2012-01-15
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Rusałka (czytano: 314 razy)

No i połowa stycznia minęła jak z bicza strzelił!
Jakoś to bieganko w Nowym Roku tak średnio mi wychodzi. Byle do marca - potem będzie łatwiej. W pracy trudny okres więc trzeba troszkę przysiedzieć (do 18-19 godziny...). Potem brak już chęci lub siły. To znaczy mam bieganie, ale tylko w weekendy. W tygodniu w ramach dotlenienia - godzinne spacery z pracy do domu :)
Wczoraj wybrałam się nad poznańską Rusałkę na spacer. Ciekawe skąd ta nazwa...? Może od rusałek? Może ktoś je tam kiedyś widział?
"Rusałki – zwane też boginkami, to w mitologii słowiańskiej demoniczne istoty zamieszkujące lasy, pola i zbiorniki wodne. Ukazywały się zazwyczaj jako piękne, nagie dziewczęta z rozpuszczonymi zielonymi włosami, rzadziej jako stare i odrażające kobiety. Rusałkami stawały się panny, które zmarły przed zamążpójściem. Rusałki pojawiały się w czasie nowiu i wabiły do siebie młodzieńców, których zabijały poprzez łaskotanie lub opętańczy taniec".
Wracając do tematu spacerku... Kółeczko dookoła jeziorka zajęło godzinkę. Miło się szło i rozmawiało. Zastanawiałam się czy mogłabym być taką demoniczną rusałką nad Rusałką? Zielonych włosów co prawda nie mam. Kąpiel w jeziorze - zimą odpada. Czy mogłabym zabić Młodzieńca? Nieeee, zdecydowanie nie. Chyba więc rola rusałki nie dla mnie.
W takcie spacerku wiatr wiał, ale drzewa jakoś chroniły przed podmuchami. Troszkę chłodno było, ale miło spędzony czas powodował, że nie czuło się zimna. Słoneczko nieśmiało przebijało się przez chmurki. Tak byłam pochłonięta rozmową, że ani się spostrzegłam a tereny rusałkowe zmieniły się na miejskie. Nogi dalej przebierały i doszliśmy aż do ścisłego Centrum Miasta. Ogółem spacerek trwał około 2,5 godziny, więc nogi są przyzwyczajone do jakiegoś tam wysiłku...
No i jak się szło, to nad Rusałką wielu biegaczy Nas mijało. Aż nogi mi się rwały by z nimi potuptać. Ale ja mój trening miałam zaplanowany dopiero na dzisiejszy dzień. Tereny rusałkowe - do biegania rewelacyjne. Milion razy lepsze niż np. Malta (beton, tłumy ludzi). Tak sobie szłam i w myślach zazdrościłam Wiesiowi, że on ma tu tak blisko, że fajne ścieżki biegowe...
Ale dziś odbiłam to sobie w moim lesie. Też jest fajny biegowo, tylko rzadko można spotkać tam jakiegoś biegacza. Połowa stycznia i w końcu troszkę zimowo się zrobiło. Nie ryzykowałam przeziębienia - ubrana w odpowiedni do temperatury strój biegowy oraz zestaw mikołajkowy z półmaratonu z Torunia, z jakąś lekkością pokonywałam kolejne kilometry. Pomimo zakwasów po piątkowych łyżwach i szaleńczych gonitwach z hokeistami biegło się R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-I-E!
Ani się obejrzałam, a 10,5 km się skończyło. Miałam ochotę jeszcze biec. Nie chciałam jednak przesadzać z dystansem, po tej małej ubiegłotygodniowej przerwie. Z niecierpliwością czekam już na kolejny weekend kiedy będę mogła się wyszaleć w moim lesie...
A na zdjęciu niedoszła rusałka z zieloną opaską przed jakimś tam biegiem...
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora ineczka16 (2012-01-17,09:22): Żiżi - mam nadzieję że nabiegam... Ale Ciebie i tak nie dogonię :)
|