Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

       

  WIZYTÓWKA  GALERIA [11]  PRZYJAC. [26]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
michal71
Pamiętnik internetowy
Bieganie to dobry sposób na wszystko.

Michał Brzenczek
Urodzony: 1971-12-
Miejsce zamieszkania: Gliwice
40 / 45


2013-10-16

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Maraton oczami wolontariusza. (czytano: 1257 razy)

 

Trochę się nad tym zastanawiałem jak opisać ten maraton, chociaż nie, to przecież był ultra maraton.
Myślałem i myślałem i mnie oświeciło. Dlatego opiszę go z punktu widzenia własnego, czyli wolontariusza. Może to trochę dziwne, dlaczego mrówka chce opisać życie całego mrowiska, jednak gdyby nie takie mróweczki, mrowiska po prostu by nie było.
Z biegami górskimi niewiele mam do czynienia, moje doświadczenie jest zerowe, dlatego postanowiłem pomóc w organizacji a nie wystartować. Jako biegacz mijam ludzi stojących na starcie w żółtych kamizelkach, podają mi wodę podczas biegu, ktoś zatrzymuje samochody, abym ja mógł spokojnie przebiec. Ciągle to jest ktoś, nie zastanawiam się skąd i po co to robi, o której wstał aby być na miejscu, jak dojechał, czy coś zjadł. Po prostu jest. Po biegu małe dziękuje, jakiś uścisk dłoni i to wszystko, ktoś bezimienny znika do następnego biegu. Dlaczego to robią? Jaką czują z tego satysfakcje? Jednego czego jestem pewien, to fakt, że są potrzebni. Tak było, dopóki nie zacząłem pomagać w organizacji biegów. Mój udział w pracy całego układu organizacyjnego był zawsze nie wielki, ale nie o wielkość tu chodzi, tylko o sam fakt pomocy.
Pamiętam ten dzień w którym poznałem Mirka, dyrektora I Ultra Maratonu Bieszczadzkiego. Niby nic, niemal co dzień poznaje kogoś nowego, jednak w tym dniu coś się zmieniło. – Potrzebujemy wolontariuszy – te słowa wywołały całą burze. Nie musiałem się długo zastanawiać, wiedziałem niemal natychmiast, że „TAK”, pojadę i pomogę, jednak jako dobry mąż, musiałem to skonsultować z żoną. Oczywiście dostałem zgodę. Męski wypad i to jeszcze w góry, czysta przyjemność. Jestem akurat w okresie roztrenowania po Maratonie Warszawskim, dlatego takie nie bieganie jest w sam raz.
Pakując się na wyjazd, celowo nie zabrałem ciuchów biegowych, przecież nie biegam tylko pomagam. Zupełnie nie wiedziałem jak mam się przygotować na taką podróż, co zabrać, jakie buty, jaki plecak, co z jedzeniem, liczyło się tylko jedno, pomagać. Zupełnie przypadkowo wrzuciłem do torby jakąś koszulkę biegową i spodnie dresowe, zadbałem tylko o to aby było mi ciepło i sucho. Wiedziałem już, że podczas takiej imprezy głównie się stoi i coś robi, bez względu na pogodę. A ta zapowiadała się piękna. Bieszczady nadciągam. To będzie moje pierwsze spotkanie z nimi, nigdy wcześniej tam nie byłem. Tak naprawdę to nawet nie wiedziałem gdzie jadę, transport miałem załatwiony, nocleg również, więc nie było się o co martwić.
Do Wetliny, bo tam właśnie odbywał się maraton, wyruszyliśmy w sobotę o 2 rano. Do przejechania mieliśmy około 400 km, dlatego trzeba było wstać wcześniej. Jechaliśmy ze znajomymi ich samochodem, więc jako pasażer musiałem zadbać o swoja chorobę lokomocyjną. Dziwne, że cierpię na nią tylko jako pasażer, jako kierowca mogę jechać bez końca. Podróż odbyła się z przygodami, złapaliśmy gumę. Bagażnik pełny a koło zapasowe na spodzie. Godzina 5 rano, gdzieś na końcu świata, a my robimy szybki przepak. Na szczęście koło zapasowe było sprawne, gorzej wyglądało z kluczem do kół, ukręcił się po pierwszej próbie. Dobrze, że jakiś tubylec nam pomógł, nie dość, że się zatrzymał, to jeszcze podjechał swoim samochodem do kolegi i przyniósł nam zbawienie. Po półtoragodzinnej przerwie ruszyliśmy dalej. Zaczęło świtać kiedy wjeżdżaliśmy w dzikie tereny. Jesień, która o tej porze zmienia dość często swoją sukienkę, ukryła się za mglistym parawanem. Jednak jej mleczny prześwit wprawiał nas w zachwyt. Przez szyby samochodu obserwowaliśmy jak piękna kobieta ubiera najpierw szaro-burą sukienkę, by po chwili ukazać nam się cała w złocie. Widziałem coś takiego pierwszy raz i chce to zobaczyć ponownie. Jedno było pewne, to będzie piękny maraton. Zamroczeni urokiem krajobrazu no i może trochę z niewyspania dotarliśmy na miejsce. Ekipa z Mirkiem na czele już w pełni aktywna, nie zwlekając zbytnio, zgłosiliśmy swoją gotowość do działania. Otrzymaliśmy kwaterę w sąsiedniej miejscowości a potem rozdział obowiązków. Dostałem zadanie biegowe, mała wyprawa na szczyt Rabiej Skały i z powrotem. Ups. A ja przecież nie biegam, bez butów, bez ciuchów. Burza mózgów, szybka inwentaryzacja. Spodnie jakieś są, koszulka jest, bluzę dostałem, buty co prawda tylko trapery, ale dam radę. Biorę to zadanie. Spakowałem plecak i wraz z koleżanką, panią dyrektorową, ruszyliśmy w drogę. Odcinek od Wetliny na Jawornik był bardzo stromy, miejscami wręcz mieliśmy problem z wchodzeniem, o biegu nie wspomnę. Tędy mieli właśnie wracać zawodnicy, mając już 48 km w nogach. Wraz z upływającym czasem ciężar plecaka robił się coraz bardziej odczuwalny, jednak nie poddam się. Nikt nie obiecywał, że będzie przyjemnie. Dajemy radę, ciągle w górę i w górę. Taśmy ubywało, zostawialiśmy ją na trasie, zupełnie nie myśląc o tym, że jutro będziemy to wszystko zbierali z powrotem. Każdy niebezpieczny element został oznaczony tablicami od Brooksa, najważniejsze to bezpieczeństwo i wyraźne oznakowanie trasy. Doszliśmy do Jawornika, to jeden ze szczytów na moim 9 kilometrowym odcinku. Widoki zapierały dech w piersiach. Dwa tygodnie przed wyjazdem przeczytałem wiersz pt. „Wolne drzewa”, nie zrozumiałem go do końca, zapytałem więc autora „co poeta ma na myśli”. Odpowiedział mi, - zrozumiesz jak pojedziesz w Bieszczady. Na Jaworniku to zrozumiałem.
Pozostał nam ostatni odcinek do zabezpieczenia, od Jawornika do Rabiej Skały. Teren trochę się wypłaszczył, chociaż nadal było trochę ostrych zbiegów, dla nas akurat w tej chwili podbiegów. Wieszaliśmy foliowe oznaczenia na drzewach, krzewach a w pobliżu Rabiej Skały również na wysokiej trawie. Przechodzący turyści byli bardzo zainteresowani naszą pracą. Ania w kwestii wyjaśnień doskonale sobie radziła, każdy zainteresowany został oświecony. Po ponad dwu godzinnym marszobiegu dotarliśmy do punktu docelowego, betonowy słup w tym miejscu miał wiele znaczeń, jednak dla nas oznaczał odwrót i z powrotem w dół, do Wetliny. Trasa oznaczona, więc postanowiliśmy zbiec. Niestety z plecakiem nie było to takie proste, tym bardziej dla asfaltowego chłopaka. Im bliżej mety, tym nogi robiły się jakieś miększe. Jednak musiałem być twardy, jestem maratończykiem i dodatkowo facetem, nie mogę wymiękać przy kobiecie. Ostatni odcinek, który nazwaliśmy odcinkiem Brooksa, to już tylko szybszy marsz a miejscami nawet ześlizgiwanie się, okropna stromizna. Jutro z tego miejsca dla biegaczy pozostanie około 3 km do mety, jak oni sobie z tym poradzą, nie mam pojęcia. Wybiegamy z lasu, szutrowy odcinek z łagodnym nachyleniem w dół pozwolił odpocząć. Docieramy w końcu do asfaltowej wstęgi, która zaprowadzi nas już do samej mety. Dopiero teraz poczułem wiatr we włosach, asfaltowe podłoże pozwoliło mi swobodnie wypuszczać nogi do przodu. Plecak jakoś przestał mi przeszkadzać. Dotarliśmy do mety, w sumie to jutro będzie meta, na razie to tylko remiza strażacka w Wetlinie. Na dzisiaj koniec wspinaczki, po 5 godzinach przytulania się do plecaka, nie zwłocznie wyrzuciłem go w kąt. Ale ulga, przynajmniej na razie, jutro trzeba będzie to powtórzyć. Do końca dnia organizowaliśmy się już tylko na miejscu, ostatnie kosmetyczne sprawy, wydawanie posiłków na Pasta Party. Powrót na kwaterę dopiero przed 22. To był ciężki dzień, dlatego z zaśnięciem nie było najmniejszego problemu. Zetknięcie z poduszką, kilka sekund i już poczułem przysłowiowe objęcia Morfeusza.
5:50 Kolejno odzywają się budziki, każdy nastawił swój, więc rano mieliśmy niezłą budzikową orkiestrę. Najpierw chaos, później już tylko pośpiech. W pokoju był z nami jeden biegacz, obserwowałem go jak się przygotowuje. W spokoju, powoli. Widać było, że z nie jednego pieca chleb jadł. My wolontariusze szybko w pośpiechu, żeby nie tracić czasu, a on pomału, ociężale, aby nie tracić energii. Pogoda na zewnątrz już nie taka jak wczoraj, w nocy chyba padało i zanosiło się na kolejne opady. Trzeba to uwzględnić. Plan dnia wskazywał na różne aktywności, dlatego trzeba się ubrać na cebulę. Szybkie śniadanie, nie koniecznie zdrowe, bardziej kaloryczne. Na kawę niestety nie było czasu. Pakujemy się do samochodów. Po kilku minutach docieramy na miejsce. Biegaczy jeszcze niewielu, wolontariusze są już wszyscy. Szybkie „cześć wszystkim”, na czułości nie ma czasu i do roboty. Rozdział zadań, to tylko kwestia formalności. Dostałem swoje, którego się spodziewałem plus dwa gratis. Ups – zrobiło się ciasno, zacząłem się obawiać czy dam rade. Plecak urósł do granic możliwości, podnieść go mogłem tylko z przyklękiem, nawet nie wiem ile ważył. Musze z nim przejść 9 km pod górę, ale zanim to zrobię, trzeba odsłużyć depozyt i pomóc przy pierwszym punkcie. Wszystko biegiem, bo czas nie jest niestety jak miejski autobus, czyli z „gumy”. Stałem w depozycie, kiedy biegacze ruszyli, niestety tym razem beze mnie, spotkam ich ponownie na punktach. Nagle zrobiło się pusto, cicho, jakoś nienaturalnie. Wsiadam w jakiś samochód, jadę na pierwszy punkt, mijając kolorowa rzekę biegaczy. Stawka była już mocno rozciągnięta, pomimo tego, ze mieli za sobą dopiero 5 km. Ciekawe czy byłbym z przodu? Zastanawiałem się przez chwilę, po czym ruszyłem do pomocy. Kiedy minął nas ostatni zawodnik, zwątpiłem w jego sukces, ponad 30 minut na 5 km to stanowczo za wolno. Teraz można zamknąć punkt, pakujemy wszystko do samochodu i ruszamy do remizy. Tam wkładam plecak, oczywiście z przyklękiem i pędze na Rabią. Mam przed sobą nie lada wyzwanie, chociaż na początku nie zdawałem sobie z tego sprawy. Krok za krokiem, pomału w górę, trasa jest do pokonania w czasie sporo poniżej dwóch godzin, jednak z takim plecakiem wydaje się to niemożliwe. Odcinek asfaltowy pokonałem truchtem, zdejmując z siebie kolejne warstwy ubrań. Odcinek Brooksa, sprawił mi spoko kłopotów. Padający deszcz i leżące liście nie ułatwiały mi wspinaczki, a ten cholerny zegarek ciągle gnał do przodu. W okolicach Jawornika miałem na sobie już tylko jedną koszulkę, resztą przyozdobiłem siebie jak świąteczną choinkę. Widoków niestety nie mogłem podziwiać ze względu na mgłę, nie miałem na to nawet ochoty, walczyłem z czasem i górami. Dzwoni telefon, dostałem informacje, że czołówka jest już w pobliżu mojego punktu. Nie zdążę, wiem to już na pewno, dlatego idąc pod górę robię lotny punkt z izotonikami. Udało się, obsłużyłem czołówkę, każdy dostał porcje. Zabrakło mi dosłownie 15 minut do szczytu. W końcu dotarłem, z mgły wyłonił się betonowy słup, który tym razem posłużył jako stolik. Szybko wyciągam plastikowe kubki i rozlewam wodę dostarczoną na górę prze straż graniczną. Pomimo, że zapakowany byłem do granic możliwości, wiedziałem, że każdy z biegaczy otrzyma tylko symboliczną porcje. Taki urok górskiego punktu, niby jest, ale tylko symbolicznie. Biegacze kolejno wyłaniali się z mgły, jedni zupełnie naładowani energią, nie było po nich widać zmęczenia a inni dla kontrastu jak rozładowane baterie, niby są ale bez prądu. Kilka osób potrzebowało wsparcia. Jeden z biegaczy, wyglądał jak ja po kilku piwach, uśmiechnięty ale nie obecny, wyczerpany do granic możliwości. Jednak pomimo ogromnego zmęczenia, mieli już przecież ponad 41 km za sobą, w ich oczach była tylko radość. Być może na mój widok, może to ze zmęczenia, tego nie wiem, jednak wiedziałem, że jestem im potrzebny, nie tyle ja co ten symboliczny łyk wody lub izotonika. Czas mijał, a ja tym razem wraz z nim ubierałem kolejne warstwy ciuchów na siebie. Straciłem rachubę ile osób już przebiegło, raz było ich więcej, raz mniej, by w okolicach piętnastej zupełnie wszyscy znikli. Czekamy i czekamy a tu cisza. W końcu wyłania się latarnia, czyli osoba informująca o końcu biegu. Zadanie wykonane, koniec biegu, można się zbierać. Uff, ciężkie to było zadanie, ale niezbędne. Strażnicy ostrzegali, że zaraz będzie się robiło ciemno w górach, musze się śpieszyć. Więc niezwłocznie zbieram swoje zabawki. Flagi, banery, taśmę, zbieram wszystkie śmieci i pakuje je do wora, najpierw do jednego a potem już do dwóch. Pomału znikają ślady dzisiejszego Bieszczadzkiego święta, ale niestety rośnie ilość śmieci w workach. Robią się coraz cięższe i większe, jednak to nie zmienia faktu, ze muszą być dostarczone na własnych nogach do punktu z którego ktoś je zabierze samochodem, w moim przypadku było to 7 km od Rawiej Skały. Wymyślałem techniki zbiegania z takim balastem, miałem z tym trochę problemów, może dlatego, ze do Pudziana mi daleko. Walczyłem, chociaż moja walka daleka była od tych jakie toczyły się podczas właśnie zakończonego Maratonu Bieszczadzkiego. Od Jawornika trasa była już zupełnie oczyszczona, któryś z kolegów zrobił to wcześniej, mogłem więc biec w dół bez postojów na zbieranie oznakowań. Worki ze śmieciami wypchane niczym balony posłużyły jako balast do trzymania równowagi. Gnałem w dół na ile pozwalały mi moje umiejętności, czułem palenie czwórek, plecak skakał jak szalony, jednak poczucie dobrze wykonanego zadania rekompensowało wszelkie niedogodności. Byłem spełniony i szczęśliwy, no może jeszcze trochę zmęczony, głodny, spragniony, mokry, ociężały, itp. Robiło się już szaro jak dobiegałem do asfaltu, wyrzuciłem worki, których w tej chwili wręcz nienawidziłem i pognałem do mety, a raczej miejsca ukojenia. Podobnie jak rano, biegaczy nie było, natomiast wolontariusze obecni byli wszyscy. Zameldowałem wykonanie zadania. Koniec na dzisiaj. Przebrałem się w suche ciuchy, te poprzednie były zupełnie mokre, spocony byłem bardziej niż po ostatnim maratonie. Chwila na odsapnięcie i ruszamy w drogę powrotną do domu. Nie oczekiwałem nic w zamian, wystarczył mi tylko dziękczynny uścisk dłoni.
Ten październikowy weekend był przeznaczony dla biegaczy, dla moich kolegów i koleżanek. Opisując swoje spotkanie z wolontariatem chce zwrócić uwagę na wkład osób pomagających w organizacji. Takich jak ja było więcej, tacy jak ja będą również w przyszłości. Dlatego drodzy koledzy biegacze, każdy z nas powinien kiedyś stanąć z drugiej strony, po to aby tak jak do tej pory nam podawano kubek wody, zrobić to w druga stronę. Wolontariat w przypadku biegów górskich jest jednak wolontariatem do kwadratu. Dzisiaj mija już trzeci dzień po maratonie a ja nadal mam zakwasy, lecz jeżeli za rok zadzwoni do mnie Mirek z prośbą o pomoc, stawie się obok niego. Jednak tym razem będę bardziej przygotowany do pomocy.


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
Pawel63
09:52
witekm
09:31
marekpawelec
08:33
platat
08:25
Admin
08:18
kostekmar
08:17
Leno
07:27
Andrzej Bukowczan
06:11
prgutek
02:52
Krzysztof1977
00:24
Brytan65
23:55
Truskawa
23:40
Jarek42
22:39
Iryda
22:15
GRZEŚ9
21:40
esperlando@onet.eu
21:35
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |