Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [26]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Hung
Pamiętnik internetowy
Co w butach piszczy.

Marek Piotrowski
Urodzony: 1961-06-12
Miejsce zamieszkania: Wrocław
122 / 151


2017-03-14

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Bieganie z psem. (czytano: 232 razy)



Psy i ich zainteresowanie nogami biegaczy, to temat tak stary, jak samo bieganie. Sam też wspominałem w swoich dzienniczkach o bliższych i dalszych spotkaniach ze szczekającymi sierściuchami.
Wiele razy myślałem o tym, żeby móc sobie pobiegać z psem jako towarzyszem. Nawet - w początkach mojego zaprzyjaźniania się z bieganiem - udało mi się wyciągnąć na przebieżkę naszą jamniczkę, Norkę, ale to nie sport dla jamników, więc po kilku razach przestałem ją zabierać.
To były wymuszone, wspólne biegania albo przeze mnie na jamniku albo przez obce psy na mnie. Ale były też spotkania z czworonogami innego typu, typu towarzyskiego.
Zaraz po naszym ślubie i weselu, pojechaliśmy z żoną do Karłowa na kilka dni miodowych. W tej miejscowości mój tata był szefem w ośrodku wypoczynkowym z domkami letniskowymi. A że było po sezonie, to mieliśmy możliwość gościć się za darmochę. Jedną z naszych wycieczek był spacer na Szczeliniec Wielki. Po wspomnianym ośrodku łaził wielki wilczur (nie pamiętam czyj on był), który z własnej, nieprzymuszonej woli zabrał się z nami na eskapadę. Wycieczka trwała kilka godzin a on szedł z nami, raz oddalając się znacznie, a raz idąc niemal przy nodze. Taka spontaniczna przyjaźń z obcym psem.
Kilkanaście lat później wybrałem się z synem na dzikie, zimowe wejście na Śnieżnik. Wzięliśmy ze sobą narty i po osiągnięciu szczytu zjeżdżaliśmy na dół po szlaku. Moje zjeżdżanie było bardziej na tyłku, bo miałem słabe umiejętności i pęknięte zapięcie przy jednym bucie. Niedużo poniżej szczytu dołączył się do nas piesek, nie wiadomo skąd wzięty, który cały czas z nami pokonywał dystans – oczywiście nie miał nart. Stworzenie było przyjazne a potem, w Międzygórzu, gdzieś się zapodział. I te myśli: czyj to piesek, czy się nie zgubi, skąd przyszedł i dokąd poszedł?
Wczoraj wykonywałem swoje treningowe 20 km. po nowej trasie, tak dla urozmaicenia. Droga w części po znanych ścieżkach i asfaltach a w części po nieznanych, leśno – górskich dróżkach. Biegnąc przez Nową Wieś, drogą prowadzącą do lasu, z daleka widziałem i słyszałem ujadanie psa, który nabrał rozpędu i z szybkością błyskawicy zbliżał się na spotkanie ze mną. Choćby była największa spiekota, to mi zawsze w takich chwilach robi się zimno. Na kilkadziesiąt metrów przed zetknięciem zacząłem wykonywać wojenne ruchy i okrzyki, co powstrzymało psa półtora metra przede mną. Szczekał już nie tak zapalczywie ale krótka sierść była jeszcze zjeżona na karku młodego posokowca. Z miny pyska wynikało, że chyba nie chce mi zrobić krzywdy, więc się go spytałem czy nie chce się przywitać. Chyba chciał, bo poddał się moim głaskaniom i poklepywaniom z zapałem. Przez kilkadziesiąt metrów jeszcze go obłapiałem, gdy podskakiwał na wysokość mojej klatki piersiowej. Potem, wiedząc że się kolegujemy, odganiałem go, by wrócił do domu. Jemu jednak nie w głowie były powroty więc podążał ze mną. Droga prowadziła pod górkę, wieś została za nami, ja ledwo zipałem a piesek sobie całkiem spokojnie dreptał to przede mną, to za mną, to mnie przeganiał, to wracał do mnie. Jak on to robi, tak lekko? - pomyślałem sobie, bo ja przecież męczyłem się strasznie.
Doszedłem do wniosku, że ich jest dwóch i biegną na zmianę, znaczy się, że przy czterech łapach wykonuje dwa razy tyle kroków niż ja na dwóch łapach, znaczy się nogach. No tak, ja tu sobie dumam o tym komu łatwiej wychodzi bieganie, a pies jest coraz dalej od domu. Czy wróci? Zacząłem go znowu odganiać ale on nawet na mnie nie spojrzał. W pewnym momencie, gdy na niego krzyczałem, to echo tak poniosło, że poczułem się nieswojo. Za mną było około dziesięciu kilometrów a przede mną drugie tyle. Czy pies dobiegnie ze mną do końca, czy da radę, a co potem? Już obmyślałem plan, że jak dobrniemy do mojego domu, to żona da mu jeść i pić a potem go zapniemy w smycz, do samochodu i pojedziemy z nim w odwiedziny do niego. Trochę to kłopot ale cóż, było się nie zaprzyjaźniać, albo biegać na odludziu, a właściwie na odpsiu. Gdy zaczął się śnieg i biegłem już po nim kilkaset metrów, to się odwróciłem i co? Nie ma psa, musiał się zatrzymać albo zawrócić. Całe szczęście, choć i tak przed nim jakieś trzy i pół kilometra. Nawet się nie pożegnał. W sumie odpęka siódemkę. Powinien trafić, bo droga choć kręta, to prosta, a poza tym to posokowiec, więc niucha musi mieć.
W domu przywitała mnie Nuśka, suczka mojego kuzyna, którego zawiłości życiowe spowodowały, że mamy psinę na wychowaniu. Wnuśka, jak mówi syn mojego bratanka, to shih tzu, który ma krótkie łapki i jeszcze krótszy rozumek. Z nią też sobie nie pobiegam, bo chociaż zasuwa jak błyskawica, to jedynie na krótkim dystansie a dyszy przy tym, jak ja po maratonie.
Kot i pies ganiają się po domu, kot nawet pod sufitem, a ja nadal mogę liczyć jedynie na przypadkowego, psiego towarzysza na biegowej ścieżce.

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


paulo (2017-03-15,07:44): kiedyś przed laty dużo biegałem z psem. Też czasami mam takie myśli, czy nie powrócić do biegania z Przyjacielem, ale póki moja sunia Diana, 18-letnia jeszcze żyje nie chcę o tym myśleć
Hung (2017-03-15,15:32): Pawle, to zrozumiałe ze względu na piękny wiek Diany. Ja piszę cicho, bo Nuśka choć młoda, to podejrzliwie na mnie patrzy.







 Ostatnio zalogowani
marczy
20:51
kos 88
20:50
maratonczyk
20:49
kostekmar
20:44
42.195
20:29
chris_cros
20:14
Wojciech
20:06
patryktherunner
19:52
rezerwa
19:45
Jawi63
19:25
basiaksi
19:24
Brytan65
18:42
ruzga99
18:23
macius73
18:01
Raffaello conti
17:52
bogaw
16:56
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |