2014-08-22
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Katorżnik 15-16 sierpnia 2014 (czytano: 1629 razy)

W zeszłym tygodniu moja rodzina już tradycyjnie wylądowała w Kokotku, na naszej ukochanej rodzinnej imprezie, czyli na Katorżniku. Ponieważ w tym roku nie biegłam więc niezręcznie byłoby mi cokolwiek pisać na temat biegu, poprosiłam moje córki i męża, żeby tym razem napisali coś od siebie. Wrzucam więc tutaj relacje moich córek: Wiki i Moni no i Marcina, który przeszedł sam siebie i ukończył "Ucieczkę zakładników" na świetnym 13 miejscu.
Wpis 1: Monika lat 11
Przed startem stałam obok Wiki i stresowałam się jeszcze bardziej, niż przed PN. Potem, jak wystartowaliśmy, biegliśmy kilkaset metrów drogą. Do końca tej drogi dotrzymywałam Wice tempa, ale jak zaczęła się rzeczka to wypruła gdzieś do przodu, więc nie mogłam się śmiać, jak wpadała do błota.
Gdy droga się skończyła trzeba było zejść do rzeczki i przejść nią kawałek. Pod mostem, prosto i już z niej wychodzisz. Dalej biegło się na przemian dróżką leśną (bieg sprintem) i w błocie, gdzie na wpół biegłam, na wpół płynęłam, więc już po przebiegnięciu ¾ trasy łydki mnie bolały. Bo tak to jest, kiedy próbujesz biec, a w butach masz „troszkę’’ błota. Meta była na molo, przed którym na plaży były jeszcze przeszkody. Zresztą na molo też. Oczywiście mam kilka zdjęć, na których wyglądam jak nieprzytomna. Cała w błocie
Jednak na mecie, jak dostałam medal to się cieszyłam, bo Wiktoria z dziewczyn była piata, a ja siódma. Fajnie było. Zachęcam do startu w przyszłym roku.
Dobra, to już tyle, wysiliłam się, żeby to napisać. Dziękuje.
Wpis 2: Wiktoria lat 14
Zaczęło się całkiem niewinnie. Cztery lata temu rodzice zabrali mnie na „fajny bieg” ,który okazał się być Katorżnikiem. Jako dziesięciolatka stałam wraz z innymi dziećmi i z Moniką, która chyba lepiej radziła sobie z tą ‘tremą’ przed startem, bo mnie dosłownie skręcało w żołądku z nerwów.. Pobiegłam za innymi i kiedy pojawiła się pierwsza przeszkoda nie byłam zbyt zadowolona brodzeniem w zimnej wodzie, ale w końcu trzeba było tamtędy przejść do mety. Dalej było coraz gorzej, ale medal – ciężka podkowa była zdecydowanie warta brodzenia po pas w błocie i nurkowania w wodzie.
Rok temu wystartowałam ponownie. Wtedy zapakowaliśmy się do samochodu wcześnie rano i na miejscu byliśmy jakieś dwie godziny przed startem. Chwilę poodbijaliśmy piłkę i trzeba było przebrać się w ciuchy do biegu. Wtedy wystartowałam- tak jak cztery lata temu – w Małym Katorżniku, ale teraz utworzono jeszcze parę kategorii dla młodszych. Mikro i Mini. Musiałam przebiec trasę sama, bo Monika była jeszcze za „mała” , żeby biec razem ze mną. No cóż.
Wtedy było trudniej niż kiedy miałam dziesięć lat. Trasa była dłuższa i bardziej wymagająca, ale „bieg” ciągle w głównej mierze odbywał się przed pierwszą przeszkodą gdzie startowaliśmy utwardzaną drogą prowadzącą między rzędem domów. Dalej wbiegało się do strumyka i przechodziło pod mostem. Trasy jakoś bardzo się nie różniły. Każdy przybiegał brudny po uszy, zmęczony, mokry ale medal w postaci podkowy wiszący najpierw na szyi po ukończeniu biegu, a później ( w moim przypadku ) na ścianie w moim pokoju, ilekroć na niego spojrzę czuję swego rodzaju dumę, że przebiegłam ten dystans, chociaż wysmarowana błotem o stóp do głów.
Nadeszła pora na podsumowanie tego roku. Kiedy tylko zaczął się nowy rok, ja z miejsca pytałam o Katorżnika. Mama w tym roku zrezygnowała na rzecz opiekowania się nami, kiedy tata „skazaniec” będzie wywożony z ośrodka z czarnym worem na głowie przez wojsko. Brzmi to może dość brutalnie, ale to część biegu „Ucieczka Skazańców”. Cała zabawa zaczyna się późnym wieczorem, kiedy razem z partnerem z którym zgłosiło się do startu staje się w dużej hali. Później komandosi zaganiają ich do wojskowych ciężarówek gdzie mają zakładane na głowy worki i zostają wywiezieni gdzieś daleko, by przez całą noc nie spać i wyczekiwać momentu właściwej ucieczki, która zwykle ma miejsce kiedy pary zostają skute, mniej więcej po wschodzie słońca. Później dzieje się to samo co w przypadku innych biegów Katorżnika. Biegniesz przez błoto, z tą różnicą, że zawodnicy w innych biegach przespali całą noc w przeciwieństwie do skazańców, którzy nie dość, że zmęczeni to jeszcze skuci parami siedzieli całą noc w jakimś bunkrze, gdzie ich przesłuchiwano ( z tego co słyszałam, bynajmniej ).
Wracając do mojego startu. Przespałam całą noc w namiocie zakopana w śpiworze, a kiedy przyszło do wstawania i wychodzenia na zewnątrz, pogoda jakby się wściekła i w powietrzu unosiły się kropelki mgły, by po jakiejś pół godzinie zamienić się w strugi ulewnego deszczu. Dzięki takiemu porankowi, straciłam wszelką ochotę do biegu. Jednak nie przyjechałam tam marudzić i chcąc nie chcąc musiałam ubrać się i pójść na start.
Tym razem Monika ponownie wystartowała u mojego boku, przedtem skutecznie mnie irytując, jak to na młodszą siostrzyczkę przystało, tak więc gdy tylko zaczęło się odliczanie do startu miałam nadzieję, że uda mi się zostawić ją w tyle. W chwili kiedy wszyscy rzucili się naprzód zaczął się chyba najszybciej pokonany odcinek trasy w trakcie całego biegu. Pokonanie utwardzanej drogi było jedną z prostszych rzeczy, jednak kiedy odcinek się skończył a my musieliśmy wejść do zimnej wody po kolana, nikomu bardzo się nie śpieszyło. Woda była mętna i trzeba było uważać jak stawia się nogi, jednak było parę osób które próbowały przebiec ten odcinek rozchlapując zimną wodę i mocząc innych. Chwilę potem wyszliśmy na ziemię, która była dość błotnista, ale wciąż nie taka jak na końcu odcinka w lesie. Spokojnym truchcikiem ruszyłam wyznaczoną trasą schylając się przed gałęziami latającymi na prawo i lewo które poruszyli pierwsi zawodnicy. Trasa co chwilę przeplatała się ze strumykiem, przez co nie można było za dobrze wyschnąć a jeśli się dobrze zastanowić, to nie dało się wyschnąć. Rzeczka może i była mała, ale za to nigdy nie było wiadomo, czy po następnym kroku woda nie będzie ci sięgała do pasa czy może do kolan, a może potkniesz się o jakąś gałąź i skąpiesz się w wodzie od stóp do głów. Tak więc woda dość znacznie opóźniała bieg, ale jedynym ułatwieniem było, że znalazłam się w środku grupki i widziałam gdzie nie deptać, żeby się nie potknąć.
W końcu po jakimś czasie pożegnaliśmy się z przeklętą rzeczką i biegliśmy lasem, przez wysokie krzaki. Po chwili błądzenia po lesie za taśmami, trasa wychodziła na pobocze jakiejś drogi. Odcinek miał może pięćdziesiąt metrów i całe pięćdziesiąt zastanawiałam się czy przejedzie obok nas jakiś samochód i jeśli tak, co pomyśli sobie kierowca. Jednak po chwili znów wbiegliśmy do lasu i trzeba było podejść pod dość błotnisty wał, na którego szczycie przebiegała ścieżka rowerowa a po lewej stronie kątem oka wychwyciłam wodę. Przebiegłam ścieżkę i po chwili stwierdziłam, że niewiele się pomyliłam rano, kiedy musiałyśmy się zaopatrzyć w jedzenie z Lublińca. Trasa przebiegała pod pobliską „11-astką”, ale nie była to trasa Skazańców, tylko nasza. W dodatku, był to kanał do którego spływała woda z jezdni, więc wody było całkiem sporo (prawie całą noc padało doliczając do tego ranek). Jednak wolałam ten kanał od rzeczki, bo przynajmniej wiedziałam, że jest w miarę równo. Po chwili spędzonej pod drogą ponownie weszliśmy do lasu po jej drugiej stronie, by wyjść z wody na dość wysoki brzeg, zrobić kółko dookoła kępy drzew i przebiec pod drogą drugim kanałem równoległym do pierwszego. Jednakże z tą różnicą, że na końcu drugiego kanału nie było górki tylko trzcina, głęboka woda w której na upartego można by płynąć a także rura prowadząca pod ścieżką rowerową, przez którą, jak się łatwo domyślić, trzeba było przejść. Dalej było tylko gorzej. Trasa prowadziła przez dość zarośnięte tereny, przy czym jedynym plusem był brak kałuż i rzeczek. Jednak nie nacieszyłam się tym zbyt długo, bo po chwili przyszedł czas na „najlepszy odcinek trasy”- Bagno. Kiedy tylko zobaczyłam, że płytkie błoto powoli robi się coraz gęstsze i zaczyna zostawać na butach opuściła mnie chęć do czegokolwiek. Nogi ważyły cztery razy tyle ile powinny, no ale czego się nie robi dla medalu – uparcie szłam dalej, pomimo błota do kolan. Zmęczona ledwo wychwyciłam, że ktoś stoi na trasie i dopinguje. „ Dalej, brawo, czwarta dziewczyna!” To chwilowo dodało mi energii. Może nie jest tak źle jak myślałam przez całą trasę?
Zamyślona nie zauważyłam sznurka przeciągniętego między drzewami na wysokości moich kostek i pięknie wywróciłam się w błoto. Podniosłam się i ruszyłam dalej, przy akompaniamencie ciamkających dźwięków błota zasysających moje buty, kiedy wyszarpywałam je ze złością i coraz większym zmęczeniem mięśni nóg. W końcu zaczęłam zauważać coraz więcej ludzi i starałam się zmusić do chwilowego truchciku po błocie co po chwili okazało się najgorszym pomysłem na jaki mogłam wpaść, bo mało nie wywinęłam kolejnego orła tym razem bardziej spektakularnego, kto wie, może nawet najbardziej spektakularnego w historii Katorżnika, bo pewnie nie zdążyłabym nawet wystawić rąk, bo przytrzymywały gałęzie przed uderzeniem mnie w twarz, ale jednak dzięki tym gałęziom nie upadłam. W końcu umazana w błocie po szyję wybiegłam na krótki odcinek podczas którego trasa prowadziła przez drogę wzdłuż której stali ludzie. Mimowolnie zaczęłam biec i po chwili przeskakiwałam przez kłody ułożone na drodze do mety. Ten odcinek powtarza się praktycznie co roku. Mała, ciemna piwnica, w której kompletnie nic nie widać, płotki z pni drzew, o które zaczepiłam spodniami i moja pozycja z czwartej dziewczyny spadła do piątej. Chwilę mocowałam się z wyrwaniem materiału ale w końcu zaczęłam gonić dziewczynę która mnie przegoniła. Wbiegłam w ślad za nią do opuszczonego budynku i uparcie starałam się ją dogonić, ale kiedy nastąpiło zejście do ciemnej piwnicy po śliskich schodach musiałam zwolnić. Miałam dość lądowania na ziemi. Kiedy wbiegłam do jaśniejszego pokoju z oknem pod samym sufitem i wieżą z mebli pod spodem, usłyszałam jak coś spada po drugiej stronie okna i wspięłam się na meble. Przeszłam przez okno ciągle próbując dogonić dziewczynę i wlazłam jak najszybciej po dużej drabinie z drewna, żeby chociaż zmniejszyć odległość między nami, bezskutecznie. Za każdym razem za rogiem migała mi koszulka dziewczyny i do mety nie zdołałam jej dogonić.
Kiedy zbiegałam na plażę po schodach wiedziałam, że to jeszcze nie koniec, bo na odcinku stu metrów ciągle jest dużo przeszkód z serii „Tor przeszkód dla komandosów” czyli zasieki, więcej zasieków, opony do przejścia, jeszcze więcej zasieków, przejście pod mostkiem, i znienawidzone płotki o które się poprzednio zaczepiłam. Kiedy wybiegłam na ostatnią prostą nie miałam już siły przyśpieszyć. Patrzyłam jak zbliżam się do ostatniej przeszkody jakbym była obok. Ledwo przeszłam przez powalone drzewo. Moment kiedy ciężka podkowa zawisła na mojej szyi, jest chyba najlepszym momentem tego biegu. Reszta była już mniej przyjemna.
Jako, że wszyscy przybiegali zabrudzeni a Monika została gdzieś hen daleko za mną, myślałam, że minie dobre piętnaście minut zanim przybiegnie na metę i dostanie swoją podkowę. W tym czasie zdążyłam znaleźć mamę i oddać swoją podkowę i zawrócić do jeziora by wziąć „wstępną kąpiel”. Mniej więcej za mostkiem pod którym przechodzili kolejni zawodnicy podeszła do mnie jakaś dziewczynka. Włosy miała oblepione błotem, twarz ledwo było widać spod warstwy zaschniętego bagna. Słowem cała brudna. Dosłownie od stóp do głów z wielką podkową na szyi. Powiedziała coś, a ja dość zmęczona musiałam chwilę pomyśleć czy znam tę dziewczynkę. Dopiero kiedy dziewczynka się uśmiechnęła odsłaniając rząd dobrze mi znanych krzywych ząbków i przypatrzyłam się jej twarzy dokładniej, stwierdziłam, że nie poznałam własnej siostry.
Wpis 3: Marcin lat.. a co go będę demaskować. Stary jest, o każdy widzi.
Jako, że nieszczególnie dobrze operuję językiem, a składanie słów w logiczne i ciekawe zdania podrzędnie złożone nie jest moją mocną stroną tako więc relacja z sobotniego biegu będzie Katorżniczą dla mnie pracą.
A wszystko zaczęło w styczniu od nerwowego wyczekiwania na otwarcie list startowych. Niestety spóźniłem się kilka minut i wolnych miejsc na biegi indywidualne już nie było, zostało mi tylko zgłosić swój akces do jakiegoś dziwnego wyścigu z łańcuszkiem na ręce i partnerem na drugim jego końcu.
Spadło kilka kartek z kalendarza i nagle, podstępnie przyszedł sierpień. Tzn połowa sierpnia. A dokładnie to Matki Boskiej Zielnej wiec jako przykładny katolik w święto kościelno-państwowe pojechałem do Kokotka żeby punktualnie o godzinie dwa-dwa-zero-zero zameldować się w pomieszczeniu pełnym koszulek, mega krówek, jogurtów kawowych i pięciu par DutchMudMen. Nastąpiło oficjalne powitanie, w prawo zwrot i lekki truchcik do ciężarówki. Wtedy jeszcze było słychać żarty i docinki, pojawiła się jakaś Agnieszka (pierwszy raz widzę człowieka) TVN superstar i w drogę. Długo to nie trwało bo po minucie nastąpiła kanonada, mili panowie grzecznie acz w żołnierskich słowach poprosili nas abyśmy wysiedli i zechcieli położyć się na drodze twarzą w stronę asfaltu. Potem zapytali nas czy aby nie będziemy mieli nic przeciwko temu, że skrępują nam ręce na plecach, a na głowy założą czarne worki. Oczywiście z chęcią na to przystaliśmy, a oni w ramach rewanżu delikatnie i powoli wrzucili nas do ciężarówki i wywieźli w nieznane. Od tego momentu poczucie czasu i przestrzeni przestało istnieć. Nie wiem jak długo jechaliśmy, ile zakrętów pokonaliśmy, na ilu dziurach podskoczyliśmy, w każdym razie na tyle długo, że lewa noga zdrętwiała mi absolutnie i zupełnie nie nadawała się do życia, a tym bardziej do chodzenia więc kiedy w końcu nastąpił ten długo wyczekiwany moment dyslokacji mimo najszczerszych chęci nie mogłem się ruszyć. Wtedy mój przewodnik, przemiły pan, zapytał co „odpi….lam” i „żebym nie myślał, że mnie będzie niósł”. Faktycznie, nie niósł mnie. Ciągnął jak wór, przepraszam, kartofli, a potem rzucił w kąt. Jak wór kartofli. No to sobie klęczałem tam gdzie mnie rzucił i bacznie nasłuchiwałem co się dzieje wokoło. Nie mam pojęcia jak długo to trwało w każdym razie nie było wygodnie na tyle, że musiałem trochę wyprostować się. Nie spodobało się to mojemu drogiemu nadzorcy, który poinformował, że jeśli jeszcze raz podniosę się to usiądzie na mnie. I faktycznie tak zrobił lecz nie przewidział, że będzie miał we mnie przebiegłego i twardego przeciwnika stosującego podstępne metody walki i biernego oporu zaczerpnięte wprost z kanału National Geographic. Otóż zastosowałem jedną z najbardziej wyrafinowanych sztuczek opanowaną przeze mnie do perfekcji – udawanie martwego żuczka. Przewróciłem się na bok i już. Chciałem też zastosować jakieś chemiczne odstraszacze i zacząć śmierdzieć ale nie udało mi się bo mi się akurat nie chciało. „Martwy żuczek” po dziesięciu sekundach wywołał nagły popłoch mojego oprawcy, który pospiesznie zdjął mi worek z głowy. Zauważywszy jednak moją uśmiechniętą gębę zwrócił się do mnie per „ty fallusie” oraz dosadnie potraktował moje pośladki swoim butem wielozadaniowym. Poklęczałem sobie tam jeszcze jakieś siedemdziesiąt dziesiątek różańca, w czasie których pan dobry szeptał mi do jednego ucha, żebym się poddał bo ciepła herbatka i kocyk już czekają i po co się tak męczyć, a do drugiego ucha pan zły krzyczał, że jestem puchem marnym i wielką szkodą jest, że krematoria miały wtedy taką małą przepustowość bo jako osoba z takim polsko brzmiącym nazwiskiem już by mnie tu nie było. No coż… w takiej sytuacji ze spokojem przyjąłem też informację o tym co by mi włożono i gdzie gdybym znalazł się sam na sam z tym uroczym panem. I w tej właśnie chwili moja rogata dusza dała znać o sobie czego uzewnętrznieniem był głęboki skłon do przodu i wystawienie środkowego palca prawej ręki.
Po chwilowej zadumie zostałem poproszony o to, żebym skorzystał z kolejnej porcji atrakcji i udał się biegiem z głową przy kolanach do innego pomieszczenia. Tam było to na co czekałem. Odświeżająca kąpiel. Co prawda zamiast wanny był jakiś pojemnik, w którym mogłem wygodnie stać to na jednej, to na drugiej nodze, a zamiast ciepłej wody była zimna za to w dowolnej ilości lejąca się na głowę. Bardzo to był miły kwadransik, w czasie którego miałem okazję posłuchać rozmowy pana Holendra Jasnego, który nie znał odpowiedzi na niezwykle proste i spokojnie zadawane pytanie „WHO IS JACOB!?!?! WHO IS JACOB!?!?!” Z racji braku zrozumienia i porozumienia pan Holender Jasny musiał zrobić piss off żebym ja mógł zasiąść do miłej dyskusji, w czasie której szczerze i od razu przyznałem się, że zostałem tu służbowo skierowany przez mojego przełożonego pana Ariela Sharona celem zweryfikowania ilości czołgów stacjonujących w okolicznych lasach. Ubolewałem nieco z powodu niewiary w moje słowa, że przyjechałem do Lublińca na rowerze z Gdańska i najprawdopodobniej z tego też powodu zostałem karnie relegowany do innego pomieszczenia. Oczywiście biegiem z głową obok kolan. Warto w tym miejscu zauważyć, że nie jest to zbyt wygodna pozycja do biegu tak samo jak worek na głowie wcale nie pomaga w oddychaniu. A mokry worek nie pomaga tym bardziej zwłaszcza wtedy kiedy dokładnie okleja twarz wywołując panikę, która też mi się udzieliła skutecznie mnie paraliżując. No i pan przewodnik miał problem bo ciężko, nawet tak sprawnej jak on osobie, targać pod pachą bezwładne dziewięćdziesiąt pięć kilo. Przybyły na miejsce medyk chciał pozbawić mnie upragnionego medalu sugerując, że jestem miękka klucha i dla mnie zabawa się skończyła bo nie mają zamiaru niańczyć kogoś kto biega po lesie ubrany w garnitur. I tu pozwolę sobie nie zgodzić się z tą krzywdzącą dla mnie opinią gdyż uważam, że czarny garnitur doskonale nadaje się jako strój maskujący w czasie działań nocnych. Trochę odbiegłem od tematu ale już wracam i informuję, że pan medyk bardzo się mylił nazywając mnie w taki sposób, bo mnie potrzebne było tylko trochę tlenu. No i go dostałem. Poczułem się wtedy jak ktoś niezwykle ważny otrzymawszy zupełnie nowy i suchy worek na głowę, w którym od razu zacząłem wygryzać niewielką dziurę mając nadzieję na odrobinę świeżego powietrza. Koniec końców dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, którym było pomieszczenie z piaskowym podłożem, na którym mogliśmy wygodnie klęczeć. Przez jakiś czas było nawet fajnie, wygodnie, miło i ciepło. Ale tylko przez chwilę bo potem już było niewygodnie, przeraźliwie zimno i bolało. Wszystko. A najbardziej ręce związane z tyłu. I tak przez kilka godzin, w czasie których ktoś gdzieś obok zwymiotował, ktoś inny miał zawroty głowy, a jeszcze ktoś trząsł się tak bardzo, że słyszałem stukot jego zębów. A może to były moje zęby bo trząsłem się cały? Taki stan trwał jakieś dwa tygodnie. W każdym razie tak mi się wydawało, że tak długo to trwa. I już, już chciałem polec, poddać się, odpuścić bo przeraźliwie bolało mnie wszystko, kiedy usłyszałem, że co poniektóre osoby gdzieś wychodzą. W końcu zabrali i mnie. Aż dziw bierze, że tak mało znaczący gest może tak bardzo ucieszyć. Byłem przeszczęśliwy, że mogę wstać, wyprostować nogi i plecy. Po chwili znowu kazano klęknąć, podać prawą rękę i poczułem, że zamyka się na niej łańcuch z kimś nieznajomym na drugim jego końcu. Tak przygotowani poczłapaliśmy do samochodu i w drogę.
Po dotarciu na miejsce mogliśmy w końcu zdjąć nasze czapki, dostaliśmy jakąś kartkę papieru imitującą mapę, z której nic nie wynikało i spokojnie mogliśmy udać się na poszukiwania trasy biegu. Trochę te poszukiwania trwały bo metodą owczego pędu kręciliśmy się w kółko i dopiero jakaś dobra dusza wskazała nam odpowiedni kierunek. A potem było już jak zwykle. Szuwary z trochę cieplejszą wodą na zmianę z bagienkiem z wodą nieco chłodniejszą, niespodzianki podwodne, śliskie podejścia i muł w kieszeniach. Mój partner okazał się idealną osobą na taki spacerek gdyż przez całą trasę udało nam się nie znudzić sobą nawzajem, a w końcowym etapie nawet nieco przyspieszyć i uciec panom Holendrom.
No to na koniec bo już mi się nie chce więcej pisać powiem tylko, że bolało ale warto było żeby kolejna podkowa na ścianie mogła zawisnąć.
BTW pewnie złośliwie się czepiam ale ciekawy jestem jakim to sposobem Agnieszka TVN SuperStar na mecie była w czyściuteńkim różowym kubraczku?
Na koniec jeszcze ja wtrącę parę słów. Jak co roku było świetnie! Uwielbiamy atmosferę tego biegu, ludzi którzy tam przyjeżdżają i błoto, które w Kokotku potrafi być wszędzie. Za rok koniecznie powtórka i tym razem ja wracam do błota! Najlepsze możliwe SPA. W całym kraju nie znajdzie się lepszego. Wiem, że powstało mnóstwo podobnych biegów do Katorżnika ale to Katrożnik jest tym najlepszym! Tak było, jest i będzie. Amen. :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu DamianSz (2014-08-23,12:52): To właśnie Waszą rodzinkę powinni zaprosić do zrelacjonowania tego biegu w TVN-ie a nie jakąś Agnieszkę celebrytkę. Brawo i gratki dla wszystkich. (2014-08-23,21:30): haha rewelacja! widać że u Was jest rodzinny talent zarówno do biegania jak i barwnego relacjonowania. Zajebiście się czytało. Gratulacje ukończenia zmagań Inek (2014-08-24,13:10): Gratuluję!!!! paulo (2014-08-25,08:42): Brawo Izo, gratuluję! Tr (2014-08-26,13:06): Ojjj, o chyba razem z nami musiałoby tam być ze sto innych rodzin. :) Dzięki Damku za gratulacje. Przekażę. :) Tr (2014-08-26,13:07): Dziękuję Inku, przekażę komu trzeba! :) Tr (2014-08-26,13:07): Dzięki Wojtek. Marcin nie powinien takich rzeczy czytać, bo on mi potem puchnie z dumy. :) Tr (2014-08-26,13:08): Dzięki Paulo. Rodzina mi się rzeczywiście udała. :) Marfackib (2014-08-26,13:33): Iza, gratuluję biegającej rodzinki. Pozdrowionka dla Was wszystkich :-)) Maria (2014-08-27,09:59): Damian ma rację ,koniec kropka:) żiżi (2014-08-28,21:20): Super rodzinka,też stopniowo próbuję moją młodą zachęcić do biegania:) żiżi (2014-08-28,21:21): p..s. i ta cisza na blogu...
|