki etap płaski i zaraz potem mozolna wspinaczka w górę.
Deszcz zrobił swoje i było naprawdę bardzo ślisko. Trasę tym razem wyznaczały migoczące lampki, a ja uzbrojony w kijki mijałem kolejnych zawodników. Nie ma co lekcja nordic walking pobrana u Iwony Juzof zaprocentowała. Na górze wszyscy lekko spowolnili, bo część biegaczy przystanęła, widząc co ich czeka w drodze ze szczytu w dół. A czekała na nich ściana błota, która w perspektywie światełka z czołówek nie wyglądała zbyt zachęcająco. Ale było to tylko chwilowe i każdy z nas rzucił się w tą ciemną czeluść.
Na dole szybki odcinek asfaltem, a potem danie wieczoru albo wisienka na torcie, jak kto woli. Pionowy odcinek biegnący pod wyciągiem narciarskim 😱. Przyjąłem jedną strategię – nie patrzyłem za siebie i wytrwale wspinałem się do góry. Zastanawiałem się jedynie dlaczego po drugiej stronie, przy zbiegu, stoją wolontariuszki ? Przecież brama mety była widoczna z perspektywy szczytu, wystarczyło tylko kulając się z góry, zmieścić się w jej środku 😅. Zagadka szybko się wyjaśniła, gdy próbowałem zbiegać w dół. Otóż na tym pionowym odcinku, potwornie śliskim, w kilku miejscach były dziury i przy każdej z nich stały wolontariuszki i nas ostrzegały. Nie wiedziałem czy zbiegać wybierając śliską glinę czy mokrą trawę, było mi wszystko jedno, byleby tylko zmieścić się w bramce 😅. I udało się. Minąłem bramkę mety i jakoś zdołałem się zatrzymać parę metrów za nią 😉. Po biegu odebrałem medal i podziękowałem dzielnemu góralskiemu didżejowi, który dodawał nam sił na tej wieczornej ścianie kompletnego zatracenia. I znowu rzuciłem okiem na tablicę wyników. I kompletny szok, to już nie połówka, a pierwsza trzydziestka. A przecież ja nawet nie wiedziałem jakim cudem udało mi się ukończyć ten etap 😅😉.

NIEDZIELA, ETAP 3 – BESKID SĄDECKI

Niedziela przywitała nas lekko pochmurną pogodą, wprost wymarzoną do biegania. I znowu zbiórka w centrum Krościenka, gdzie tym razem mieliśmy pojechać do Rezerwatu Biała Woda. Z naszej perspektywy rozciągał się cudny widok na biegowe miasteczko, które co etap zmieniało siedzibę. Teraz ulokowało się na trawiastej plaży przy samym Dunajcu.
Już nie widziałem tego ognia w oczach biegaczy jak przy pierwszym etapie. Co niektórzy dumali, czy nie poczekać na miejscu, od razu przekroczyć Dunajec i zameldować się na linii mety 😉. A już, gdy przemiła organizatorka poinformowała nas, że autobus nie dowiezie na do miejsca startu, tylko będziemy musieli przejść dodatkowe 300 metrów, to podniosły się żartobliwe głosy, żeby wydłużyć limit na pokonanie dystansu 😂. A ja sięgnąłem do odprawy organizatorów, z ciekawości co piszą o ostatniej trasie Triady. Wbił mi się w głowę jeden fragment „zapraszają Was Rogacze, oraz królowa Beskidu Sądeckiego – Radziejowa ! Ten fragment da Wam w kość – jesteśmy pewni !” i potem jeszcze na zakończenie „czekać będzie na Was Dzwonkówka, która będzie prawdziwym ostatecznym testem charakteru !” 😱Nic mi to na tym etapie, przed startem, nie mówiło, ale jak już zdążyłem sprawdzić – orgowie nie kłamali wcześniej, więc nie skłamali i tutaj.
Pierwszy odcinek był fajny, spokojny, wręcz sielski. Górskie strumyki, a my nad nimi zaliczaliśmy je z perspektywy kolejnych mostków. Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Już czekało na nas wejście w kierunku Obidzy, a tam naturalna przeszkoda w postaci wolno pasących się krów. Większość z nich wylegiwała się w słoneczku i ciekawym okiem patrzyła na wariatów, którym chciało się śmigać po górach 😂. Nie było łatwo. Nogi po dwóch biegach z dnia poprzedniego dawały o sobie znać. Starałem się podbiegi pokonywać szybkim marszem, zaś odcinki płaskie i zbiegi mimo wszystko truchto-biegać. Zaliczyłem Wielkiego Rogacza. I perspektywie czekała mnie Radziejowa. Wszystko rekompensowały fantastyczne widoki i na nich skupiałem swoje myśli.
Wreszcie dotarłem do drugiego i ostatniego bufetu pod Radziejową, a tam fantastyczni ludzie doprowadzili wielu z nas, biegaczy do stanu używalności, serwując nam wszelakie owoce i napoje. Potem podbieg na szczyt i krótka chwila na zdjęcie.
I bieg toczył się dalej. Miało być lżej, ale nie było. Czekał nas odcinek góra-dół, góra-dół. Miałem przed sobą grupkę kilkunastu osób, więc pozwoliłem na chwilę wyłączyć myśli i przestałem patrzeć na oznakowanie, wychodząc z założenia, że tak duża grupa nie może się mylić. I nagle zauważyliśmy, że biegniemy może z dwieście metrów równoległą drogą do właściwego szlaku. Spojrzeliśmy na nasze zegarki z mapami i zdecydowaliśmy, że przebijamy się prostopadle w górę do trasy. Dla mnie to nic nowego, ja zawsze muszę zaliczyć dodatkowe metry na trasie 😅😉. Ale te kilkadziesiąt metrów w górę, to była droga przez mękę. Dostawaliśmy w twarz gałązkami, zapadaliśmy się po kostki w miękkim podłożu, a ja zaliczyłem solidną glebę 😱. Na szczęście słyszeliśmy nad nami głosy biegaczy, a potem zobaczyliśmy ich pełne zdumienia oczy, gdy zauważyli kilkunastoosobową grupkę, która nagle wyszła z lasu. Parę sekund upłynęło niż pozbyłem się zielska i gałązek, które się do mnie doczepiły.
Potem czekał mnie solidny zbieg w dół. Zbieg tradycyjnie śliski, a przecież o moich nogach mogłem powiedzieć wiele, tylko nie to, że są rześkie. Miałem w pamięci, że jest jeszcze na trasie coś takiego jak Dzwonkówka. I zaraz potem mogłem się przekonać co organizator miał na myśli pisząc „ostateczny test” 😱. Rozpoczął się mozolny marsz w górę pod okiem wolontariusza, który wskazał nam właściwy kierunek. Może to nie był jakiś wysoki szczyt, ale w tym momencie biegu i tego ogromnego zmęczenia, to jawił nam się jako coś, na co nigdy się nie wdrapiemy. I nagle, szukając jakieś rezerwy powietrza w naszych płucach, bo podchodziłem pod ten szczyt z innym biegaczem, usłyszeliśmy bardzo gwałtowne dzwonienie. Pierwsza myśl, to że ze zmęczenia dzwoni nam w uszach😉. Ale ten dźwięk był coraz gwałtowniejszy. Podniosłem oczy, a tam najcudowniejsza dziewczyna na świecie, a przy okazji wolontariuszka, tym głośnym dzwonieniem oznajmiała, że zaliczyliśmy Dzwonkówkę i teraz do samej mety czeka nas tylko zbieg. Była to chyba najcudowniejsza wiadomość tego dnia i chwilę się nawet z kolegą zastanawialiśmy, czy nie zażądać tego na piśmie 😂.
Ale potem już zbieg do samej mety. To nic że było ślisko, to nic że były niespodziewane przeszkody terenowe. Wstąpiły we mnie jakieś dodatkowe siły i sam się sobie dziwiłem, że tak lekko mi się biegnie i przy okazji mijam jeszcze kilku biegaczy 😅.
Każdemu życzę takiego przywitania na mecie – gorące brawa, góralskie trąby, doping. Dałem z siebie wszystko. Dosłownie wszystko. Resztkami sił po przekroczeniu mety dobiegłem do punktu z colą. Tam się położyłem i tylko wyciągałem rękę po kolejne dolewania 😂😉. Siły i energia szybko wróciły i mogłem przyjąć gratulacje od żony, która tym razem, swoim tylko znanym sposobem, sama wyliczyła mój przewidywany czas wbiegnięcia na metę, a i tak byłem dwadzieścia minut szybciej 😂😉. Potem pożegnanie z góralami. A zdjęcie z trzema medalami i napisem „finisher” miało swoją ogromną wartość.
A potem wyniki ostateczne. Ostatni etap i miejsce w trzydziestce. I 31 w generalce. Staram się nie pisać o wynikach i czasach. Zrobiłem teraz mały wyjątek. Wybornie się pobawiłem i zmęczyłem. I nie ukrywam, że jest pewna satysfakcja, jak chłop z pięćdziesiątką na karku wyprzedza sporo osób młodszych od siebie i to jeszcze na trasie bez tradycyjnych szarfek 😉😅. Ale potem jest otrzeźwienie i refleksja. Satysfakcja i zwycięstwo dotyczy wszystkich bez wyjątku, ze wszystkich dystansów, którzy ukończyli Triadę. Stąd dzielnie na końcówce trasy oklaskiwałem i dopingowałem ostatnich biegaczy, którzy nie bacząc na wszystko, a może na przekór wszystkiemu dobiegali do mety 👏👏👏.
Wielkie brawa dla wszystkich, którzy bawili się na trasach Triady. Brawa dla organizatorów, wolontariuszy. Brawa dla licznej widowni. I brawa dla … miejscowego wikarego, który także zaliczył Triadę. 👏👏👏 Było super i teraz co dalej ? No chyba wersja zimowa 😅.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
FitFreelancer
00:01
Namor 13
23:19
kirc
22:50
młodyorzech
22:42
esperlando@onet.eu
22:40
lordedward
22:32
maraton1
22:23
M@rlon
22:00
Napoleone
21:55
gpnowak
21:39
pagand
21:37
Admin
21:29
piotr72gd
21:29
jarecki112
21:07
sasu
20:59
przystan
20:47
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |