2016-11-23
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Bieżnia (czytano: 380 razy)

Treningi szybkościowe robię na bieżni. Dobrze, że mam tu blisko jedną pełnowymiarową.
Wieczorem nawet jest rzęsiście oświetlona.
Czasem biegam tu sama, przeważnie jeszcze ktoś się szwęda po torach. Ostatnio to zbierałam szczękę z ziemi, bo po tartanie w różnych prędkościach biegało 10 ludzików. Tłumy! No i regularnie spotykam smarkule trenujące lekką. W sensie biegów, bo i inne dyscypliny czasem się pojawiają.
Wieczorami zdarzają się i inni goście- zające to już norma, jakieś łasicowate kiedyś przebiegło a ostatnio odkryłam, że na wielgachnym materacu osłoniętym metalowym schowkiem mieszkają kotki: mama i koci podrostek.
Gdy idę na bieżnię, nie zabieram ze sobą muzyki, muszę się skupić, na liczeniu kółek też, ale na tempie chyba najbardziej. Póki co biegam dwoma tempami: „wkurwiająco wolno” i „ni w pizdę ni w oko”, czyli ani szybko ani wolno. Progowy. Później jeszcze dojdzie „ja pierdzielę, ale szybko”.
Po bieganiu jeszcze ćwiczenia. Czasami mięśnie już drżą, ale nie odpuszczam. Początkowo myślałam, żeby na przemian biegać i ćwiczyć, ale jakoś nie wychodzi. Wolę machnąć wszystko naraz i mieć z głowy dając mięśniom dzień odpoczynku. Chociaż już się zdarzało, że ten dzień to było za mało.
Nie wiem jak sobie plan rozłożyć, dopiero ostatni tydzień był zadowalający jeśli chodzi o realizację. Tyle, że mi się teraz inne rzeczy układają, jakieś uporządkowanie czasowe zapanuje, jakaś przewidywalność. Myślę, że w przyszłym tygodniu stracę dziewictwo morsowe. A później się zobaczy. Tęsknię za jogą…
W góry znowu nie mogłam pojechać…. a jeszcze kilka razy powinnam w tym roku.
Ostatnio znalazłam pendrive’y ze zdjęciami z ostatnich lat. Uporządkowałam je, zaczęłam przeglądać. Okazało się, że był moment, gdy drugiej dupy nie było. W tym czasie sporo siedziałam na siłowni, ale wydaje mi się, że najwięcej do powiedzenia miał rower, a konkretnie cycling. Po tych zajęciach często trzeba mi było pomóc zejść z rowerka. Ale brak drugiej dupy to jedyny plus, zarys nóg na tych zdjęciach mi się nie podoba. Pamiętam też, że ogólnie szczupła byłam, przynajmniej do wiosny. Zdjęcia z jesiennego maratonu znowu jak wszystkie inne.
I to jest to.
Odchudzanie, siłownia, to nie jest coś, co można sobie raz zafundować, odfajkować i mieć spokój. To już na zawsze. Pilnowanie jedzenia, bilansu kalorii, mikro i makro składników. Ruszanie się, choćby tyle, żeby ciało na starość nie ograniczało ułomnością. I żeby nie wyglądać jak baba w ciąży. Albo nie skończyć z podwójną dupą. Trochę ta świadomość jest przerażająca i demotywująca.
Ale damy radę, bo kto jak nie my?
W kluczowych momentach wyłazi ze mnie baba. Bo jak do biegania nie potrzebuję się jakoś wewnętrznie motywować, bo to ze mnie jest, z samego środka, tak z ćwiczeniami jest gorzej. Więc gdy tylko mam ochotę odpuścić, zrobić po łepkach, nie starać się, wyobrażam sobie, jak będę inne laski wkurzać swoją figurą. Leń i zniechęcenia od razu znikają!
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |