2008-05-25
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| gorzki smak porażki - Zamberlan Adventure Trophy (czytano: 296 razy)

Nadszedł dzień długo oczekiwanego startu w ekstremalnym rajdzie Zamberlan Adventure Trophy, do pokonania dystans ok 350km.
Z każdą chwilą nie umiałam się doczekać startu. Dzień przed startem kilkakrotnie sprawdziłam torbę czy, aby napewno wszystko zapakowałam, ale i tak niepewność pozostała. Nie będę ukrywać od 2-óch tygodni męczył mnie stres i myśl, czy podołam takiemu wyzwaniu. 350km to duży odcinek do pokonania w dodatku w trudnych warunkach, ale trzeba spróbować.
W dniu startu gorączka, pakowanie i przygotowywanie pakunków do przepaku, ciągłe przekładanie rzeczy z jednej torby do drugiej, masakra!!!!...po prostu urwanie głowy. Za oknem pogoda nie dopisywała, zachmurzone niebo, mrzawka, mgła, jednym słowem paskudna pogoda, mimo to humorek każdemu dopisywał.
Zaczeło się....wszystkie teamy staneły na starcie....wszyscy z uśmiechem ruszyli na trasę, najpierw spokojnie przez centrum Wisły a później gaz :-)))).
Pierwszy etap rowerowy na Czantorię, dalej przez Ustroń, Przełęcz Beskidek, Cieńków ok 42km jazdy i dreptania do przepaku "A" (strefa zmian) - Ośrodek „Pod Baranią”
.....przyjemny i zarazem ciężki etap, kamienie, błoto....i zadowolenie na twarzy.
Kolejny etap, tym razem rolki ok 7km non stop pod górę, odcinek ciężki i wymagający.....dobrze, że drużyna była zaopatrzona w kijki narciarskie, bo bez tego było by baaardzooo ciężko. Na tym etapie nie obyło się od pierwszych oznak zmęczenia....jeden z kolgów teamu Czesław miał problem ze skurczami nóg, przykro było patrzeć na jego cierpienie. Mimo tego nie poddał się i dzielnie ruszył przed siebie. W końcu zakończł się morderczy podjazd...szybka zmiana rolek na buty i fruuuu....przed siebie na przełaj, między krzakami, drzewami ;-). Powrót do strefy zmian, zmiana ciuszków i kolejny etap rowerowy (30km). Niestety moja maszyna zawiodła, a właściwie hamulce, których już nie miałam. Tylne wogóle nie hamowały natomiast przednie owszem, ale bardzo głośno. Przynajmniej słychać było że jadę hahaha. To, że hamulce zawiodły po części było moją winą....mogłam zmienić na nowe, poza tym dlaczego nie miałam zapasowych. Odcinek prowadził do strefy "B" do schroniska turystycznego na Hali Boraczej. Brak hamulców sprawił, że musiałam z rowerem zbiegać zamiast zjeźdzać i odpoczywać. Mimo tego humorek dopisywał. Na przepaku B nasąpiła zmiana z roweru na trekking. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy w teren....czekał nas nocny spacerek na ok 46km. Już na początku czekała nas miła niespodzianka, a mianowicie strome wejście na szczyt góry MASAKRA!!!!....wspinaczka na czterech hahaha...Było bardzo ciężko, pojawiły się delikatne skurcze oraz zmęczenie organizmu. Z każdym krokiem coraz mniej miałam energii ....każdy krok był coraz wolniejszy, z czasem pojawiły się bóle stawów (szczególnie kolanowych). Zaczeło się.....w tym momencie nic mi nie pomagało.....zmęczenie się nasilało....pojawił się kolejny problem.....okropny ból brzucha, kłucie w lewym boku spotęgowało moje złe samopoczucie (za dużo batonów energetycznych, żeli i izotoników).....mój układ trawienny nie przyzwyczajony do takiej ilośći środków energetyczych zaczął się buntować. Było mi niedobrze....na samą myśl zjedzenia kolejnego batonika wzmagało odruch wymiotny. Miałam dość. Pojawiła się niechęć do dalszego marszu....walka z organizmem i ze słabościami. Miałam nadzieję, że mi przejdzie....ale nadzieja matką głupich. Mineła godzina a ja dalej ze sobą walczyłam. Nie chciałam zawieść chłopaków z teamu, a jednak zawiodłam. Po ok 100km: powiedziałam "PAS"....było mi przykro i dalej jest....oni we mnie wierzyli a ja się poddałam. Okazałam się słabym zawodnikiem. Teraz już wiem, że należy się odpowiednio przygotować fizycznie (a tego mi zabrakło) a do tego odpowiedne przygotowanie techniczne i żywieniowe. Wiem napewno, że mój organizm nie toleruje dużej ilości batonów i żeli. Uświadomiłam sobie, że mam ogromne braki, byłam pewna swojej wytrzymałości, ale dostałam kubłem zimnej wody i teraz już wiem - jestem słaba. Po raz kolejny nie ukończyłam. Zawiodłam nawet siebie, poczułam gorzki smak porażki i jest mi z tym źle. Poddałam się bez walki i to jest przykre.
Z każdym startem nabieram więcej doświadczenia, pewnych rzeczy już nie powtórzę, w końcu uczymy się na własnych błędach.
Fotka przed startem....tu jeszcze byłam pewna siebie --------->
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |