2013-12-09
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Najpiękniejszy zimowy trening (czytano: 5599 razy)

Nic nie zapowiadało takiej sielanki. Przez dwa dni wiał huraganowy wiatr, trzeciego nastała cisza i przepiękna pogoda. Czekałem na to okno pogodowe, wiedziałem, że musi się nam udać piękna biegowa wyprawa.
Moja Siora zdecydowała się doł±czyć do mnie dzień wcze¶niej. Ucieszyłem się. Marzeniem Marty jest przebiegnięcie pierwszego maratonu w kwietniu, moim pierwszy Ironman w sierpniu. ¦wietnie! Ruszamy zatem razem.
Ranek jak zwykle arktyczny, -7 st.C, czyste niebo i słońce niziutko nad horyzontem. Na szczę¶cie cichutko, bez wiatru. ¦rodek grudnia – słońce najniżej jak tylko możliwe, ale promienie raż± intensywnie.
Startujemy przed dziewi±t±. Pierwsze kilometry ciężkie, zimno i pod górę. Stopy ton± w ¶niegu po kostki. ¦lady zatarte. Wła¶ciwie ¶ladów nie ma, s± tylko nocne tropy zwierz±t – zajęcy i saren. Mijamy spokojny po nawałnicy las. Wszędzie pełno powalonych drzew i połamanych gałęzi. Po paru kilometrach rozgrzewamy się i biegnie się ¶wietnie. Nawierzchnia zróżnicowana. Miejscami bardzo trudno, kilkadziesi±t metrów w ¶niegu do kolan. Wybiegamy z lasu w jałowe pola, potężne połacie . Wiatr w ci±gu kilku ostatnich nie tylko dokonał spustoszenia w¶ród drzew, utworzył też potężne ¶nieżne wydmy. Wokół cisza, któr± przecinaj± dwa ciężkie oddechy.
Gubimy chwilowo azymut kilka razy, ale jest dobrze, ciepło i hormony graj± w trzewiach. Pierwotny instynkt. Nagle z krzaków kawałek przed nami eksploduje sarna. Boże, ale nas wystraszyła! Pędzi jak wystrzelona z procy, szybciej niż Usain Bolt, prawie 40 km/h. Pierwsza napotkana istota dzisiaj.
Mijamy pierwsz± wie¶. Betonowa, zaspana, lecz jeszcze nie zadymiona. Bez sklepu. Cywilizacja w wersji „do dupy”. Wybiegamy z wioski na północ. W polach znów zamiecie. Poln± drog± jechał rano traktor a my zadajemy jego ¶ladem. Zostawiamy za sob± przysiółki, kopalnię piasku i samotne wapienne ostańce. W lesie cicho i spokojnie, na polach mroĽno i złowieszczo.
Po dwóch godzinach odczuwamy coraz bardziej zmęczenie i głód, w trzeciej z kolei wiosce natrafiamy wreszcie na otwarty mały sklep z pijaczkami w ¶rodku. Pijemy, jemy i lecimy dalej. Jeszcze zaledwie jakie¶ 6-8 km do celu. Bol± nogi i zmęczenie daje znać coraz bardziej. Pocieszam Siorę i staram się podnie¶ć j± na duchu. Pozytywne nastawienie pod koniec takiej wyprawy biegowej to podstawa.
Po drodze piękny, ¶redniowieczny zamek. Wbiegamy na ostatni± kilometrow± prosta. Widać auto! Jeest! Najtrudniejsza i najfajniejsza wyprawa biegowa mojej siostry przeszł± do historii. Po chwili korzystamy już z dobrodziejstw cywilizacji, grzej±c się w ciepłym aucie w drodze na obiad do Mamy :-)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu mamusiajakubaijasia (2013-12-09,16:25): Z siostr± zawsze fajnie:) Rafał D (2013-12-09,19:12): Fajny wpis. Ja akurat biegam z drugiej strony Zawiercia. Okolice Łaz, Rokitna Szlacheckiego. jacdzi (2013-12-10,10:32): Biegajace rodzenstwo, cos wspanialego! Chyba w genach musieliscie dostac troche "sportowego zapalu". piTTero (2013-12-10,10:48): wow zazdroszczę:) co prawda jak tylko w Toruniu spadł ¶nieg to też założyłem buty i jazda ale takich warunków extreme jak u Was to nie zaznałem, farciarze:D adamus (2013-12-10,19:36): Na fotce widać zamek w Bobolicach... Pochwal się proszę tras±, a jak by¶ tak wrzucił linka do garminka je¶li go używasz to byłbym bardzo wdzięczny :) adamus (2013-12-10,19:39): A sam opis Waszej biegowej wycieczki; bardzo fajny :)) rafa (2013-12-11,19:41): dziękuję serdecznie za miłe słowa, podaję link do zapisu naszej wycieczki: https://www.polarpersonaltrainer.com/shared/exercise.ftl?shareTag=aeb239b2dd8893b865f2cd9291178b72
|