Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

        

  WIZYTÓWKA  GALERIA [71]  PRZYJAC. [88]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
309 / 310


2017-12-02

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
zachodni wiatr spienione goni fale (czytano: 532 razy)

 

Gdzie jestem, dokąd zmierzam? gdzie jest horyzont i dlaczego ciastko niby jest złe? czy kadencja przebierania nogami jest powiązana ze snem? czemu na jesień jest wilgotno oraz jak biegać szybko i się mniej męczyć?
niekończące się pytania...

Co było pierwszym skokiem cywilizacyjnym ludzkości? czy wynalezienie koła, a może pierwsze użycie kamienia jako narzędzia?
Dzisiaj gdzieś czytałem, że podobno mózg z czaszką na przestrzeni wieków nam się skurczył, bo jest efektywniej wykorzystywany.

Ostatnio jestem niczym kapiszon. W pracy sajgon fest i poziom stresu momentami sam już nie wiem czy jest większy od niedospania, czy jedno wynika z drugiego, a może brakuje jeszcze czegoś? Life is a bitch, chciałoby się rzec ;)

Gdzie jestem, dokąd zmierzam?

Jestem chyba mieszaniną spod znaku lenia i niezdecydowania. Czasem mam wrażenie, że mentalnie jestem na poziomie smarka, takiego w krótkich spodenkach, w rozwiązanym chińskim bucie, w przyciasnej koszulce i rozczochranej fryzurze... tylko włosów jakby mniej, nie, nie tych na klacie. Paradoks - brwi rośną jak zwariowane.

Czy można mieć wiecznie niespełnione marzenia? Ktoś mądry kiedyś wspomniał, że wielkość marzeń musi przerastać zdolność do ich osiągnięcia - jeśli twoje marzenia cię nie przerażają - nie są wcale wielkie.
I tu jest sendo mojego problemu.

Łapię się na tym ostatnio dość często, że kiedy przychodzi przeciążenie w pracy, pojawia się niedospanie, życie daje po tyłku i tak dalej bla bla... kiepsko się biega - jedno wynika z drugiego.
Problem zawsze jest w celu - co wybrać?
To jak napalać się na ciastko, tylko nie wiedzieć na które i kiedy. Zjedzenie pół kilo sernika po 22iej może mieć przykry efekt w przypadku porannego ścigania. Jednak sernik pochłonięty wieczorem raczej nie przeszkadza w spokojnym długim wybieganiu.
Chciałoby się i sernika i ścigania.

Po głowie krąży mi myśl, która pojawiła się po moim pierwszym trójkołamaniu - maraton w 10000 sekund (to jakoś okolice 2:46, albo 2:48 chyba). Widać więc jak stara to jest pokusa i niestety dość odległa. Różnica pomiędzy 2:56 a 2:48 jest niczym zamiar próby poderwania Anny Kournikovej. To jest przepaść i raczej nie jest skokiem przez kałużę, ale... jest też logiczną drogą przy jakimś tam postępie.
Epickość dziesięciu tysięcy sekund jest magiczna dla mnie. To idealna bariera dźwięku, a w zasadzie jakieś 5 machów myśląc jak pilot. Nie wiem skąd trójka jest obryta w obraz magiczności - tempo 4:16 nijak nie jest tu ani równe, ani okrągłe.

Dziesięć tysięcy sekund... to nawet nie lot w kosmos - tylko lot na księżyc. Tylko ile już było takich podróży w moim życiu?
Każdy maraton jest prawie spod znaku lotu na księżyc i walką niejako na śmierć i życie. Jest niczym biczowaniem się, albo obrywaniem po twarzy od kochanki, żeby po wszystkim z szacunkiem powiedzieć "kocham cię" czując uzależnienie od tego "czegoś".

Zawsze jesień i zima przynoszą takie myśli. Zewsząd wszyscy zaczynają ględzić o roztrenowaniu, ładowaniu baterii pod nowy sezon, nowych celach, życiówkach i tak dalej. Nie, nie lubię tego. Ja chcę, żeby nie było przerw i kiedy można niech wszystko dalej trwa i trwa. Jednak przychodzi czasem taki moment, że chciałoby się czegoś jeszcze, czegoś więcej.

Coś wspominałem o niezdecydowaniu?
Mały smark ma też i inną myśl - setka. Takie dobre ultra, ale czysto biegowo. Nie żadne górskie wycieczki, gdzie jest więcej wchodzenia, niż biegania (żeby nie było, to lubię góry bardzo), ale takie czyste bieganie. Dotknięcie pustki na swój sposób, tylko że w innej formie. Takie mielenie myśli przez jakieś dziewięć godzin, albo i więcej, kusi i wabi, ale jednocześnie bagaż doświadczeń pokazuje czym to pachnie i nie, nie jest to słodka podniecająca woń rozgrzanej kobiety. Ilość rzeczy, jaka może wyjść podczas czegoś takiego jest wprost proporcjonalnie zależna od ilości czasu spędzonego na czymś takim.
Podczas dyszki wszystko dzieje się szybko i boleśnie specyficznie.
Podczas maratonu jest równie boleśnie specyficznie, ale i bardziej nieprzewidywanie - nikt do końca nie wie co się stanie po 30 czy 35 km.
Przeraża mnie to, ale i fascynuje.

Gdzie jestem i dokąd zmierzam?
Niestety, ale droga do jednego w krótkim czasie gryzie się z drogą do drugiego. Żeby przesuwać się do bariery 5 machów i 10 tysięcy sekund w maratonie musiałbym przyspieszać na krótszych dystansach. Nie ma zmiłuj, ale trzeba zapierniczać szybko, żeby biegać szybko. Wolnym bieganiem nie dojdzie się do szybkiego biegania.
Drugie wyjście i setka wymaga już nieco innego biegania, sporego biegania, a wiem jak jest ciężko po przykładowych trzydziestkach robić coś ambitnie szybkiego na przykład dwa, trzy dni po czymś takim.
Sprawki życiowe i nieprzewidziane rzeczy nawet szkoda wałkować, bo niby się nic nie dzieje, a zawsze coś się przytrafia w najmniej odpowiednim momencie.

Dylemat więc prawie od lat ten sam, marzenia czasem się zmieniają, ale wciąż mnie do czegoś goni. Wybrać sernik, czy ściganie? :)

Podobno za dużo w moim bieganiu zmian. Postanowiłem więc przez jakiś okres zaprzyjaźnić się z podbiegami. Wszyscy wokół o tym ględzą. Fakt, że wolałem polecieć do górzystego lasu i tam podbiegi robić niejako w trakcie, niż tłuc to jako osobny motyw, no ale z okazji ciemności i niemożności lasu w tygodniu... powiedziałem, że spróbuję. Próbuję więc raz w tygodniu te podbiegi i za każdym razem przeklinam to.
Wiem jednak, że aby coś ambitniejszego porobić, trzeba i z tymi podbiegami się przeprosić.
Trzaskam też raz na tydzień krótkie Drugie Zakresy na intensywności maratonu... na razie takie 9km, bo tak wychodzą dwie pętle na jednej trasie. Tu też nie jest różowo, bo pogoda ewidentnie nie zaczyna nie sprzyjać takim harcom, no ale póki śniegu i lodu nie ma, to korzystam z uroków i sobie czasem trochę głębiej oddycham.
Na razie sprawdzam różne konfiguracje w różne dni w tygodniu, ale z tego co widzę najfajniej biega mi się w weekendy. Wychodzi brak snu w tygodniu i kiedy w końcu się wysypiam w piątek, w sobotę potrafię latać. To cieszy i martwi, no ale może się coś polepszy.


Biegam więc na razie bez jakiegoś orania jęzorem po powierzchni i rozmyślam. Gonię i uciekam zarazem, czasem sobie powzdycham intensywniej i trochę intymniej przy końcu podbiegów, jednak wciąż nie wiem. Nie wiem czego chcę dalej.

W kwietniu wybieram się z grupą do Belgradu na maraton. Pod koniec lutego jest niejako na swojskiej ziemi Ultra "Nowe Granice", gdzie jest właśnie pokusa - setka. Ewentualnie może pobiec z kimś na spółę w zespole dwuosobowym, taka opcja również jest (jak w tym roku).
A może po prostu... wybrać maraton, a Ultra z przygotowań pod maraton niejako, takie bez spiny na czas? tylko u mnie nie ma nic bez spiny.


Gdzieś usłyszałem, żeby śnić, jak najczęściej, ponieważ jest to darmowe. Wszystko poza snami w życiu już kosztuje.
Czas płynie, życie leci i los nie lubi podobno takiego niezdecydowania. Jak tu być smarkiem w takiej sytuacji? ;)
Czas odwiązać liny i wyruszyć z bezpiecznej przystani w ocean. Pytanie tylko brzmi: który ocean wybrać? :)


Kiedy co jakiś czas przeglądam swoje foty biegowe i widzę takie perełki jak na załączonym przykładzie, przypominam sobie ile rzeczy powstaje z niczego i jaka jest z tego frajda, szczególnie na mecie, jednak przypominam sobie ile to kosztuje wysiłku. Ostatnie metry są jednak magiczne. Strzał dopaminy i adrenaliny na końcówce jest mocno uzależniający. Im bardziej się sponiewiera, tym efekt na mecie jest większy.


Aloha
pl


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Jarek42 (2017-12-03,08:35): W maratonie 3 godziny to magiczna bariera, reszta to wymysły. Ostatnio porwali się na kosmos, czyli 2 godziny. Osobiście dla mnie barierą jest tempo 4 min/km, które to tempo udało mi się osiągnąć na dystansach do półmaratonu włącznie. Może ta bariera byłaby dobra na maraton? 2:48:46 jest też kosmosem dla amatora.
Jarek42 (2017-12-03,08:38): 2:55 jest też dobrą barierą, a 2:50 jeszcze lepszą.
snipster (2017-12-03,09:14): magicznych barier jest zdecydowanie więcej, nie każdy biega "na 3 godziny" maraton. Słyszałem o 140 minutach, 2:30, czy 3:30, a nawet 5:00 dla wstających z kanap. Każdy ma swoje bariery. Poza tym czasem barierą jest czas, a czasem sam dystans - pamiętam mój pierwszy maraton, który był z gatunku podróży na księżyc właśnie, gdzie kiedyś 42km nie było nawet w zasięgu marzeń... no ale czasy się zmieniają i bariery przesuwają ;) Maraton jest o tyle specyficzny w porównaniu do Ultra, że tu nie ma szczypania się przez spodnie - wyniki są porównywalne. Tu pobiegłeś tyle i tyle, a tam tyle i tyle. Oczywiście trasy są różne, ale względność pozostaje. Ultra to osobny gatunek. Porównywanie Rzeźnika do Łemkowyny ma się nijak. Co do maratonu to kusi pogoń za 2:55, kusi jeszcze bardziej 2:50, a kuszenie pokonania maratonu po 4:00min/km jest jeszcze bardziej wyjątkowa (pamiętam swój pierwszy półmaraton po 4:00 i było to mocno ambicjonalne i emocjonalne) :) Niestety człowiek nie robi się młodszy, życie swoje dokłada i trzeba to jakoś ogarnąć, aby nie zwariować w tej pogoni za wrażeniami ;)
Jarek42 (2017-12-03,11:42): Poniżej 3 godzin w maratonie mało kto biega. Jesteśmy w elicie biegaczy - amatorów.
snipster (2017-12-03,15:00): heh no trochę popłynąłeś ;) elita to wyczynowcy, top10 na listach i tak dalej. Zresztą jakby spojrzeć szerzej, to podobno 1% populacji potrafi przebiec maraton, czy jakoś tak.
Jarek42 (2017-12-03,16:55): Elita biegaczy-amatorów, to nie elita biegaczy.
paulo (2017-12-04,08:24): Fajnie mieć marzenia. Bez nich życie byłoby nijakie. Rozumiem, że jesteś jeszcze w takim momencie życiowym, że wszystko możesz; i mieć sernik i się ścigać i jeszcze coś zrobić :) Myślę, że najpierw intuicja a potem rozum mogą Ci wskazać wiele
Zabiegana79 (2017-12-05,06:41): Rozumiem Twoje dylematy. Ty, Snipi potrafisz ocenić przyszłe skutki tego wyboru. Choć moje bieganie jest nieporównywalnie słabsze, to ja nieśmiało napiszę, że wybierając sernik dużo straciłam w tzw ściganiu. Fajnie rozkoszować się ciachem, ale mi ciężko było pogodzić się ze stratą wypracowanych sekund, a nawet minut w szybszym bieganku. Doszły problemy zdrowotne i znów próbuję opuścić przedszkole biegowe. Ale Ty masz talent, charakter i predyspozycje więc możesz być miło zaskoczony:) Powodzenia na tej drodze, która wybierzesz.







 Ostatnio zalogowani
Ewelajn
13:37
rychoking
13:35
Taz
13:27
Ciesiu
13:19
8035halicz
13:13
Jawi63
13:08
Abbingtonse4c
13:03
Pinky
12:50
Jakub_AK77
12:50
bartekmus
12:49
janusz9876543213
12:46
Jarek42
12:42
bolo96
12:38
UMKietrz
12:30
dorotaiarek1
12:26
wigi
12:15
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |