2008-04-24
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Flora London Marathon 2008 (czytano: 2065 razy)

Tego roczny jubileuszowy London Maraton był moim trzecim biegiem na tym dystansie. Do Londynu niczym pielgrzymi do Mekki przybyli maratończycy z całego ¶wiata. Zawodowcy, którzy przybyli tu pobić rekord ¶wiata i zarobić duże pieni±dze, amatorzy, którzy chc± po raz kolejny zmierzyć się z dystansem i z samym sob± i ci, którzy dobrze się bawi±c lub wspieraj±c jedn± z licznych akcji charytatywnych, pragn± po prostu dotrzeć do mety. W sumie ponad 35 000 zawodników, bo tyle wynosi limit dla tego biegu, a chętnych jest, co roku ponad 100 000 osób. Z racji uzyskanego wcze¶niej wyniku na starcie przypadł mi pierwszy sektor, czyli zaraz za „elit±” oraz około trzema setkami zawodników walcz±cych o mistrzostwo Zjednoczonego Królestwa mężczyzn w maratonie, których ustawiono zaraz za nimi. W sumie przed momentem startu stałem jakie¶ 30 metrów od czoła stawki. Wystartowali¶my o godzinie 9.45, czasu miejscowego z Greenwich Park, nieopodal południka zero. Trasa, na której zgromadziło się ponad 1 000 000 kibiców prowadziła przez najbardziej charakterystyczne miejsca Londynu. Na całej trasie grały dziesi±tki zespołów rockowych, folkowych, chórów, DJ’ów, ogólnie mówi±c wielkie londyńskie ¶więto. Rozpocz±łem do¶ć spokojnie. Pierwsze kilometry to kameralne dzielnice zamieszkane przez imigrantów głównie hindusów. Nie wiedziałem, na jaki wynik biegnę, moja matematyka w przeliczaniu mil na kilometry zawiodła gdzie¶ na siódmej mili. Czułem się ¶wietnie, ale wiedziałem, że jak mnie poniesie to mogę za to zapłacić zanim zobaczę Big Bena. Na 20 km na Tower Bridge odniosłem wrażenie jak bym wbiegł na wielotysięczny stadion. Na półmetku pomiar czasu: 1:17:38. Jest dobrze. Potężna burza zaskoczyła mnie w Canary Harf akurat pomiędzy trzema największymi w Wielkiej Brytanii budynkami. Gwałtowne wychłodzenie, ulewa i wichura między wieżowcami zwolniały tempo biegu momentami do zera. Po kilku minutach poza kałużami po burzy nie było ¶ladu. Na 30 km po wielu kilometrach samotnego biegu mam partnera. Jest nim David Symons reprezentuj±cy "Thames Hare and Hounds" najstarszy na ¶wiecie klub biegowy z Wimbledonu. Po kilku minutach wspólnego biegu zapytał o samopoczucie. Po paru zdaniach, jakie zamienili¶my o pogodzie i takich tam, David na bież±co uprzedzał mnie o każdym zbiegu czy podbiegu, co było do¶ć pomocne. Duże tempo, jakie narzucimy sobie na ostatnich kilometrach pozwoliło nam wyprzedzić jeszcze kilkudziesięciu zawodników. Gdy wbiegli¶my na plac przed Pałacem Buckingham przed nami była już tylko meta. Zobaczyłem zegar z pomiarem czasu, wła¶nie pokazywał 2:34:59. Nie czułem zmęczenia, wiedziałem już, że plan został wykonany. Na mecie życiówka 2:35:16, co do sekundy dwa razy tyle co na półmetku. Dodatkowo, z czego mam największ± satysfakcję, jubileusz 100-lecia dystansu uczciłem 100 lokat± i to w jego kolebce. Taki mały triumf, którego nikt nigdy mi nie odbierze.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |