Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

     

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [10]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Dusza
Pamiętnik internetowy
WSPOMNIENIA BIEGAJĄCEGO INACZEJ

Duszyński Tomasz
Urodzony: 1976-01-04
Miejsce zamieszkania: Strzelin
86 / 86


2018-10-22

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Budapest Maraton 2018 (czytano: 785 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: www.runforlifetom.wordpress.com

 

Relacja z maratonu w Budapeszcie :)
Jeszcze nigdy nie byłem tak skoncentrowany i nie analizowałem w tak szczegółowy sposób wszelkich warunków na trasie. Każdy kilometr, to kolejna decyzja. Podejmowałem je w sposób przemyślany i dzięki temu… nie, nie pobiłem życiówki, a ukończyłem maraton. Mogę to uznać za sukces, bo do ostatniej chwili nie byłem pewny, czy zamelduję się na starcie, a co dopiero na mecie…

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI 1
KILKANAŚCIE LAT WCZEŚNIEJ:
Poznaję Andrasa – sprawdzamy powiedzenie Polak, Węgier dwa bratanki i do szabli i…?

Andrasa, mieszkańca Budapesztu poznałem kilkanaście lat temu na konferencji dziennikarzy i historyków we Florencji. Zebrało się tam ponad trzydzieści osób z każdego zakątka Europy. Podczas takich zjazdów w naturalny sposób powstają grupy i grupki, ale we dwójkę bardzo szybko nawiązaliśmy nić porozumienia. Mieliśmy wiele wspólnych tematów i zdaje się podobny sposób myślenia, być może ze względu na podobieństwa i doświadczenia krajów środkowej Europy. Nocowaliśmy w opactwie na jednym ze wzgórz położonych nad Florencją, ale jakoś nie byliśmy w stanie usiedzieć na miejscu w swoich mnisich celach… Musieliśmy przejść z teorii do praktyki i sprawdzić jak to jest z tym polsko-węgierskim brataniem się. Szabli podczas tych dwóch tygodni nie używaliśmy, szklanki dosyć często, ale trudno odmówić sobie włoskiego wina, w tak pięknych okolicznościach przyrody…

TUŻ PRZED MARATONEM
Plan Budapeszt i przygotowania
Do stolicy Węgier pojechaliśmy na maraton w trójkę. Ja, Monika i Szymon. Zgraliśmy się dosyć szybko wykupując pakiety startowe i planując wspólną przygodę na dystansie 42 kilometrów. Wspólną to za dużo powiedziane, gdy biega się z kosmitą mającym czasy grubo poniżej 3 godzin…
Już dawno z Moniką postanowiliśmy uprawiać turystykę biegową. Skupiamy się na dokładnym zwiedzeniu miasta, do którego jedziemy, a maraton pokonujemy jakby przy okazji, starając się zobaczyć dane miejsce z innej perspektywy. Oczywiście do każdego startu przygotowujemy się jak należy, mamy zbyt duży szacunek do dystansu, żeby traktować maraton lekkomyślnie.

Moje przygotowania do połowy czerwca wyglądały bardzo dobrze, zadziwiająco dobrze. Oczywiście podczas treningów ani razu mi się nie odmieniło i nawet przez chwilę nie pomyślałem, że zaczynam lubić bieganie. Człapałem jednak dosyć żwawo i mogłem uznać, że do początków października będę w ekstra formie. W połowie czerwca okazało się, że lepiej zbyt wiele w życiu nie planować. Blisko półtoramiesięczna, wymuszona, przerwa pozbawiła mnie złudzeń. Wiedziałem, że nie wyleczę kontuzji i jeśli zdecyduję się na bieg, to sporo ryzykuję. Musiałem podjąć decyzję, czy biegam dalej, czy przerzucam się na szachy lub bierki. (oczywiście nie mam nic przeciw szachom i bierkom 🙂 ). Powrót do biegania był bardzo ciężki. Najgorsze było to, że nie byłem w stanie przez kolejny miesiąc zejść w tempie na kilometr poniżej 6:30. Chyba najtrudniejsze było poradzić sobie z własną próżnością i przestawić pewne sprawy w głowie. To tak, jakbym zaczynał od podstaw, bez nadziei na jakąś poprawę. Skupiłem się na tym, by na przełomie sierpnia i września dojść do dłuższych, choć wolnych wybiegań. W końcu udało mi się dwukrotnie pobiec powyżej 20 KM i kilka razy w krótkich biegach zejść poniżej 6 minut na kilometr.
Przy biegach maratońskich staram się ukończyć bieg w czasie poniżej 4 godzin. Tym razem, zgodnie z wyliczeniami nie miałem szans pobiec nawet w czasie zbliżonym. Mogłem spodziewać się wyniku co najwyżej w granicach 4:40. Nie byłem jednak pewny, czy przyjmę ten wynik z pokorą. Duma miała ucierpieć mocno… Nie pamiętam maratonu, który przebiegłem w takim czasie…

Buda i Pest.
Dwie miejscowości, po obu stronach Dunaju okazały się bardziej malownicze niż przypuszczaliśmy. Wynajęty apartament w centrum zabytkowego Pesztu przerósł nasze oczekiwania. Wieczorna, piątkowa, eskapada pokazała nam uroki miasta. Rozświetlone Wzgórze Gellerta, zamek królewski, mosty i parlament robią bardzo przyjemne wrażenie. Zjedliśmy też miejscowego Langosza – pączkopodobny twór podany na wytrawno z żółtym serem i śmietaną. Byliśmy gotowi, by na drugi dzień odebrać pakiety.


Pakiety i słoneczna sobota
Organizacyjnie Węgrzy radzą sobie z maratonem całkiem sprawnie. Pakiety odebrane bez problemów, wzbogacone o fajną okolicznościową koszulkę. Kilka promocyjnych stanowisk, namiotów z niezbyt licznymi wystawcami – te nie przykuły naszej uwagi na długo. Pojechaliśmy z Moniką zwiedzać miasto. Tego dnia na piechotę zrobiliśmy blisko 20 KM, oprowadzał nas po starówce i tak zwanych ruin-pubach Andrasz. Mieliśmy czas, by powspominać czasy Florencji i wizyty Andrasa w Polsce, dokąd przyjechał rok po konferencji.


MARATON START!
Przyznaję, trochę się denerwowałem. Zwłaszcza słońcem, które już od rana przypiekało dosyć mocno. Co prawda około 7 rano czuć było chłodek jesiennego poranka, ale i on szybko zanikał. Piękna ta jesień, pomyślałem. Taka ciepła, słońce oświetla Wzgórze Gellerta, w słońcu wije się nitka pięknego Dunaju. Dzień w sam raz na zwiedzanie Budapesztu, ale czy na bieganie? Uprzedzam, to nie był dzień na bieganie.
W boksach startowych nikt się nie przeciskał, biegacze wydawali się wręcz rozleniwieni w słońcu, które znalazło się już wysoko nad wzgórzami. Pozdrowiłem kilku biegaczy z Polski, skoncentrowałem się na sobie, pamiętałem, by podejść do biegu spokojnie. Ambicje musiałem schować w kieszeń, a pomyśleć o tym, by ukończyć maraton z tarczą, o własnych siłach.

0-5 KM
Wiedziałem jak wyglądać będzie trasa. Wiła się wzdłuż brzegu Dunaju, wznosząc i opadając na kilku wiaduktach i mostach. Brak cienia, drzew, budynków, które ochroniłyby biegaczy przed słońcem. Co gorsza, równie dotkliwy był brak wiatru, powietrze stało w miejscu i nagrzewało się szybko. Chwilami wśród tłumu biegaczy wydawało się, że brakuje powietrza.
Na pierwszych kilometrach nie kontrolowałem czasu. Biegłem na wyczucie starając się nie przesadzać, a jednocześnie poznać swoją „dyspozycję dnia”. Już na czwartym kilometrze poczułem, że owa dyspozycja nie jest najlepsza, i czeka mnie ciężki bieg. Musiałem się pilnować, by ułańska fantazja nie poniosła mnie za bardzo. Walczyłem ze sobą już od początku.


5-10 KM
Te odcinki biegu wzdłuż rzeki były naprawdę długie. Na szczęście wiele ciekawych zabytków rozlokowano na wzgórzach przy Dunaju, przez co można było je oglądać z dołu, z perspektywy biegacza. Największe wrażenie robi chyba gmach Parlamentu i mosty… Tych mostów pokonałem w różnych biegach sporo. Wrażenie robiły na mnie te we Wrocławiu, Nowym Jorku, ale i właśnie tu, w Budapeszcie. Nie były na szczęście trudne do pokonania, a stanowiły przynajmniej jakąś odmianę, po długich asfaltowych odcinkach. Wciąż biegło mi się jako-tako jak mówią japońscy biegacze. Skontrolowałem czas, biegłem w średnim tempie 5:50 na kilometr, dużo za szybko od zakładanego czasu.


10KM-21KM
Gorąco, na szczęście na trasie było sporo punktów odżywczych, dzięki którym mogłem się schłodzić. A wylewać na głowę kubki z wodą zacząłem dosyć szybko. Początkowo nieśmiało, na kark i potylicę, potem już w ogóle nie krępowałem się wylewając zawartość kubeczków na nagrzaną od słońca czaszkę. Wyglądałem jak pluskający się hipopotam.
Biegło się coraz ciężej, a bieg stawał się dla mnie maratonem bez historii. Zawracaliśmy tą samą trasą, którą pokonaliśmy chwilę wcześniej. Nitka kilku tysięcy biegaczy rozciągnęła się. Część zaczęła mocno zwalniać. Ci, którzy ku mojemu zdziwieniu biegli szybciej i wyprzedzali mnie jak zardzewiałego grata, okazali się częścią sztafety maratonowej, startującej w tym samym czasie. Dobiegłem do półmetka i robiąc przegląd pola bitwy, zdecydowałem pobiec rozsądniej. Przez kilka ostatnich kilometrów w mojej głowie rozpętała się prawdziwa burza myśli. Tempo miałem zbyt szybkie do tego, które zaplanowałem, wiedziałem, że jeśli je utrzymam ostatnie kilometry będą katorgą, a najprawdopodobniej zejdę z trasy. Zwolniłem do 6:30 na kilometr w pełni świadomie. Ten bieg nauczył mnie chyba pokory i pogodzenia się ze sobą. Nie było to łatwe, ale z każdym kolejnym kilometrem następowała we mnie jakaś przemiana.


21 -30 KM
Kolejny most, zakręty, tłumy ludzi dopingujące na trasie, także wielu Polaków krzyczących – Tomek, jesteś wielki! W dosyć bezpośredni sposób wypomnieli mi moje gabaryty, ufam, że bez złych intencji 😉 Kolejny punkt z wodą, kolejna piątka zaliczona i ta kilometrowa i ta, w której przybija się dłoń dłonią z dopingującymi. Myślami byłem chyba przy kolacji, na którą zaprosił nas po maratonie Andras z żoną. Widziałem już siebie popijającego tokaj, zajadającego gulasz, leczo, śliwki węgierki… W porządku, ze śliwkami przesadzam, a potem przypomniałem sobie wizytę Andrasa w Polsce…


POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI II – czyli czekaj Andras, bo wypluję płuca…

Andras odwiedził nas w Polsce z kilkoma innymi osobami, które poznałem we Florencji rok po tamtym, włoskim spotkaniu. Pamiętam, że na drugi dzień po przyjeździe wstał rano i powiedział, że idzie biegać, a jednocześnie chciał mnie zapytać o ciekawą trasę. Jako dobry gospodarz pomyślałem, że wypada mi dotrzymać mu towarzystwa. Wszak w podstawówce sporo biegałem, nawet jakieś tam miałem sukcesy. Po tych kilkunastu latach moja kondycja przecież nie mogła tak raptownie zaginąć, a starałem się także aktywnie spędzać czas. Poprowadziłem Andrasa biegiem na wzgórze i Wieżę Ciśnień, chyba nawet chciałem się przed nim popisać i narzuciłem spore tempo.
Zbiegliśmy ze wzgórza, okrążyliśmy kilka wiosek i po pokonaniu kilku kilometrów wróciliśmy do domu. Robiłem dobrą minę do złej gry, starałem się nie pokazać Andrasowi jak bardzo mnie ten bieg wykończył. Na drugi dzień, gdy zaproponował mi powtórkę z rozyrwki, wykręciłem się koniecznością pomocy Monice przy zorganizowaniu śniadania dla naszych gości…
Utkwiło mi wtedy jednak w pamięci to biegania Andrasa i jego plany przebiegnięcia maratonu. W końcu jakiś czas później przebiegłem swój pierwszy maraton we Wrocławiu (to było ponad 10 lat temu), a potem, do dnia dzisiejszego zaliczyłem ich blisko dwadzieścia. Andras chyba zainspirował mnie do biegania…

30KM – FINISZ
Jeszcze goręcej. Najgorsza była chyba świadomość, że podczas innych biegów już kończyłbym maraton, a tu miałem przed sobą jeszcze kilka ładnych kilometrów. Nie spieszyłem się już w ogóle, wciąż oblewałem się wodą, zajadałem co było pod ręką, zatrzymywałem się chwilami, bo organizatorzy nie nadążali z uzupełnianiem wody w kubkach na stacjach odżywczych. Wbiegliśmy na jakiś mały ryneczek, odcinek kostki brukowej.

To zapewne jedna z ponad dwudziestu miejscowości włączonych do stolicy w połowie XX wieku. Ludzie krzyczą, gra muzyka, ja chyba osiągnąłem jakiś dziwny stan przebywania poza czasem i przestrzenią. Wydawało mi się, że wszystko kontroluję, czas, oddech, krok, pogodę, ruch słońca, bieguny magnetyczne Ziemi… Takie uczucie dosyć dziwne. Cztery kilometry do mety, kolejny most, długi odcinek prostej przede mną. Patrzę w stronę rzeki, biegnę nad pięknym, modrym Dunajem… Nie jest źle. Pożegnam się z tym maratonem z tarczą w dłoni, albo liściem, jak owa rzeźba na Wzgórzu Gellerta, postawiona w hołdzie żołnierzom radzieckim poległym w walce o Budapeszt (Andras nie lubi tej rzeźby, chyba z wiadomych mi powodów – mówiłem o tych wspólnych doświadczeniach mieszkańców środkowej Europy – a rzeźba o dziwo zdobi koszulki maratończyków). Ostatni kilometr pokonuję w czasie 5:30. W czasie, który w ostatnich miesiącach nie byłem w stanie osiągnąć nawet na treningach. Kończę maraton w formie bardzo dobrej. Chyba nigdy do tej pory nie czułem się tak dobrze fizycznie. (Gorsze było napięcie i próby samokontroli podczas biegu).

Odbieram medal, czekam na Monikę, która także walczy ze swoimi demonami. Szymon schodzi z trasy na 19 KM. Mierzył w rekord, czasem jednak trzeba uznać wyższość pogody i ścięgna Achillesa.

Wieczorem jedziemy na kolację z Andraszem i jego żoną. Jest gulasz, leczo, wino, piwo, wysokoprocentowa palinka i coś, co kojarzy mi się z nazwy z jednorożcem – unicorn… ale chyba pisze się to inaczej 😉

Zielona papryczka wykończyła i mnie i Szymona – tak jest, gdy Andras kogoś wkręca i każe zagryzać gulasz zielonym paskudztwem. Na szczęście po kilkuminutowym bezdechu i złapaniu w końcu tlenu w płuca wszystko skończyło się dobrze.

Było ekstra moi Drodzy Czytelnicy. Chyba chciałbym wrócić jeszcze do Budapesztu, chociaż już raczej nie na maraton. Z tym pożegnałem się z tarczą ; )
FOTORELACJA Z BIEGU NA: www.runforlifetom.wordpress.com

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


bARTt (2018-11-03,13:31): sorry, ale dorzucę tu swoje wrażenia a Budapesztu, bardziej techniczne ;) najlepszy maraton w jakim biegłem, nie drogi jak na zagraniczny, b. dobrze zorganizowany, co 5 km punkt żywieniowy na pełnym wypasie (woda, izotonik, dekstroza, banany i cytryny, w ostatnich 2 jeszcze cola, magnez i wapń) za metą wodą, batony i piwo (tu duży minus - bezalkoholowe☹), dopingujące grupy bębnowo-muzyczne zjechały całym stadem, zero malkontentów na trasie marudzących że miasto ktoś zamknął, super medal.same plusy poza minusem za bezalkoholowe. 👍👍👍👍👍







 Ostatnio zalogowani
sławek
07:08
Barbara01
07:00
jaroszakal
03:09
drAngla
00:03
1223
00:00
WojciechS
23:58
Grzegorz Szober
23:56
fit_ania
23:51
Prawnik
23:50
AdamP
23:43
tomasso023
23:40
Pykacz
23:37
conditor
23:32
kasar
23:19
mario.s5
23:10
adams75
22:55
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |