Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [14]  PRZYJAC. [31]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
creas
Pamiętnik internetowy
"Wciąż biegnę i biegnę, dobrze mi z tym... " (TSA)

Krzysztof Wieczorek
Urodzony: 1968-07-02
Miejsce zamieszkania: Katowice
45 / 109


2010-10-04

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Tort z gorzką pigułką zamiast wisienki... (czytano: 363 razy)

 

Gdybym się dowiedział, że ktoś pobił życiówkę w półmaratonie o trzy minuty i nie jest z tego zadowolony, to pomyślałbym, że to musi być jakaś straszna maruda. No i wychodzi na to, że to ja jestem taką marudą. W niedzielę nabiegałem w Katowicach 1:47:36 brutto (1:47:08 netto) poprawiając swój dotychczasowy „personal best” o około trzy minuty, i jakoś nie potrafiłem się z tego cieszyć. To znaczy niby byłem zadowolony, ale coś mnie uwierało. Trochę tak, jakbym zjadł bardzo dobry obiad, ale w deserze na torcie zamiast pysznej wisienki trafiła się jakaś gorzka pigułka. I w ustach na dłużej został ten końcowy (nie)smak. Ta gorzka pigułka podczas biegu, to był finisz, a w zasadzie jego zupełny brak. Do mety, jak mi się zdawało, nie dobiegłem, nie dofrunąłem, tylko doczłapałem, zupełnie bez klasy. Nie tak to miało być. Ale po kolei...
Połówka w Katowicach miała być ukoronowanie sezonu. To tu chciałem zrobić najlepszy wynik, najbardziej spektakularną życiówkę. Wszystko wydawało się układać świetnie: rosnąca forma, łatwa i znana trasa, pogoda... Zgrzyt pojawił się tydzień przed biegiem w postaci przeziębienia. Niby nic strasznego, ale jednak musiałem sobie zrobić dłuższą niż planowałem przerwę na regenerację, no i na pewno jakieś małe osłabienie z tego przeziębienia przyszło. Na treningu pewnie bym nawet tego nie poczuł, ale jak się biegnie na maksimum możliwości, to każdy szczegół ma znaczenie. Zacząłem się więc nawet trochę łamać i zastanawiać, czy może jednak lepiej byłoby zacząć trochę wolniej. W dniu startu zdecydowałem jednak, że biegnę tak jak wcześniej planowałem – to znaczy ruszam w tempie ok. 5:05/km, i jak przeżyję, to na ostatnim siedmiokilometrowym kółku spróbuje jeszcze przyspieszyć.
Zaczyna się dobrze. Na starcie jak zwykle trochę tłoku, ale szybko udaje mi się wejść w odpowiedni rytm i łykać kolejne kilometry. Średnie tempo z pierwszej „tercji” wychodzi 5:04, czyli idealnie tak jak planowałem. Na początku drugiego kółka czuję, że ktoś biegnie za mną bardzo blisko. Odsuwam się więc grzecznie na bok trasy, aby mógł mnie wyprzedzić, ale słyszę coś w tym rodzaju: „Biegnij, biegnij... Nie będę cię wyprzedzał. Chcę się za tobą zabrać do mety. Widzę, że równo i dobrze ciągniesz.” Miło mi się zrobiło, gdy to usłyszałem. Ale faktycznie, coś w tym jest, że trzymanie tempa to moja mocna strona. Myślę, że mógłbym pobiec półmaraton jako pacemaker na przykład na dwie godziny. Potrafiłbym biec wedle życzenia - albo niemal idealnie każdy kilometr w jednakowym tempie po 5:40, albo lekko zwalniać na podbiegach, a przyspieszać na zbiegach, tak aby średnie tempo się zgadzało. Sam nie wiem, jak to robię, ale gdy widzę czasem odczyty ze swojego stopera i GPS, to wierzyć mi się nie chce, że tak równo można biegać.
Więc biegniemy teraz przynajmniej we dwóch – z numerem 304, tak go sobie nazywam w myślach, bo się jakoś sobie nie przedstawiliśmy i nie wiem, jak mu na imię. Czasem zamieniamy jakieś krótkie zdania, choć ja staram się nie tracić sił na gadanie. Dowiaduję się, że 304 życiówkę ma lepszą, ale w tym roku w Pile poszło mu słabiej i teraz próbuje się zrehabilitować. Przez dłuższą chwilę jeszcze biegnie z nami ktoś trzeci, ale potem gdzieś znika. Nie jesteśmy jednak sami na trasie. Cały czas się coś dzieje, wyprzedzamy trochę osób, co na wąskich ścieżkach nie zawsze jest łatwe. Biegnę w swoim tempie, czasem oglądam się na 304, ale słyszę za każdym razem: „Jestem, jestem...” Raźniej się tak biegnie w małej grupce. Mam też motywację, żeby nie zwalniać. Widać, że podziałała dobrze, bo drugie okrążenie robię w idealnie takim samym czasie, jak pierwsze – średnie tempo znowu 5:04. Zapowiada się bardzo dobry wynik. 304 mówi, że chciałby tak wytrwać gdzieś do 18 kilometra, a potem finiszować. Myślę sobie, że to świetnie. Gdy zacznie przyspieszać, to ja spróbuję się go trzymać.
Wtedy jednak zaczyna się mały kryzys. Czuję, że brakuje mi paliwa. Na trasie nie było niestety izotonika, tylko zwykła woda i to chyba trochę przez to. Swoje robi też pogoda. Słońce przygrzewa coraz mocniej i na odkrytych kawałkach trasy robi się naprawdę gorąco. Tempo siedemnastego kilometra wychodzi 5:20. Niby to jest najtrudniejszy kilometr na całej trasie, w słońcu i cały czas lekko pod górkę, ale jednak... Tak być nie powinno. Mówię do 304, żeby nie oglądał się na mnie, tylko leciał szybciej, ale odpowiada, że też ma kryzys. Ja mam coraz większą ochotę, aby przejść na chwilę do marszu. Wiem, że to przecież już całkiem niedaleko i w dodatku niemal cały czas płasko lub z górki, ale nie potrafię przyspieszyć. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że zaczynam strasznie zwalniać. Nie patrzę już na zegarek, tylko próbuję biec tak jak potrafię. 304 zaczyna mi odjeżdżać, a ja nie myślę o tym, żeby go gonić tylko o tym, żeby nie stanąć. To nie jest taki finisz, jak w Bytomiu czy Tychach, kiedy biegłem treningowo, ani nawet taki, jak w Knurowie, gdy robiłem życiówke na dyszkę. Tam biegłem jak na skrzydłach, a teraz człapię i walczę, aby jakoś dostać się do mety. W końcu jest – czas niby całkiem dobry, ale wcale nie czuje dumy z życiówki. Nie potrafię się z niej cieszyć...
Tak było przez parę godzin. W domu trochę ochłonąłem, przegrałem dane z GPS do komputera i zobaczyłem... że na finiszu wcale nie zwolniłem. Po tym jednym kryzysowym kilometrze udało mi się wrócić do swojego tempa. Kolejne kilometry robiłem pomiędzy 5:07, a 4:59. Czyli wprawdzie szybszego finiszu nie było, ale tempo utrzymałem, choć subiektywnie wydawało mi się, że biegnę strasznie wolno... Ostatnia pętla wyszła tylko niewiele gorzej od poprzednich – średnio 5:07/km.
W sumie więc okazało się, że nie było tak źle. Pewnie, że fajnie byłoby skończyć bieg spektakularnym finiszem, ale przecież nie zawsze tak musi być. Przynajmniej wiem, że pobiegłem na maksimum możliwości, że dałem z siebie naprawdę wszystko. Smak gorzkiej pigułki już zniknął, a życiówka została. Mam nadzieję, że nie dłużej niż na rok...



Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
Januszz
22:27
milosz2007
22:25
Piotr100
22:02
Wojciech
21:18
Pawel63
20:51
czewis3
20:25
Raf  Gav
20:25
42.195
20:21
romelos
20:15
Daro091165
20:13
Hari
20:10
Bartuś
20:07
JW3463
20:02
ED Foto
19:47
Admin
19:25
młodyorzech
19:05
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |