Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

          

  WIZYTÓWKA  GALERIA [71]  PRZYJAC. [88]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
snipster
Pamiętnik internetowy
rozrewolweryzowany rewolwer, stół z powyłamywanymi nogami...

Piotr Łużyński
Urodzony: 1977-05-23
Miejsce zamieszkania: Zielona Góra
296 / 304


2017-08-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
alive and kicking (czytano: 727 razy)

 

Powroty do biegania idą opornie. Czuję się jak pasikonik w roli żuka.
Kiedy już myślałem, że po kanałówce feralnej szóstki i skończeniu antybiotyku czekają na mnie drzwi, przez które swobodnie sobie przejdę, aby zacząć swobodnie biegać... no nie, nie jest taka prosto. Muszę niczym Neo doznać traumy i kilku przygód, żeby odrodzić się niejako na nowo ;)

Pierwsze dni po antybiotyku były nijakie. Kondycha oczywiście była sflaczała, niczym przygaszony konar w reklamie leku na potencję, ale z drugiej strony mózgownica podświadomie wyrywała do przodu i chciała coraz szybciej z tęsknoty za bieganiem w stylu Mustanga...

Bebechy mimo osłonówki (Dicoflor) były w dziwnym stanie, jakby z jednej strony zabetonowane, ale z drugiej mało co stabilne.
Dni mijały i kiedy już myślałem, że na weekend sobie pobrykam i zacznę coraz ambitniejsze pobrykiwania... dopadła mnie masakra.
W piątek rano delikatna biegunka na czerwono... powtórka popołudniu i tak do poniedziałku w zasadzie co kilka godzin. Nie pomogły w międzyczasie litry coli, drinków z palemką czy z kokosem, a nawet zielona herba z miodem.
W sobotę ledwo żyłem, ale pojechałem do rodzinki na urodzinki kuzynki. W międzyczasie się zważyłem, bo jestem szczęśliwym nie-posiadaczem wagi w domu, więc żyję w błogiej niewiedzy ile to ja ważę na co dzień :)
Kiedy waga pokazała 70kg się przeraziłem. To jakieś 5kg mniej, niż ostatnio...

W niedzielę po względnym wyspaniu, po wieczorno-nocnych densingach... a jakże, skakać i tańczyć się zdarza ;) wybrałem się pobiegać.
Z plecakiem, 200ml isostara w środku, tylko ten upał... po 10km już miałem efekt znany z Rotterdamu. Głowa chce biec dalej, a ciało się domaga paliwa i w ogóle, że lepiej by było na plaży plackiem, niż podczas biegu ;)
Sił zero.
Po drodze trzy razy się zatrzymywałem na chwilowy postój i złapanie pionu. Czułem się jak ślimak, który pełznie po kleju.
Kilometr przed domem zatrzymałem się i stwierdziłem po chwili, że nie dam rady już biec. Wyłączyłem trening, zapisałem i spokojnym chodem włóczyłem nogami w kierunku domu. Zabawne z obecnej perspektywy jest to, że tętno przy chodzie miałem w okolicach 140... czasem podczas biegania takowego nie przekraczam. Piękny zjazd... ;)


Odpocząłem odrobinę i w tygodniu spróbowałem biegać rano przed pracą... na czczo bo nie było czasu na jakiś posiłek przed mając do pracy na 8mą... musiałbym wstawać nie o 5:45, tylko o 3:30. Nie do zrobienia jak dla mnie.
Nihuhu nie jestem w stanie takiego biegania polubić.
Bieganie na czczo jest dla mnie jak całowanie się bez języka w policzek podczas sexu - takie jak na starych amerykańskich filmach, kiedy jest akcja a aktorzy całują się niczym ryby. Grey by się uśmiał. Frajdy w tym jest tyle, co sam kapsel z Tymbarka bez Tymbarka.
No ale spróbowałem, przemogłem się parę razy... ze trzy i nie widzę w tym frajdy.
Czekam na weekend, gdzie spokojnie będzie czas na śniadanko i bieganko.

Powroty to masakra i gehenna aby dojść do jakiegoś poziomu nie tyle co kondychy, która jest mizerna jak u mohera w domu starości, co stylu i wrażeń. Ciągle wydaje mi się, że szuram jak pająk, zamiast poginać jak gazela.
Jedyne to się pocę z klasą i wdziękiem, jak u rasowego węgorza :)

Ktoś mi kiedyś mówił, że taka przerwa jest niczym roztrenowanie. Nie - nie jest...
Antybiotyk zrobił w środku swoją robotę i nie tylko tą dobrą - bo opuchlizna zeszła w miarę szybko, ale i poligon ogólny wszędzie. Bebechy bardzo powoli się naprawiają za sprawą podwójnej dawki probiotyku (swoją drogą Dicoflor się skończył i myślę, czy znowu nie powrócić do Multilacu) oraz kolejnym to już przeproszeniem ze spiruliną z jogurtem, która mam wrażenie, że skleja wszystko w środku ;)


Co powroty to ciekawe doznania.
Trochę mi doskwiera lewa łyda, gdzie nie wiem czy problem znowu nie jest z mięśniem strzałkowym, czy z mięśniem płaszczkowatym, który jest mega pospinany. Wczoraj, kiedy położyłem girę na stole na piłce tenisowej... o mało nie wrzasnąłem.
Dla kolorytu prawie tydzień teraz będę nad morzem, więc trochę odpocznę od wszystkiego, chociaż nie wiem jak bardzo, bo kuzynostwo coś tam się odgraża. Może uda mi się namówić, aby mi potowarzyszyli w jakiejś wycieczce biegowej na rowerach, przynajmniej picia nie będę musiał targać ;)


na nowo więc "Learning the fly". Nie ma drogi na skróty, więc swoje wycierpieć chyba jednak znowu muszę, aby było wkrótce wspaniale :)


Aloha
pl

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2017-08-05,07:12): Po sniadanku na bieganko Miłego... :)
snipster (2017-08-05,21:26): po śniadanku jest bardzo przyjemnie :)







 Ostatnio zalogowani
maur68
11:36
42.195m
11:29
aku1973
11:28
riba74
11:27
sergio1971
11:25
mk13
11:20
darekesp
11:20
maciej biegacz
11:19
ziutek58
11:15
Gerhard
11:14
biegacz54
11:13
andbo
11:13
piotr72gd
11:11
michalpawlikowski
11:06
eldorox
11:00
paweł71
11:00
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |