2008-10-01
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jubileuszowy 10 maraton w Berlinie (czytano: 323 razy)

Jubileuszowy 10-ty maraton chciałem świętować w Warszawie na Polskiej ziemi. Jednak los postanowił inaczej i wylosowałem wyjazd na maraton Berliński. Im bliżej było do startu, tym bardziej nie miałem ochoty na tę wycieczkę. Po półmaratonie w Pile straciłem chęci do biegania, jakoś tak uszło ze mnie biegowe powietrze. Miałem dużo obaw co do Berlińskiego biegu, nie wyobrażałem sobie biegania w 40 tysięcznym tłumie, korzystania na trasie z wodopojów, możliwości wyprzedzania innych biegaczy, więc stres był niemały, tym bardziej, że chciałem tam wybiegać życióweczke w wymiarze 3:30. Już sama myśl o biegnięciu maratonu tempem 5’00” przerażała mnie, wiedziałem, że to raczej niewykonalne i niestety nie wymazałem jeszcze z pamięci ostatnich 7 kilometrów z Dębna, gdzie chciałem pobiec na 3:38 i nie dałem rady.
Wyjazd na maraton organizator wyznaczył na 23:45 w piątek, więc pierwsza nocka nieprzespana, a podobno ta jest najważniejsza. Sobota cała na nogach, zapisy, pobyt na targach sprzętu sportowego, zwiedzanie Berlina. Kładłem się spać wycieńczony, nogi zajechane a jutro maraton.
W nocy obudziłem się o 2:50 i już niestety nie zasnąłem. Praktycznie druga nocka zarwana. Na starcie ustawiłem się 30 minut przed czasem, trochę wymarzłem, ale był to dobry ruch gdyż jak zauważyłem na kilka minut przed startem były spore kłopoty aby dostać się do sektorów startowych.. 2 minuty przed startem zjawił się Haile Gebrselasie zbierając niesamowite owacje. Punktualnie o 9:00 tłum ruszył. Dodam, że cały start trwał ponad 35 minut, więc gdy ostatni zawodnicy przekraczali linie startu Haile był już na 12 kilometrze.
Pierwszy kilometr przebiegłem w 5’40” i od drugiego mogłem już biec zaplanowanym tempem 5:00. Na każdej kolejnej 5-ce traciłem jednak kilkanaście sekund na wodopojach, próbie wyprzedzanie innych zawodników i przymusowym zwalnianiu. Postanowiłem jednak nie nadrabiać straconych sekund z góry zakładając, że 3:30 i tak nie złamie, ale możliwie mocno zbliżę się do tego wyniku. Po 20 kilometrach byłem 1’15” do tyłu, nie jest źle myślę. Na 30-ty kilometrze miałem już 2’32” straty do zakładanego wyniku, ale niezłe samopoczucie fizyczne i psychiczne i raczej już byłem pewien że żadna ściana mi nie grozi. Zaczynały jednak pobolewać czworogłowe nóg. Z każdym kolejnym kilometrem ból mięśni się nasilał i utrzymanie tempa 5’00” stało się niemożliwe i biegnę coraz wolniej, następna piątkę pokonuję tempem 5’15” a ostanie 7 kilometrów po 5’21”. Metę mijam po 3:37:07 poprawiając życiówkę z Dębna o 6”33”. Z osiągniętego wyniku jestem bardzo zadowolony, pewnie gdybym ostatnie nocki przespał, wynik byłby ciut lepszy. Wszystkie moje kolejne maratońskie życiówki były okupione bardzo dużym bólem i wysiłkiem, ta Berlińska kosztowała mnie najmniej, cały czas biegło mi się w miarę komfortowo i nie było chwil zwątpienia jak to zawsze bywało.
Łamanie 3:30 muszę odłożyć na inny termin, albo w ogóle dać sobie z tym spokój i przesiąść się na moje ukochane rowery. Zastanawiam się czy warto ciężko trenować, męczyć się, wylewać pot aby poprawić życiówkę o kilka minut. Ciągle zadaję sobie pytanie „PO CO CI TO” przecież miałeś przebiec jeden jedyny maraton na 40-te urodziny i na tym moja biegowa przygoda miała się skończyć. Może zacząć po prostu biegać dla zdrowia dla frajdy dla dobrej zabawy.
Bieg w Berlinie był dla mnie niesamowitym przeżyciem, na całej trasie niezliczona ilość dopingujących kibiców, na równo traktujących Hailiego jak i tych przybiegających po 6 godzinach, aplauz na całej trasie niesamowity. Zawsze myślałem, że Niemcy to sztywniacy jednak rzeczywistość okazała się inna, to my Polacy musimy się od nich uczyć jak należy bawić się bieganiem a nie narzekać o utrudnieniach w ruchu ulicznym w czasie maratonu. Gdy następnym razem pobiegnę ten maraton (tak... tak... na pewno tam wrócę, moja niechęć do tego maratonu znikła bezpowrotnie) to z aparatem w ręku i zadokumentuje to zjawisko jakim jest maraton Berliński.
Maraton w Berlinie ukończyło 35913 biegaczy, ja z moim wynikiem zostałem sklasyfikowany na 8518 miejscu, aż nie chciało mi się wierzyć, że przybiegło za mną 27 tysięcy biegaczy. W Polsce to niemożliwe u nas biega się dużo szybciej. hihihihi
Chciało by się więcej napisać o tym maratonie ale komu by się chciało czytać tak długą relacje tym bardziej że powieściopisarzem to jestem raczej kipskim.
Pozdrowienie dla wspaniałej ekipy z którą jechałem z autokarem z Piły. :-))
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora TREBI (2008-10-01,10:25): No to za rok Marek pobiegniemy tam razem. Po twojej relacji jeszcze mocniej utwierdziłem się w przekonaniu że chce tam być. Pozdro i gratki za życiówkę:) Katarina (2008-10-01,10:27): no i PO CO CI TO? ano po to, by zmobilizować się do kolejnego maratonu ;) jak to się najczęściej okazuje na najpóźniej na mecie :) łatwo przyszło, łatwo poszło, damy radę a taka życiówka będzie tylko lepiej smakować :D Yanek (2008-10-01,11:09): Hej Marek, gratuluję berlińskiego występu.
Ale za Twoje podejście do maratonu to Twój trener powinien Cię nieźle objechać. 3:30 miałeś na luziku w nogach, to głowa nie pobiegła. Dodatkowo przedstartowe błędy z PT i SOB postawiły kropkę nad "i". Basieczka (2008-10-01,22:29): BRAWAOOOOO! Marfackib (2008-10-02,11:00): Wielkie dzięki :-))) Yanek Tobie dziękuje za słowa krytyki, te przydają się bardziej niż pochwały. Aga Es (2008-10-02,17:58): "PO CO CI TO"...tak się często mówi,a jakimś dziwnym sposobem wychodzimy na nastepny trening,biegniemy kolejny maraton etc:).Poprawiłeś zyciówkę o ponad 6"!Szacun:)
|