2016-10-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 42. 8. (czytano: 679 razy)

Przez cały maraton bolały mnie najbardziej… oczy. Może trochę z niewyspania, które trwało od tygodnia, a które doprawiłam zwłaszcza piątkowym piżama-party. Na pewno od słonka, chociaż miałam okulary pe-słon, a już najbardziej przyczynił się do tego wiaterek. Nie wiał mocno, na pewno bardzo nam pomógł, bo nie odczuwało się tak mocno temperatury. Ale wciskał się każdą szczeliną między okularami a moją twarzą. W efekcie oczy mnie piekły, łzawiły, były nawet momenty, gdy w ogóle nie widziałam co się dookoła dzieje, bo nie potrafiłam ich nawet otworzyć! No i na zdjęciach to widać- te oczy krecika… spokojnie mogłabym udostępnić je do kampanii „stop dopalaczom”.
Po maratonie w Warszawie wiedziałam, że nie nabiegam dobrego czasu. Dobrego nawet jak na mnie. Rok niebiegania, maraton tydzień po tygodniu- wiadomo było, że czas będzie jeszcze gorszy, więc obawiałam się jedynie, czy w ogóle zmieszczę się w limicie.
Postanowiłam sobie osłodzić nieco tę przykrość i wystartować w jakimś przebraniu jak za starych dobrych czasów. Ubzdurałam sobie tradycyjny strój śląski, ale było za mało czasu na stworzenie czegoś, a nie chciałam na maraton wypożyczać oryginalnego, bo go by było po prostu szkoda. Jeszcze się zastanawiałam nad strojem któregoś klubu sportowego, ale bieganie po Katowicach np w maskotce Ruchu Chorzów mogłoby się skończyć tragicznie. Doszłam do wniosku, że wezmę po prostu książkę i będę sobie w trakcie biegu czytać. Wiedziałam, że będę biec długo, że szybko się będę nudzić, że będę pewnie sama i podłoże będzie równe, więc nic nie stało na przeszkodzie lekturze. Jednak jadąc na start spieszyłam się na tyle, że zapomniałam wziąć książkę ze stolika.
Pojechałam samochodem pod sam depozyt, tuż przy wyjściu na start. Zdążyłam jeszcze skorzystać z tojki, ustawić się na końcu małego tłumku. Starty w Silesii nieodmiennie przypominają mi początki biegania, gdy największe maratony, w których teraz biega po kilka tysięcy ludzi, miały jeszcze frekwencję w okolicach jednego tysiączka. To takie sentymentalne patrzeć na tak mały tłumek.
Nie rozglądam się po ludziach, to już nie te czasy że „znało się wszystkich”. Poza tym na tym biegu zawsze odczuwam brak Przyjaciela, którego już nie ma, a z którym trochę kilometrów natuptałam, także w czasie Silesii. Trochę po starcie wyhaczają mnie chłopaki. Ja ciągle zamknięta w sobie, nie wdaję się zbytnio w rozmowy, bo wiem że są szybsi ode mnie i i tak za chwilę mnie zostawią. Jednak El Diablo zostaje. I chociaż odruchowo ciągle czekałam na moment, w którym mi ucieknie- towarzyszy mi do samej mety.
Ale jeszcze jest początek. Jest chłodnawo, jednak słonko ładnie świeci i robi się coraz cieplej. Trochę gadamy, słyszę sporo nieprzyzwoitych kawałów, czasem tak się śmieję, że muszę się zatrzymać. Nie czuję w nogach maratonu sprzed tygodnia, ale po jakimś czasie czuję brak wytrenowania, znowu ten wkurzający efekt początkującego biegacza. Ale kolano siedzi cicho, szafa gra. Nawet podbiegów tak nie odczuwam, gorzej jest na zbiegach, ale wtedy myślami uciekam w góry. Taki odruch.
Zanim jeszcze ciało zaczęło trochę marudzić, myśli pouciekały do Wiesia. Czy znowu bieglibyśmy razem? Opowiadałby o startach z tego sezonu. Ja znowu robiłabym wielkie oczy nie mogąc uwierzyć, gdzie wszędzie był. Ocierałby pot skarpetką, jak zawsze. I też opowiadałby bardzo nieprzyzwoite dowcipy. Brakuje mi go. Na Silesii zawsze najbardziej. Gdy z innymi biegaczami wspominamy ten rok, gdy 3-go maja spadł śnieg, aż ściska mnie w sercu. Ależ mieliśmy wtedy z Wiesiem przygód i śmiechu na trasie!
Dobrze, że teraz nie jestem sama. Nie gadamy cały czas, ale jednak jest ktoś, kto odgania smutne myśli. No i walczę ostro. Całkiem długo biegniemy między balonikami na 4:45 a 5:00, ale w końcu 5:00 nas dogania i mija. Szkoda. Głupotą byłoby wierzyć, że się uda, ale jednak….. Mimo to nie przestaję z sobą walczyć, chociaż i tak czasami przechodzę do marszu, czasem może nazbyt długiego? Tylko raz poprawiam wiązanie butów. Znamienne, be te buty są zawiązane na amen i nigdy nie musiałam nic poprawiać. Jednak teraz muszę poluzować, bo mi za ciasno. W Wawie też luzowałam buty. Lewy 3 razy a prawy chyba z 8! Za każdym razem musiałam zbiec z trasy, podnieść nogę, oprzeć ją na czymś, rozwiązać sznurówki, poluzować, znowu zawiązać, ostrożnie opuścić nogę, wrócić na trasę…. Ciekawe, ile mi na to zeszło? No i to nieszczęsne szukanie krzaków na końcówce, cały kwadrans…
Kilometry znikają, towarzystwo na trasie mnie ratuje, bo jednak więcej truchtam niż idę, zmęczenie nie doskwiera a nuda nie pojawia się wcale. Niedaleko przed metą spotyka mnie najmilsza niespodzianka w formie mobilnego punku kibicowskiego, który towarzyszy nam prawie do samej mety. Skład jak za dawnych lat. Rozmowy, przekomarzania, nieśmiałe plany. Ja się wzruszam, z trudem się opanowuję, nie mogę teraz się rozpłakać, bo nie będę umiała złapać oddechu, a jeszcze chwilę będzie mi potrzebny. Uścisk Zenka, wcześniej na trasie Janek- ludzie, którzy mnie pamiętają i zawsze mają dla mnie trochę tego cudnego ciepełka.
Przy mecie się spinam, przyspieszam na finiszu, z daleka słyszę jak matka się drze. Po przekroczeniu mat czuję ulgę, ale i dziwne rozbawienie- w końcu chodzę całkiem normalnie. Owszem, nogi ciut bolą, ale to nie to, co zawsze było. Jeszcze zdjęcia, nasze i komuś. Wyżeram Haribo z pakietu metowego mamy. Zbieram się do domu, mam zostaje jeszcze pochodzić po sklepach.
Wyjazd to masakra, sakramencie zatory. Zapamiętać- w przyszłym roku tramwaj! Stojąc w korku sięgam po zestaw żywnościowy z maratonu i wcinam majonez z bułką. Jest nawet batonik, po raz pierwszy od lat. Tzn. zawsze były w tych zestawach, ale dla mnie zawsze też brakowało. Uroki biegania w ogonku. Albo kiepskiej organizacji. Jak kto woli. Ważne, że jest progres. Może to przez tytularnego sponsora? Dziękuję ci, PKO, za batona!!!!
Po powrocie do domu Łoles zabiera mnie na spacer, żebym rozprostowała kości i rozmasowała marszem nogi. Nic nie boli... chodzę normalnie. Nie ogarniam tego.
Czekając aż bojler zagrzeje wodę ucinam sobie godzinną drzemkę. Zasypiam tak mocno, że nie przełykam śliny i moczę całą poduszkę. Oczywiście, gdy to odkrywam kwiczę ze śmiechu. Po prysznicu czuję się jak nowonarodzona i mogę biec drugi maraton, ale poprzestaję na pójściu do kina.
Udało się.
Niech zima będzie łaskawa. Niech się wszystko dobrze poukłada. Niech za rok uda mi się znowu stanąć na tych dwóch liniach startu i dwóch liniach mety.
O to, żeby we mnie dalej było tak pięknie i radośnie, sama zadbam.
Autor zablokował możliwość komentowania swojego Bloga |