Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

        

  WIZYTÓWKA  GALERIA [92]  PRZYJAC. [132]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
BULEE
Pamiętnik internetowy
BULEE (w końcu!) maratończyk

Dariusz Lulewicz
Urodzony: 1979-01-24
Miejsce zamieszkania: Gdańsk
260 / 391


2013-10-27

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
III Nocna Ściema, czyli jest 2 w nocy, a więc... biegamy, nie śpimy! (czytano: 731 razy)

 

III Nocna półściema w Koszalinie, czyli bieganie w momencie, gdy... przestawiamy czas z letniego na zimowy – stąd, gdy godzinowo odejmiemy z wyniku 1 godzinę, mamy na pewno zapewniony rekord świata w półmaratonie ;). Ja już takowy jednak miałem, bo w Koszalinie już raz ściemniałem, dokładnie w pierwszej edycji biegu, teraz więc przyszła pora na Janka.
Jeszcze przed samym wyjazdem zdążyłem oglądnąć hiszpańskie Gran Derbi (jak to dobrze, że wyjątkowo mecz odbył się o godzinie 18, a nie – jak to zwykle bywało wcześniej – o 20 bądź 22, bo musiałbym z żalem sobie go dopuścić) i gdy tylko mecz się zakończył, z bardzo dobrym humorem – bo Barcelona wygrała 2:1 – ruszyłem z Jankiem do Koszalina. Mimo prawie 200km do celu, podróż minęła nam bardzo szybko. Trochę się bałem, że na miejscu nie znajdziemy miejsca do parkowania blisko startu – bo w końcu w biegu miało uczestniczyć ponad 600 biegaczy – i trzeba się będzie sporo nachodzić, ale na szczęście znaleźliśmy miejsce tuż przy starcie, czyli stadionie Bałtyku. Po odebraniu pakietów startowych – swoją drogą bardzo fajnych! – w planach mieliśmy przespanie się, choćby na godzinkę. Mnie co prawda w ciągu dnia udało się zdrzemnąć dwie godzinki, więc nie byłem jeszcze zbyt zmęczony, ale warto było choć odrobinę zregenerować organizm. Jednak, gdy okazało się, że większość czasu przeznaczonego na sen przegadaliśmy (oczywiście tematyka była w większości biegowa), odpuściliśmy sobie drzemkę. Zresztą adrenalina robiła swoje, bo w ogóle nie czułem zmęczenia, tylko ekscytację i podniecenie czekającą nas niebawem przygodą.
Już w drodze do Koszalina podjęliśmy z Jankiem decyzję, że biegniemy cały czas razem, że szybszy trzyma się tempa wolniejszego. Janek zdecydowanie nie jest entuzjastą późnego chodzenia spać, bo dla niego godzina 22 to już... środek nocy – a tu nagle trzeba było zmagać się z trasą znacznie późniejszą porą. Byłem więc przekonany, że to ja raczej będę ciągnął ten wózek. Jednak z drugiej strony Janek już nie raz udowodnił, że stać go na pełna mobilizację i niespodziankę. Ogółem jednak miało obyć się bez szaleństw, żadnego bicia życiówek (zresztą z moją to byłoby raczej niewykonalne zadanie, a Janka – no cóż, co prawda mogła być w zasięgu, ale nie było to priorytetem), ot, zwyczajne zwiedzanie miasta nietypową porą i przekonanie się, jak wygląda bieganie nocą. Zastrzegliśmy sobie jednak, że postaramy się (choć to też nie było obowiązkiem) zmieścić w 1:45, bo tempo na niecałe 5 minut na kilometr raczej nie powinno nas zmęczyć, a na pewno zmusi nas do większej mobilizacji. Zresztą nieważne jak byśmy pobiegli, to i tak przecież Janek miał mieć tej nocy zapewniony rekord w półmaratonie ;).
Już od startu okazało się, że Janek faktycznie jednak powinien raczej w tym czasie spać, a nie biegać, bo od samego początku – jak sam przyznał później – szło mu opornie. Pierwszy kilometr to było tradycyjnie przebijanie się przez tłum, więc poszło nam tu bardzo wolno, bo zaledwie 5:33/km. Na drugim postanowiliśmy troszkę odzyskać stratę i tu już wyszło 4:23, więc pozostało nam już tylko kontrolować tempo. Kolejne kilometry to już było oscylowanie w granicach 4:50-5:05, w zależności, czy to było podbiegi czy zbiegi. A trasa była bardzo pofałdowana. Na szczęście nie były to jakieś strome podbiegi, za to jednak długie – coś podobnego jak mamy w Gdyni na ulicy Świętojańskiej. Połówkę zaliczyliśmy w niecałe 52 minuty, czyli pomyślałem, że zakładane 1:45 raczej powinno być w naszym zasięgu, choć trzeba było wziąć poprawkę na zmęczenie spowodowane wysiłkiem, późną porą i sennością. Co dziwne, mi jednak biegło się naprawdę bardzo dobrze – już drugi raz zresztą, bo w debiucie też tutaj śmigałem aż miło. Cały czas czułem się świetnie, na świeżości, jedyne co mnie niepokoiło, to tradycyjny ból ścięgna przy zbieganiu, choć był on znacznie mniejszy niż zwykle. Ale poza tym czułem się pewnie i silnie. Większość narzekała na te wszystkie górki, a mi wyjątkowo one nie przeszkadzały, a wręcz w ogóle nie męczyły. Po prostu czułem się tak, jakbym cały czas biegł po płaskim terenie. Mało tego – tak ciągnęło mnie do przodu, że w pewnym momencie stwierdziłem, że Janek... za bardzo mnie spowalnia i bardzo kusiło mnie, żeby go jednak zostawić i lecieć swoje. Ale umowa była inna, więc musiałem się dostosować. Starałem się jednak delikatnie narzucić troszkę szybsze tempo, by z każdego kolejnego kilometra urywać dodatkowe sekundy, a Janek, biedaczysko, dzielnie się mnie cały czas trzymał. Nie marudził, nie narzekał, choć widać było, że się bardzo męczył. Na 13,5km zdublował nas późniejszy zwycięzca półmaratonu – zresztą tak jak się spodziewałem, bo tak mi wyszło we wcześniejszych obliczeniach – i chyba to też nie wpłynęło na niego motywująco. Na 17km chciał już naprawdę dać sobie spokój i odpuścić sobie to zbyt duże tempo, nakazując mi, bym nie patrzył na niego i biegł swoje. Jakoś go jednak zmobilizowałem do wskrzeszenia z siebie jeszcze trochę sił, bo żal było stracić tą zaliczkę, którą z takim poświęceniem zyskaliśmy do tego momentu. A ta zaliczka, choć była niewielka, na razie oscylowała w okolicach najlepszego wyniku Janka i mogła zagwarantować mu rekordowy czas – wbrew naszym zamierzeniom przedstartowym. Ale trzeba było jeszcze trochę się jednak postarać, więc nadal nie zwalniałem. Potem jeszcze 1,5km przed metą Janek wprost powiedział, że jest wymordowany, ale ja – ach, niedobry ze mnie trener, a fe ;) – nie przyjmowałem tego do wiadomości i zmuszałem go do jeszcze odrobiny walki. No i warto było tak się pomęczyć – okazało się, że Janek poprawił o ponad minutę swą życiówkę i... zdobył II miejsce w swej kategorii wiekowej i pierwszy raz w życiu stanął na podium! Trzecią zaś osobę w tej kategorii wyprzedził tylko o 15 sekund, czyli o jakieś 60-70 metrów, a że w końcówce tylko my już wyprzedzaliśmy innych, to prawdopodobnie również minęliśmy tą osobę, a nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że stało się to już na stadionie – więc naprawdę opłaciło się nie odpuszczać w końcówce. Później, już na dekoracji, gdy wyczytano jego nazwisko, Janek najpierw był totalnie zaskoczony, a potem już cieszył się jak małe dziecko ;). A ja wraz z nim, bo to ściemnianie naprawdę nam się udało ;). Wyszło nam o wiele lepiej niż chcieliśmy, nawet nie spodziewałem się, że uda się Jankowi zrobić tak dobry wynik, ale wiadomo, że chęć rywalizacji i pokazania się z jak najlepszej strony potrafi zmobilizować człowieka do wspięcia się na wyżyny swoich możliwości oraz pokonania wszelkich słabości, ze zwątpieniem w końcowy sukces włącznie. No i poza tym Janek miał fantastycznego i genialnego pacemakera ;).

A co do samych zawodów. Powiem krótko: rewelacja! I to już nie jest... żadna ściema ;). Atmosfera, rozmach, emocje – wszystko to razem złożyło się na niezapomnianą imprezę. Można by w nieskończoność wymieniać plusy, ale ograniczę się tylko do kilku rzeczy. Panie przy odbiorze pakietów – miłe i uśmiechnięte, dodatkowo tryskające dowcipem. Wolontariusze – podziwiam ich, że chciało im się działać przez tyle godzin o tak nieludzkiej porze. Mało tego – działali bardzo sprawnie, pomagali naprawdę we wszystkim. Wielki szacunek i brawa! Piękne medale. Nietypowe nagrody dla zwycięzców – metalowe, wygrawerowane i odpowiednio wycięte tablice. Też taką dostałem, bo nagradzani też byli wszyscy niepełnosprawni biegacze. Losowanie licznych i naprawdę cennych nagród – udało mi się zdobyć książkę o tematyce biegowej (do wyboru były 3 różne tytuły i ciężko było się zdecydować, ale trzeba było szybko wybierać, stąd wzbogaciłem się o "Ultramaratończyka"). A wszystkie kobiety dodatkowo otrzymały tez upominki z kosmetykami, co tez było bardzo miłe (a swoją drogą – co z facetami? My też przecież lubimy ładnie wyglądać i dostawać prezenty). I najfajniejsza sprawa – pieniądze, które zostały organizatorom z opłat startowych, zostały przekazane różnym instytucjom, m.in. hospicjum, ośrodkowi szkolono-wychowawczemu, stowarzyszeniu osób niepełnosprawnych. Piękny gest! I przyznam, że w przyszłych latach jestem gotów ponieść jeszcze wyższą opłatę startową, byle tylko jeszcze większą sumę przekazano potrzebującym.
Szczerze polecam wszystkim nocne bieganie w Koszalinie, bo choć raz w życiu trzeba obowiązkowo pościemniać! ;)

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Mahor (2013-11-03,11:22): Sympatyczny i pouczający tekst.Chętnie pościemniam za rok







 Ostatnio zalogowani
knapu1521
22:06
artcrystal
22:04
marianzielonka
22:00
Katan
21:59
bolo96
21:47
jaceq
21:40
oyxzjmbxh57
21:40
poltergeist
21:35
Bryniok
21:31
michszpak
21:15
roman_NR
21:14
kujatt
21:13
1223
21:13
drakomir
21:12
stawarzp
21:11
slawek2910
21:08
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |