2014-08-04
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Dwa światy (czytano: 1110 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: https://www.youtube.com/watch?v=fQTlks4ICJc

Pierwszy weekend sierpnia upłynął aktywnie. W sobotę wizyta pod Kostrzynem, w niedzielę świetnie zorganizowany bieg w Opalenicy. Łącznie spędziłem w podróży więcej, niż przy wyjeździe do Bielska-Białej, a to niezłe osiągnięcie.
Na Woodstocku jak zwykle – masa ludzi, dobra muzyka, ale z drugiej strony masa śmieci, masa alkoholu, itp. itd. Niby tak samo jakiś sposób na spędzanie wolnego czasu jak biegi/zawody, a jednak wyraźnie inny. Cóż, tam się czuję nieco obcy.
Niedziela – wizyta w Opalenicy. I tam się czułem OK. ;)
Dotarłem na miejsce koło dziesiątej, sporo pobłądziłem, zanim trafiłem do Biura Zawodów, tam odebrałem pakiet. Zgodnie z wymaganiami chciałem pokazać dowód, a tam znana z innych biegów Wera stwierdziła, że nie trzeba, bo mnie z różnych zawodów pamięta. Tak sobie pomyślałem, że kiedyś warto by zacząć nawiązywać znajomości z innymi biegaczami. Bo jak na razie to zamieniłem z niektórymi parę zdań, to wszystko, a znam z twarzy wielu z nich, i mnie, jak widać, niektórzy też kojarzą...
Po przeczytaniu kolejnego rozdziału książki i krótkiej drzemce pozwiedzałem okolice startu, przebrałem się, dowiedziałem się, że nie ma depozytu (ojj...), przygotowałem się na start i w czasie rozgrzewki (w której potrzebę przy takim upale wątpiłem) walczyłem z czarnymi myślami prowokowanymi plażową pogodą. Na niebie chmury były, ale nieliczne i malutkie, za to słońce grzało bezlitośnie.
Start spod hali OSiR o 13:00, czyli niemal w południe słoneczne. Trochę zakrętów, ale nawierzchnia niezła, dopiero później się nieco zepsuła, na szczęście tylko na krótki odcinek. Starałem się pilnować założonego spokojnego tempa, ok. 4:50-4:55min/km, ale na 1. km dotarłem z czasem 4.47. Dobra tam, jakoś pójdzie. Mieszkańcy świetni, nie dość, że dopingowali, to jeszcze oblewali nas wodą z węży ogrodowych, szykowali własne punkty z wodą – pozytywnie! Strach myśleć, co by było, gdyby nie oni...
Biegłem dalej, mijałem kolejne punkty znane czy to z okien pociągu, czy to z przejazdów samochodem: droga obok torów, dawne torowisko na Grodzisk, park... Za czwartym kilometrem zakręt bardzo podatny na ścinanie. Grzecznie biegłem ulicą, zgodnie ze strzałką na asfalcie. Nie widziałem nikogo, kto też by tak pobiegł, wszyscy na skróty chodnikiem...
Punkt z wodą, chwyciłem kubek z myślą o nawodnieniu się w biegu. Czas zacząć to trenować, jak na razie tego zupełnie nie umiem. Zanim spróbowałem coś łyknąć, sporo mi się w biegu wylało, cóż... Po lekkim zwolnieniu tempa pierwsza próba picia – udało się łyknąć tyle, ile by się w mojej jednej dłoni zmieściło. Hmmm... Oblałem ręce, plecy (druga połowa pętli była uboższa w mieszkańców ze zraszaczami), i druga próba – efekt niewiele lepszy. No nic, czeka mnie sporo nauki...
Półmetek, czas 23.28, nieźle. Miałem pilnować, by się zmieścić w 50 minutach, a tu wychodzi, że mogę zejść poniżej 47 minut. Oby te tempo się nie zemściło na dalszych kilometrach – pomyślałem zaczynając drugie okrążenie.
No i jednak. Szósty kilometr był OK, ale siódmy już jakoś wolniejszy. Niby niewiele, czas 4.53, ale jednak, źle to rokowało. Więc na początku ósmego kilometra przystanąłem przy wodopoju i na spokojnie napiłem się w marszu. Od razu lepiej... Po takiej kilkunastosekundowej przerwie ruszyłem dalej.
Mimo marszu ten ósmy kilometr skończyłem w czasie 4.48, w porządku. Czułem się już znów dobrze, postanowiłem przyspieszyć. Dziewiąty kilometr zrobiłem w ok. 4.30. Po chwili znów minąłem ścinalny zakręt (pokonując go regulaminowo), minąłem straż pożarną z wodą, i zaraz miałem zakręt w kierunku mety. Na ziemi napis "300 metrów" – OK, finisz. Przyspieszyłem porządnie, jak na siebie, wyprzedzałem kolejnych biegaczy. Ostatni zakręt, już widać metę. Minąłem jakiegoś zawodnika, który chwilę później znów do mnie dołączył; przyspieszyłem, by go zgubić – on to samo; OK, to się uśmiechnąłem i odpuściłem, zabrakło sił; dotarł do mety ok. 1,5-2 sekund przede mną. Ja się na niej zameldowałem z czasem 46.32, pomijając Wolsztyn najlepsza dziesiątka. Ostatni kilometr zajął mi 247 sekund, też może być, choć granica 4 minut wciąż niezłamana. Drugie 5km w czasie 23.04, czyli szybsze niż pierwsze o 24 sekundy, mimo marszu, miło.
Na mecie medal, butelka (nagrzanej) wody, izotonik i plakietka. Po schłodzeniu i rozciąganiu ruszyłem do biura zawodów, najadłem się, odnalazłem swój plecak nienaruszony (uff...), wypocząłem. Miałem dylemat, czy zostać na dekoracji, czy nie, ale zdecydowałem się zostać. Pociągi do Zbąszynia co godzinę, więc co najwyżej bym właśnie jedną godzinę stracił. Nie tak źle.
Wracając z OSiR-u na dworzec zahaczyłem o kościół, parę innych miejsc uważniej obejrzałem - Opalenica to zdecydowanie ładne miasto. Na zachodzie zbierały się chmury. Gdy już jechałem pociągiem, zaczęło lać, potem od Zbąszynia do Świebodzina całą drogę jechałem w burzy. W zasadzie szkoda, że nie przyszło to w czasie biegu...
I tak się weekend niemal skończył. Dzisiaj odesłałem tłumaczenie, teraz czas się zabrać za artykuł i wykańczanie magisterskiej. Za tydzień pierwsza wizyta u psychologa, zobaczymy, czy się obejdzie bez psychiatry. ;)
Może po wszystkim będzie lepiej. I, przykładowo, może wreszcie będę umiał te znajomości po ludzku nawiązywać.
Może. A może nadzieja zniknie i pogrążę się w kompletnej beznadziei? Dobrze, że biegam – to choćby daje motywację, by jeść, bo i na to ochoty brak...
Ale z drugiej strony – po części to biegi sprowokowały obecną sytuację.
I z trzeciej – to biegi pomogły uporać się z poprzednim kryzysem przed rokiem. A dokładniej, wróciłem do nich na dobre, by walczyć z niektórymi jego objawami. I się wtedy udało.
Bądź tu mądry...
PS. Nie dziwię się, że przy takim upale po opalenickich żabach wspomnianych kiedyś przez Hondę nie było na trasie ani śladu. ;)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |