2016-10-31
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Jesienny rachunek sumienia. (czytano: 678 razy)

Ostatni dzień października. Czas się zebrać do kupy.
Małe kroczki, które codziennie robię, zmieniają moje otoczenie i moją codzienność, a więc i mnie troszkę. Ale to za mało. Wyrobiłam zdrowe nawyki, ale to dopiero wstęp, początek, jeszcze nieśmiały, by tylko na zachętę udowodnić sobie, że można, że potrafię, tylko tyci muszę się postarać.
Od takich pierdół jak stały porządek w kuchni, przez stopniowe rozbijanie graciarni w liwingrumie, regularne odżywianie, na tyle na ile to możliwe przy mojej sytuacji finansowej- zdrowe, po rzeczy dla mnie jeszcze ważniejsze i większe.
Wczoraj hasałam po górkach. Zła na siebie, że straciłam tyle okazji i teraz w jesiennej szarówce będę zdobywać kolejne punkty, a jeszcze sporo ich brakuje. Ale bozia była łaskawa, przedmuchała znad moich szczytów wszystkie ciemne chmury (mnie przy okazji też prawie zmiotło w jednym prześwicie, szłam mocno przy ziemi), wyszło słońce. Jesień jest fajna we wrześniu, na początku października… teraz wszystko jest wyblakłe, liście leżą na szlaku skrywając pułapki, trudno się biega, trzeba ostrożnie iść. W górnych partiach leży już śnieg. Może i nie byłoby tak źle, gdybym chociaż miała na benzynę na te wojaże. Jeszcze z 6 takich wypadów do końca roku muszę uskutecznić.
Wlazłam dzisiaj na wagę. W końcu podróż trzeba udokumentować. Nie jest najgorzej, moje ostatnie starania przyniosły efekt. Później wyliczyłam, że muszę się pozbyć połowy tego tłuszczu, który teraz noszę. Bo mam jeden cel na najbliższe miesiące. Nie jakiś czas na jakimś biegu, nie jakaś konkretna waga, rozmiar. To wszystko przyjdzie rykoszetem, tak jak rok temu. Moim celem jest pozbyć się drugiej dupy (widać ją na wszystkich zdjęciach, nawet z ubiegłego roku- wyprzedza mnie na zakrętach, zdradziecko, boczkiem). Na jesień przyszłoroczną też mam konkret- nie wyglądać na zdjęciach z biegów, jakbym robiła przysiad, a nie biegła (to wygląda tak: obie stopy na ziemi, albo jedna nieznacznie podniesiona, nogi ugięte w kolanach i lekka rotacja tułowia- wyglądam jak skradający się tyranozaurus).
No i w tym roku się bronię. Ech, trochę będzie trzeba się przy tym zakręcić, żeby wstydu nie było.
Trzeba dobrze wszystko przemyśleć i przekalkulować, żeby jak najmniej fałszywych kroków było. Nie mogę sobie pozwolić na błędy. Nie stać mnie na nie, ani finansowo, ani czasowo, a błędy potrafią dużo kosztować.
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |