2010-12-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Przełom sezonów (czytano: 257 razy)

Przejście z jednego sezonu biegowego w drugi odbywa się u mnie w tym roku bardzo płynnie. Nie zrobiłem żadnego planowego roztrenowania, nie było żadnej imprezy, o której mógłbym powiedzieć, że to było zwieńczenie sezonu i teraz przerwa. Nie rozpoczynałem, ani nie będę rozpoczynał żadnego planu treningowego od zera. Wszystko odbywa się w sposób naturalny. Biegam ostatnio trochę mniej, ale to raczej przez brak czasu niż w wyniku świadomej decyzji. Nie startuję też zbyt często w zorganizowanych imprezach, ale to dlatego, że po prostu zbyt wielu nie ma akurat w pobliżu. Ale biegam. Tylko na pisanie o tym nie starcza już czasu. Mimo dużej ilości innych obowiązków udało mi się nie dopuścić do takiej przerwy, jak w zeszłym roku, kiedy to listopadzie przebiegłem jedynie 91km, a w grudniu 118. Teraz w listopadzie licznik pokazał 173 km, a w grudniu, który jeszcze się nie skończył, powinno być podobnie. Nie są to oczywiście rewelacyjne odległości, ale źle też nie jest. O tym, że forma nie poszła całkiem w las, przekonał mnie ostatni etap GP Mysłowic, który odbył się tydzień temu. Na poprawę lub stratę miejsca w klasyfikacji generalnej nie miałem większych szans, więc mogłem potraktować ten bieg całkowicie treningowo. Tym bardziej, że było straszenie zimno (-10 stopni), a ja za mrozem zupełnie nie przepadam. Biorąc to wszystko pod uwagę, a także leżący na trasie śnieg, liczyłem, że ukończę ten bieg ze średnim czasem w okolicach 5:40 – 5:50 min/km. Tymczasem wyszło 5:14 i to pomimo że czułem, że nie biegnę na maksimum możliwości. Czyli całkiem fajnie. Przy okazji po raz pierwszy udało mi się pokonać Jacka i Szymona, których plecy zwykle widziałem tylko przez pierwsze metry po starcie, zanim zniknęli gdzieś z przodu. Wprawdzie tym razem pierwszy z nich był tuż po kontuzji, a drugi totalnie roztrenowany, ale i tak wygrana to wygrana. Jeśli uda mi się zrobić jeszcze pewien postęp, to może powalczę z nimi w przyszłym roku w równych warunkach... Dla równowagi muszę dodać, że z Mają przegrałem podczas GP najwięcej w życiu na tej trasie – ale to raczej dlatego, że Maja taka dobra, a nie ja słaby.
Ponieważ nie czuję się roztrenowany, postanowiłem już prawie na pewno, że pobiegnę w naszym truchtaczowym Biegu Spełnionych Marzeń 15 stycznia. Rok temu dałem sobie spokój, bo się obawiałem, że nie dam rady i padnę gdzieś w śnieg na 15 km trasie. Tym razem bieg liczy 18 km i jest trochę więcej podbiegów, ale mimo to chcę wystartować. Jeśli będzie bardzo zimno, to nie będę na pewno biegł na maksa, ale tak zupełnie treningowo też nie. Sam jestem ciekaw w jakim tempie jestem w stanie przebiec w zimowych warunkach taką trasę. Gdyby udało się tak w okolicach 5:40/km byłbym bardzo zadowolony.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |