2009-06-09
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| V Półmaraton Toruński (czytano: 153 razy)

Druga "połówka" za mną. Tym razem w ramach Maratonu Metropolii - Bydgoszcz - Toruń. Noooo, pianknie było, pianknie...
O 10.00 odjazd autobusami na miejsce startu do Zamku Bierzgłowskiego. Wesoły autobus! Trajkoczący na cały głos Ukrainiec, facet z niemowlęciem w wózku itd. Po drodze na niektórych skrzyżowaniach nawet ruch wstrzymywano, abysmy mogli przejechać. Poczułam się prawie jak jakiś VIP..
No, jesteśmy na miejscu. Wysiadka. Wszyscy ruszają... na zamek. Dosłownie jak - za przeproszeniem - stado baranów. Idą i idą. Potem zamek sie kończy. Koniec wycieczki. Wracamy. Też jak stado baranów. Rozglądamy się za startem. Nie ma. Aaaa... start musi przyjechać z Bydgoszczy po starcie maratonu. Towarzystwo rusza więc na pola i lasu na rozgrzewkę. Dużo czasu, więc rozgrzewka solidna. Napięcie rośnie. Odważyliśmy się z P. i wbrew wczesniejszym zwyczajom nie ustawiamy się zupełnie z tyłu tylko gdzieś w środku, bliżej startu. Wyglądam mistrza Dudycza, ale zobaczę go za chwilę jak z Kenijczykiem będą już hej, hej z przodu.
Wreszcie start. Nie ociągam się. Ruszam żwawo. Wyciągnęłam wnioski - ruszałam dotąd zbyt wolno i asekuracyjnie. Ale czy starczy mi sił?
Po kilkuset metrach... zalewa mnie fala szczęścia. Dosłownie. W uszach ulubiona muzyka. Idealna pogoda. Las. I nie przeraża mnie ani trochę te 21 KM. Nic a nic. Kilometr leci za kilometrem. Trzymam dość mocne - jak na mnie - tempo. Trasa wspaniała. P. nie widzę od dawna. pewnie niosą go nowe buty.
Wyprzedza mnie kolega R. Trochę żal.. Naiwnie myślę, że może później go wezmę (nie wezmę).W końcu wbiegamy na trasę maratonu. Mieszamy się z maratończykami, tymi chyba z czołówki, bo po jakimś czasie mijają mnie baloniki na 3:15.Maratończycy niektórzy mijają mnie dostojnym, szybkim krokiem, ociekając potem. Gnają do przodu.
Wypatruję 10KM. Czuję się dobrze i jestem ciekawa czy poprawię wynik z Maniackiej Dziesiątki z marca. Jest! Poprawiłam o półtorej minuty i lecę dalej.
Co kawałek punkty odżywiania. Mnóstwo wolontariuszy. Bardzo dobra obsługa. Dwa czy trzy razy łykam wodę. Około 15Km zaczynam zwalniać. W oddali widzę kogoś podobnego do P. Dlaczego jest tak blisko? Czyżby coś się stało? Powoli, mozolnie doganiam tego gościa w szarej koszulce, który na szczęście nie okazuje się być P. Od tego momentu staje się jednak moim towarzyszem podróży. Staje na wodopojach, a potem mnie dogania. Patrzę na tętno - 175 - 177. OK, chociaż zaczynam odczuwać zmęczenie. Pojawia się szwagier z naszymi dziećmi. Robią zdjęcia z samochodu, kamerują. Będzie pamiątka.
Mijam 16KM. A potem ... znów 16KM??? Myślałam, że to juz 17... Cos mi się pomyliło. A więc jeszcze piątka. Wiem, że wytrzymam, ale czy będzie siła na finisz? W końcu ulica, po której tydzień temu biegałam. Obawiam się bruku, ale zadbali o nasze nogi i kierują nas na chodnik. Ulga. Mój towarzysz jak - za przeproszeniem - "wierny pies". Nagle czuję ścisk żoładka. Nadszedł Wielki Głód. No, teraz pewnie mnie weźmie... ale on jeszce nie atakuje. Trzyma mnie myśl, że zaraz będzie z górki. Zbiegam swobodnie. Zostaje jakieś 1,5 KM. Końcówka będzie pod górkę. Zapasy energetyczne się wyczerpały. Całkowicie. teraz biegnę siłą woli. Czuję lekki skurcz od kolana w kierunku pachwiny. Ale wiem, że już blisko. Ostatni podbieg. Chciałabym finiszować. Przyspieszam resztką sił. Mój towarzysz też. Ostatnia prostą, ostatnie metry do mety biegniemy razem. Kto wytrzyma? Nagle z tłumu kibiców słyszę damski głos: "PUŚĆ KOBIETĘ!". I towarzysz posłusznie zwalnia.(???!!!) Dobiegam. Na mecie ścisk. Zmęczenie, ale wiem, że poprawiłam czas - o jakieś 2,5 minuty. Odnajduje mnie P., rzeźki jak skowronek, unosi się jakby 15cm nad ziemią. Porawił swój czas o... 10 minut! Nooo, czapki z głów. A ja pobiegłam lepiej niż on poprzednio czyli pełnia szczęścia. Szybko dochodzę do siebie, ale po chwili głód zwala mnie z nóg. Wciągam grochówkę, a potem 6 kubków dobrze osłodzonej herbaty. Powraca fala szczęścia. Endorfiny w hurtowych ilościach. Upajam się atmosferą dookoła. Stajemy w kolejce na masaż. Po wymasowaniu łydek słyszę swoje nazwisko. Nagroda! Wylosowano mnie! Dostaję miły toster - będzie prezent dla M. P. pęka ze śmiechu. Teraz włóczę się po rynku z kartonem jak z jakimś pucharem.
Czas mój nie jest obiektywnie rzecz biorąc rewelacyjny, ale jestem piąta wśród kobiet. Do daje poczucie miłej satysfakcji. A może być tylko lepiej... I będzie!!
Do późnego wieczora, właściwie do nocy dyskutujemy z P. Nie zasnęłabym z tych emocji. A to przecież był "tylko" bieg. A jednak... ile sie można o sobie dowiedzieć.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |