Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [6]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
insetto
Pamiętnik internetowy
Biegiem po zdrowie ;)

Marek
Urodzony: 1987-07-04
Miejsce zamieszkania: Świebodzin
14 / 48


2014-09-22

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Mądry po szkodzie? (czytano: 696 razy)



Weekend upłynął pod znakiem emocji sportowych, odsuwając w cień zupełnie uczelniane obowiązki. Z jednej strony MŚ w siatkówce, z drugiej własne starty w "domowych" zawodach – Świebodzin i Zbąszyń.
O ile siatkówka dała całą masę pozytywnych emocji, i nawet porażka Iranu z Rosją nie zaburzyła mocno radości z wyniku wczorajszego finału, o tyle biegi, oba, delikatnie mówiąc zmartwiły. Z mojej winy.
W Świebodzinie 10km, miałem pobiec spokojnie, by stracić jak najmniej sił. To w Zbąszyniu miałem się postarać o życiówkę, a może nawet o złamanie 1:40.00. Wyszło odwrotnie.
Świebodzińska Dziesiątka, początek w sobotę o 16:00. Zacząłem spokojnie. Sensor mieszał z tempem bardzo, w końcu bateria zupełnie padła, więc tym wskaźnikiem kierować się nie mogłem. Co gorsza, oznaczenie kilometrów było dziwne, kilometr kilometrowi nierówny, więc i tym nie dało się kontrolować dobrze tempa. Zatem byłem skazany na bieg na samopoczucie, bez przejmowania się kilometrażem. Niestety póki co nie nauczyłem się biegać na tętno.
Na półmetku miałem czas ok. 22.20-22.25. Miało być ok. 24 minut, więc powinienem był zwolnić. Ale że trasa wydawała mi się podejrzanie krótka (atestu nie było), a zmęczenia brakowało, to biegłem dalej podobnym, może nieco wolniejszym tempem. Gdzieś na 8. kilometrze zacząłem odczuwać zmęczenie, więc lekko odpuściłem, jedynie na finiszu się przyłożyłem. Czas – 44.35. Nieźle, ale pamiętając o swych zastrzeżeniach co do dystansu nie zmartwiłem się zbytnio. Dopiero w domu zmierzyłem trasę, okazało się, że brakło nie więcej niż 100 metrów, a najpewniej dystans był dokładny. Pech... Za szybkie tempo. Ale nie czułem zmęczenia, w tym problem. Może gdybym je czuł, mądrzej pobiegłbym dzień później.
Bieg Zbąskich – cel był jasny, taktyka też: pierwsze 5km w tempie 4:50min/km, potem 10km 4:45, potem 5km 4:40, ostatni kilometr poniżej 4:30, mocny finisz. I przez pierwsze 11km szło OK, miałem nawet kilka sekund zapasu, choć już od ok. 8km samopoczucie się pogarszało, a nogi nie chciały nieść. Dodatkowo pojawił się głód... Myśli krążyły wokół pesymistycznej wizji drugiej połowy biegu, a to zły znak. Przerwa wodopojowa (marsz) się sporo przedłużyła, kolejne próby biegu jakoś wyczerpywały szybko uda, pojawiały się jakieś napięcia. Morale sięgnęło dna Błędna, zwłaszcza gdy jedna z wyprzedzających biegaczek krzyknęła "ZNOWU przeszarżowałeś!". Cóż... Przemarszobiegłem ok. 7km, w czasie niemal 50 minut. Ludzie dopingowali, zachęcali do biegu, nawet się niekiedy dziwiłem, skąd mnie kojarzą ci, których ja nie pamiętam. Ale że nie mam totalnie pamięci do twarzy, to się tym w tej chwili nie martwiłem. Tuż przed 18. km przypomniałem sobie, że ten bieg wlicza się do GP NT, a tam chciałem powalczyć o podium w kategorii. Chyba przepadło, ale zmotywowało mnie to do biegu. Jeszcze za 19. zrobiłem chwilę spaceru i ostatnie półtora kilometra pobiegłem w tempie, które zakładała taktyka. Po takich marszach nie dziwi, że miałem siły na mocny finisz. Meta – 1:57.20. Miało być z 15 minut mniej. Porażka (?).
I tak się zastanawiam, co zawaliło. Na pewno wyczerpał mnie bieg w Świebodzinie. Zapewne zapasów w mięśniach było nieco mniej, zwłaszcza że nic porządnego (i obfitego w węglowodany) w sobotę po biegu nie zjadłem. Być może nie jestem jeszcze w pełni sił po zapaleniu gardła. A najpewniej, po prostu, taktyka była niedopasowana do tych wszystkich okoliczności, i do pogody. Może gdybym pobiegł na spokojne 1:45.29, z równym tempem 5:00, albo nawet na 1:50.00, nie było takich problemów? I gdybym zjadł nieco inne śniadanie. Może...
Być może też przebieg treningowy nie jest wystarczający, ale w zeszłym roku był mniejszy, a jednak spokojnie zrobiłem te 1:46.40. Na treningach co tydzień z łatwością robiłem 20km i więcej, dwa tygodnie temu było długie wybieganie 35km, na którym problemów nie było. Więc akurat to chyba nie było powodem porażki.
Samopoczucie wciąż złe. Muszę poskromić ambicje. W bieganiu chodzi o radość z aktywności, o zdrowie, o czas dla siebie. Poprawianie swoich wyników to tylko miły dodatek. Zwłaszcza na tydzień przed maratonem powinienem o tym zapomnieć. Ale cóż, do wszystkiego podchodzę zadaniowo, nie umiem robić czegoś tak po prostu, for fun. Coś z tym trzeba zrobić. Może terapia pomoże...
Za sześć dni debiut na królewskim dystansie. Trzeba zapomnieć o ambitnych wynikach i dążyć po prostu do mety. Spokojnym, luźnym tempem, bez patrzenia na czas. Bo inaczej znów zamiast satysfakcji będzie mnie po biegu męczyć rozczarowanie. Ciekawe, czy się uda – bo jednak marzenie o złamaniu 4h siedzi głęboko w głowie...

PS. Żeby nie było - organizacja obu biegów w porządku, nie ma się czego przyczepić, może pomijając oznakowanie kilometrów w Świebodzinie. Wyrzuty kieruję jedynie do siebie. ;)

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
wieslaw44
00:57
Andrea
00:45
Darasek
23:37
Jaszczurek
23:02
Inek
22:11
Fred53
21:19
chris_cros
21:17
waldekstepien@wp.pl
21:16
Citos
20:47
maste
20:33
zwojtys
20:07
dawid_str8
19:56
eldorox
19:56
entony52
19:46
Bartuś
19:39
Wojciech
19:06
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |