W niedzielny poranek obudziłem się w zdecydowanie lepszym nastroju. Opanowujący mnie szybko szał przedstartowy sprawił, że w głowie nie było już miejsca na nic innego niż maraton. Podniecenie rosło z minuty na minutę. Jadąc na Błonia rozmowy w samochodzie stawały się coraz głośniejsze, śmiech coraz bardziej "dziki", a tyłeczek domagał się zdecydowanie swojego Toy-story...
No i tak bardzo zająłem się tym swoim tyłeczkiem, uważając m.in. by w tojce niczego nie dotknąć (trzy punkty podparcia: stopa lewa, stopa prawa i kciuk odizolowany papierem, co przy chwiejącej się budzie było nie lada ekwilibrystyką), że całkiem zapomniałem o czymś, o czym prawdziwy maratończyk nigdy nie zapomina. Ale o tym za chwilę...
Prognoza pogody na niedzielę zapowiadała się całkiem przyzwoicie - ok. 15°C, lekkie zachmurzenie, niemal bezwietrznie. Jednak poranek był chłodny i przebierając się do biegu trochę szczękałem zębami. Zresztą nie wiem, czy to z zimna, czy może bardziej ze strachu ;) W każdym razie w drodze na start byliśmy z Marysieńką opatuleni w aluminiowe folie, jakie pozostały mi jeszcze po maratonach w Poznaniu. Zawsze to trochę cieplej ;) Nie zauważyliśmy jednak, że z tych folii schodzą niebieskie napisy reklamujące PM i wnet byliśmy cali umazani na niebiesko :)))
Wcisnęliśmy się w ustawiający do startu tłum. Im bliżej linii startu, tym ciaśniej. Zrobiło się przeto nagle tak ciepluchno, że folie nie były już potrzebne. Wszędzie roześmiane buźki. 5 minut do strzału. Sprawdzam stan posiadania. Zegarek włączony, gps złapany, buty startowe są, o kur...!!! C Y C K I !!! Zapomniałem okleić plastrem cycki!!! No nie - i o posmarowaniu czułych miejsc wazeliną też zapomniałem!!! Jasna dupa! Nie powiem, trochę mnie to zmartwiło, bo nieraz już przyszło mi cierpieć na trasie przez durnowate otarcia. Niestety na jakąkolwiek reakcję było już za późno.
W końcu zaczyna się. Odliczanie, strzał i "Piraci z Karaibów" - ktoś powiedział, że uwielbia tu biegać właśnie ze względu na muzykę z tego filmu graną na starcie. Nigdzie indziej ponoć tego nie grają. I trzeba przyznać, że daje kopa ta muza ;) Dopiero teraz uświadamiam sobie, że tak w zasadzie to nie wiem jak biec. Z tym, że o biciu rekordów i walce z Damkiem nie mam co myśleć w takim stanie, zdążyłem się już pogodzić. W sumie to fajnie byłoby poprawić wynik z zeszłorocznej Cracovii, bo szumnie to wcześniej ogłaszałem ;) A jak uda się złamać 3h 15min, to będzie już szczyt marzeń ;)) Marysieńka, ze swoim niebywałym wdziękiem oświadczyła, że leci na 3h 20min. Nie wiem czemu uwierzyłem i postanowiłem się jej trzymać. Wszak jedno było pewne - równe tempo miałem zaklepane ;) Podobnie postąpił Zgrzecho i tak oto sobie w trójcę potuptaliśmy razem przed siebie...
No nie powiem, żeby to było tempo na 3h 20min. Biegliśmy raczej pod 3h 13min. Ale nie miałem odwagi się odezwać, bo byłoby po mnie, hehehe... ;) W sumie to tym rześkim tempem biegło się całkiem sympatycznie - "Hej!! Kiedy biegnę - niebo biegnie ze mną, kiedy gwiżdżę - gwiżdże ze mną wiatr... Hajda trojka!"... :))) Oj, wesolutkie te pierwsze kaemy były, nie ma co! Niosły nas emocje, niósł nastrój podniosły, kiedy przez stary Kraków przemierzaliśmy, mijając Sukiennice, przebiegając przez Bramę Floriańską, by za chwilę znaleźć się pod Kościołem Mariackim i wnet skręcić pod Wawel... Niósł nas w końcu wspaniały doping kibiców z całego świata, którzy tego dnia zawitali do Krakowa :)))
W okolicach 10 km, na zacumowanej na Wiśle barce, koncertował Chór Absolwentów I LO w Krakowie "Kanon". Kiedy akurat przebiegaliśmy obok, skończył się właśnie jeden z utworów. W ciszę, jaka nagle zapadła, doskonale wstrzelił się Grzesiu donośnie krzycząc: "Brawo!!!". Spowodowało to żywą reakcję wśród wykonawców, a i nam się gębusie roześmiały od ucha do ucha :)))
Dobiegając do półmetka w Nowej Hucie niestety zaczęły dawać mi się już we znaki pierwsze otarcia w okolicach pachwin, zwłaszcza prawej. A żesz... Próbowałem coś tam majtolić, by zmniejszyć ocieranie, ale... Oups!!! "Ptica, a ty kuda!!!"... Łorety, rety, chyba nikt nie widział? :P W każdym razie dałem sobie już spokój z tą "zabawą" - toć nie czas ani miejsce na takie tiki-taki... ;) Oglądałem kiedyś makabryczne zdjęcia pełne krwi o podobnych przypadkach i nie mogłem uwierzyć, że otarcia mogą do czegoś takiego doprowadzić. Teraz zaczynałem się obawiać, że wkrótce i ja stanę się smakowitym kąskiem paparazzich :/ Na szczęście - już po wszystkim - okazało się, że nie było tak źle, a najwięcej rozrabiała jak zwykle moja wyobraźnia :)
Rozpoczęła się druga połóweczka i jakoś tak sobie przypomniałem, że Maryś biega je szybciej od pierwszych, a mi "ni cziorta" energii nie przybywało, a powiem nawet, że "cóś" jakby odwrotnie było. Szuflowałem do tego kotła jak szalony, sapałem, buchałem... Jednak z czym się może równać silnik parowy wobec napędu atomowego. Na około 29 km Marysia uruchomiła drugi reaktor i z pełną mocą oraz z zerem litości zaczęła realizować swój plan biegania w pojedynkę, co - jak wcześniej zaznaczyła - lubi najbardziej. No, jeszcze tam Grzesiu przez jakiś czas próbował ratować honor "pci" brzydszej, ale trwało to raptem jakieś 3 lub 4 kilometry. Nie ma zmiłuj. Nie ma, że to, że tamto... ;)
Lokomotywa odjechała, a wagonik siłą bezwładności toczył się nadal, coraz wolniej i woniej. Choć nie aż tak jak mi się wydawało ;) Po 33 kilometrze rzeczywistość zaczęła mi się zawężać. Doping kibiców słyszałem jakby z pogłosem, momentami wszystko widziałem jakby w zwolnionym tempie (a zwłaszcza to swoje tempo tak widziałem). Nogi robiły się coraz cięższe i musiałem nadrabiać głową. A głowa, nie ma co, też mnie nie rozpieszczała. "Nie marudź, jeszcze najgorsze przed tobą, na Błoniach to dopiero będzie fajnie" - dudniło we łbie. No z taką motywacją to ino się pochlastać. Do tego jeszcze na 36 kilometrze wyprzedziła mnie grupa na 3h 15min... Wrrr... :/
W końcu Błonia - pozostało już tylko 1,5 okrążenia. TYLKO!!!? To chyba najbardziej zapamiętane 5 km dla większości tu startujących. Nic tak nie dobija, jak dotarcie na wysokość mety i obserwacja tych, co już właśnie kończą. A tu jeszcze do zrobienia jest jedno kółeczko i prawie 4 km - taki deser na koniec maratońskiej uczty :))) Zaraz na początku Błoń wita mnie roześmiana buźka kibicującego Golona. "Dawaj Dario!!! - krzyczy i pstryka mi fotkę. Oj daję, daję... Wszystko co mam... Oczywiście muszę wyszczerzyć się do zdjęcia, na to sił mi nie szkoda ;)
Żeby nie było mi smętnie zaczynam sobie nucić pod nosem - "smaruję" Dżemem: "czerwony jak cegła, zziajany jak pies, muszę biec, muszę wciąż biec"... Naprawdę nie wiem skąd mam jeszcze w sobie tyle sił. Wyprzedzam nawet kilku o wiele mocniejszych ode mnie kolegów, którzy płacą na ostatnich kilometrach za próby bicia życiówek. 40 kilometr mam najwolniejszy, choć wciąż poniżej 5 min/km. Jakimś cudem doganiam Grzesia. Chwilę biegniemy razem. "Damy radę Grzesiu!" - rzucam krótko.
Ostry zakręt i ostatnia długa, ponad kilometrowa prosta. Grzesiek krzyczy "goń Darek!". No to gonię. Choć zaiste świński galop już ci to. Matko jedyna, dlaczego ta brama z metą nic się nie przybliża? Czy ta prosta nie ma końca? 500 metrów... Tłum kibiców gęstnieje. Słychać spikera. Coraz większy hałas, a w głowie chaos. To wciąż jeszcze kawał drogi!!! Choć tak niewiele. Muszę wytrzymać! Już widzę zegar z czasem: 3:16:21...22...23... Rety, już tylko metry i koniec! Hurrra, uda się poprawić wynik sprzed roku!!! W końcu JEST!!! MAETA!!! Ja pierdzielę, jak się cieszę :))) Na mecie z medalem czeka na mnie uśmiechnięty siostrzeniec Kamilek, który pomaga tu jako wolontariusz.
Po chwili odnajdujemy się z Marysią i Grzesiem. Znowu jesteśmy razem :))) Jesteśmy razem i jesteśmy szczęśliwi. Jesteśmy szczęśliwi, bo ukończyliśmy kolejny maraton - dystans, który jak żaden inny pozwala nacieszyć się bieganiem aż do bólu :)))
* * *
Podsumowując - Marysia dotarła do mety prawie 4 minuty przede mną (sic!) i była ósma w klasyfikacji generalnej kobiet, jako pierwsza Polka, a także pierwsza w kategorii wiekowej. Najpierw, jak mi odjeżdżała niczym znikający punkt na trasie, czułem się trochę jak Maks w Seksmisji - "kobieta mnie bije!"... ;) Ale, jak to jeden z kolegów podczas dekoracji zwycięzców powiedział - "przegrać z Marysią to nie wstyd" :)))
Ja natomiast, trochę psim swędem, załapałem się na pucharek w drużynowych mistrzostwach MaratonyPolskie.PL TEAM. Psim swędem, bo Trebi był sporo przede mną i to on jest dla mnie zwycięzcą tych mistrzostw. Szkoda, że niedopełnił formalności i nie wpisał nazwy drużyny w zgłoszeniu. W każdym razie obiecaliśmy sobie na jesień rewanż i kolejną walkę... ;)
PS. Marysia na najwyższy stopień podium w mistrzostwach teamu MP oczywiście też wskoczyła, ale o tym to ja już chyba wspominać nie muszę ;)