Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [0]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
jarekfu
Pamiętnik internetowy
Od zera do ultrarunnera


Urodzony:
Miejsce zamieszkania:
1 / 1


2020-11-02

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Ultrałemkowyna poza konkursem (czytano: 485 razy)

 

Miało być pięknie. Jesień w Beskidzie, drzewa wybarwione, 48 km przez górki-pagórki, lasy, pół-połoniny. Hotel zarezerwowany, urlop zaklepany, Żona uchachana, bo okolica piękna i jest spa w hotelu. Ideał! Nawet buty nowe kupiłem na tą okazję. I co? Na tydzień przed dostałem SMS od Orgów, że sorry, że COVID, że rząd wymyślił jedno, a nie wiadomo co wymyśli za tydzień, że jak złamię goleń, to nie wiadomo, gdzie mnie posklejają i czy w ogóle. Niby racja, ale biegu niet! I co? NIE! Nie poddam się! Już w zeszłym roku miałem jechać, ale kolega z pracy musiał coś tam coś tam i nic z tego nie wyszło. Tym razem nie odpuszczam. Więc jedziemy! Nie będzie krowiego dzwonka, ale co tam. Las będzie, drzewa wybarwione, pół-połoniny i takie tam.
Nu i pojechali jak mówił Pawlak. Okolice piękne. W dzień przed biegiem rowerem z przyczepką i Młodym (w sumie jakieś 30 kilo) traska po górkach i dolinkach, aż nogi zabolały i strach mnie ogarnął, czy nie przesadziłem. Miał być przecież dzień wypoczynku. No nic, plecak biegowy spakować, wody nalać, do łóżeczka i nyny, bo jutro trzeba wstać, nie ma, że boli. Boleć będzie później.
Wstaliśmy, śniadanko lekkie, żeby nie przeciążać jelit, w auto i do Iwonicza Zdroju! W miasteczku w drodze na miejsce, z którego miałem startować spotykamy innych biegaczy. Więc nie tylko ja wpadłem na pomysł, żeby przebiec mimo odwołania. Początkowo myślałem, że pewnie tak jak ja przejechali pół Polski, ale na mecie zdziwienie! Sporo aut było z rejestracjami z Podkarpacia.
Parę fotek rodzinnych na Placu Dietla i start! Już pierwszy kilometr był pod górkę. Lekką, ale zdając sobie sprawę, że jeszcze sporo przede mną zwolniłem do szybkiego marszu. Pierwsze kilometry do Rymanowa fajne. Za Rymanowem skończyła się cywilizacja i zaczęły schody. W sensie las i błoto. Trochę się wcześniej dziwiłem, że wersja angielska strony biegu reklamuje się hasłem "Join the mudness" czego jakoś nie dostrzegłem w wersji polskiej. Ale może po prostu Angole przyzwyczajeni są do równo przyciętej trawki i zwykła kałuża to już dla nich błoto. A tu zdziwienie. Co prawda poczytałem o trasie i wiedziałem, że będzie grząsko, ale że aż tak? A do tego podobno w okolicy nie padało ze dwa tygodnie! Już się boję, jak wygląda trasa, kiedy pada. Chyba biec trzeba by w rakietach śnieżnych.
Ale było pięknie! Las wybarwiony, pół-połoniny, jeszcze 35 km przez górki-pagórki. Dłuższe odcinki były też po asfalcie (tak do 2-3km). Miejscowych nie było wielu, ale pozdrawiali, pocieszali, choć na traktor nie chcieli wziąć (ok, raz zaproponowali podwózkę quadem – nie skorzystałem!). Za Puławami Górnymi ilość błota wzrosła, zrobiło się tu i ówdzie ślisko, ale dzielnie trzymałem pion aż do 37km. W końcu zaliczyłem kałużę po kostki a krótko potem wślizg w błocko jak Lewandowski na Narodowym, gdy nie zamknęli dachu. Im bliżej do mety, tym błota więcej. Pewnie po to, żeby docenić nierówny asfalt albo nawet szutr. Na 40km miejscowe safari czyli spotkanie ze stadem krów (byka na szczęście nie zainteresowałem). Na koniec zbieg do klasztoru i wg mojej mapy na Endo koniec biegu. Trochę się zdziwiłem, zegarek pokazał 46km, ale może po prostu gdzieś ściąłem zakręt? Wbiegłem na mostek i zacząłem szukać Placu Gminnego. Dopiero po zajrzeniu do innej mapy ściągniętej ze strony biegu, którą miałem w komórce zorientowałem się, że odpoczynek musi jeszcze poczekać. Jeszcze 2 km wzdłuż jezdni. Po drodze spotkałem innych biegaczy, którzy wskazali mi, dokąd biec. I wreszcie wbiegłem na mostek (ten właściwy). JEST!!! SKOŃCZYŁEM!!!
Z braku strefy finiszera zaliczyłem miejscowy sklepik (w tej okolicy KAŻDY sklepik nawet u szwagra w stodole nosi dumną nazwę „Delikatesy”). Kola, piwko, batony energetyczne, żele jak to po biegu… Usiadłem na poboczu koło stacji kolejowej i wypatrywałem Żony, która jechała z Młodym aby mnie zholować z powrotem.
Trochę brakowało mi, że bieg nie odbył się w formule wirtualnej (dzwonek bym dostał!) Ale Orgowie przesunęli go na wiosnę. Już się boję, jak będzie wyglądać błotko po roztopach… Ale chyba pobiegnę!

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
prgutek
02:44
marczy
00:49
Henryk W.
00:12
mariusz67
23:57
fit_ania
23:05
RGT
22:47
Namor 13
22:27
kostekmar
21:54
pawelzylicz
21:47
StaryCop
21:31
FitFreelancer
21:23
Inek
21:20
jaceq
21:17
marian
21:15
tomasso023
21:13
Darek Ł.
21:05
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |