2010-11-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Biegowe ostatki (czytano: 301 razy)

Katowicki półmaraton miał być dla mnie imprezą kończącą sezon. Myślałem, że nawał obowiązków w pracy sprawi, iż od października bieganie zejdzie na drugi, albo raczej nawet na trzeci plan. Tymczasem... okazało się, że październik był miesiącem, w którym przebiegłem najwięcej kilometrów w roku (225), a i nowe życiówki (choć trochę mniej oficjalne) też się trafiły. Tylko na opisanie tego na blogu nie starczyło już czasu... Ale to już najmniejszy problem.
Ten największy w roku kilometraż to przede wszystkim zasługa ładnej pogody i... Mai, która w ramach przygotować do beskidzkiego maratonu chciała zrobić sobie kilka dłuższych wybiegań. A ja dałem się namówić, aby też je zaliczyć. Pobiegliśmy więc najpierw 30 km do Lędzin, a tydzień później 25 km na hałdę pomiędzy Murckami a Kostuchną. Dokładnie te same trasy, nawet w podobnym odstępie czasowym, robiliśmy pół roku wcześniej, przed Silesia Marathonem, więc mogę te biegi spróbować jakoś porównać. Teraz było na pewno szybciej (o około pół minuty na kilometrze) i chyba jednak trochę łatwiej. Choć na trzydziestce już w połowie biegu dopadł mnie dość mocny kryzys, to jednak udało mi się nie zwolnić i dobiec do końca w takim tempie, w jakim zaczęliśmy. Dzięki temu pobiliśmy nieoficjalną życiówkę w treningowym biegu na 30 km – 3 godziny i 6 minut. Tydzień później, podczas 25 km wyprawy na hałdę biegło mi się zdecydowanie lepiej. Żadnego kryzysu nie miałem, ale to pewnie w dużej mierze dlatego, że biegliśmy o jakieś 10 sekund wolniej niż do Lędzin.
W październiku robiłem jednak nie tylko długie wybiegania. Zaaplikowałem też sobie chyba ostatnie w tym roku kilometrówki. I wyszły bardzo fajnie. Siedem kółek w tempie od 4:37 pierwsze do 4:21 ostatnie. Zdecydowanie najszybsze w tym roku. Nic więc dziwnego, że niecały tydzień później, w ostatnią sobotę, udało mi się zrobić nową życiówkę na trasie GP Mysłowic. To był już piąty bieg w ramach tej imprezy i po raz pierwszy udało mi się złamać 32 minuty. Nie jest to może wynik na miarę marzeń, bo na początku sezonu liczyłem, że w jesieni uda mi się na tej trasie zejść nawet do 31 minut, ale i tak jestem bardzo zadowolony. Nie tylko z samego wyniku, ale również z taktyki biegu. Gdy na początku, zaraz po starcie, trzy osoby (Maja i dwóch panów), z którymi, jak mi się wydawało, powinienem nawiązać w miarę równą walkę, poleciały do przodu, wcale nie próbowałem ich gonić, tylko biegłem w swoim założonym tempie. Pomyślałem sobie, że jeśli faktycznie są tak silni, żeby takie tempo, w jakim wystartowali, wytrzymać, to i tak nie mam z nimi szans, ale jeśli przesadzili na samym początku, to jeszcze ich dopadnę. Spokojnie robiłem więc swoje i faktycznie, od połowy dystansu zaczynałem zmniejszać dzielącą nas odległość i po kolei wszystkich wyprzedzać. Najtrudniej było z Mają. Dopadłem ją dopiero jakieś mniej niż pół kilometra przed metą. Gdy za chwilę się obejrzałem, zobaczyłem, że mam już ze 20 metrów przewagi. Rozluźniłem się więc i... przed samą metą poczułem, że Maja jest tuż za mną. Ostatecznie wygrałem, ale tylko o sekundę. Osobisty rekord trasy poprawiłem za to o 10 sekund. Tak więc bardzo fajnie.
No i co tu teraz zrobić z tak ładnie wyhodowaną formą? W najbliższą niedzielę jest Perła Paprocan. Spróbuję więc pobiec – może nawet cały maraton. Nie chcę sobie jednak nic obiecywać. Jak będzie ciężko, zrobię tylko 21, 28 lub 35 km. Ale jeśli będzie mi się biegło dobrze, to spróbuję powalczyć do końca. Nie tylko o kilometry, ale również o dobry czas. Życiówka w Maratonie na koniec sezonu – to byłoby coś!
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |