Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [126]  PRZYJAC. [285]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
mamusiajakubaijasia
Pamiętnik internetowy
"Byle idiota pokona kryzys; to co cię wykańcza, to codzienna harówka" - Antoni Czechow

Gabriela Kucharska
Urodzony: 1972-08-26
Miejsce zamieszkania: Rudawa / Kraków
528 / 579


2014-05-21

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Siła uczuć... (Monte Cassino) (czytano: 716 razy)

 

Jak już wspominałam, kwiecień nie był dla mnie miesiącem łatwym.
Pobyt w szpitalu, operacja - powrót do domu na Święta - pobyt w szpitalu (innym).
Z żadnego z tych szpitali nie przywiozłam, niestety, dobrych wieści.
Najpierw operacja, która miała pomóc, a okazała się być zaledwie eksploratywną, a następnie diagnoza, z którą dopiero się oswajam.

Ale "do rieczi" jak mawiają bracia Ukraińcy:)
Kiedy pod koniec kwietnia leżałam sobie w szpitalu zagubionym wśród zieleni, słuchałam ptaszków, patrzyłam na wiewiórki i pozwalałam się badać na rozmaite sposoby, zadzwonił do mnie do szpitala mój osobisty mąż z pytaniem - - Chcesz jechać do Rzymu?
- Tak, jasne - odpowiedź pełna zjadliwego sarkazmu.
- Ale poważnie, bo Becia mi mówiła, że Mastersi jadą na Bieg na Monte Cassino i mogłabyś się do nich dołączyć.
- Piotrek, ale ja mam wrażenie, że my mamy problemy finansowe
- Ale to są naprawdę śmieszne pieniądze. Ja byłem już we Włoszech i w Rzymie kilka razy, ty nie byłaś - jedź!

I tak tez się stało.
Po powrocie ze szpitala ustaliłam wszystko z Becią, zapisałam się na bieg i zaczęłam liczyć dni do wyjazdu...

No, nie tak do końca liczyć, bo w międzyczasie tak zwanym mój bardzo zdolny syn akordeonista zdał egzamin wstępny do gimnazjum muzycznego i nawet go do niego przyjęto:) Szczęśliwa jestem z tego powodu ogromnie! (I staram się nie myśleć, skąd my do września wytrzaśniemy kilkanaście tysięcy złotych na nowy akordeon.).

Nadszedł dzień wyjazdu...
( I tu przejdę do notatek spisywanych na gorąco w czasie trwania tego wyjazdu. Mogą być emocjonalne i nie najfajniej napisane, ale ze to szczere i świeże.

Środa, 6.40.
Wychodzę z domu.
Na plecach plecak z dwoma śpiworami (jestem zmarzluchem), ciuchami biegowymi, ubraniami, jedzeniem; na ramieniu plecaczek z aparatem fotograficznym i jedzeniem na drogę, pod pachą dwie karimaty zwinięte w rulon razem z namiotem.
Ciężko.
Po drodze zaczyna padać, plecaczek co rusz zsuwa mi się z ramienia, karimaty uciekają spod pachy, jest mokro.
I ciężko.
W pewnym momencie mija mnie pociąg do Krakowa. Jestem pewna, że mój miał jechać o 7.02.
Tak naprawdę niczego już nie jestem pewna...
Bardzo ciężko.
Ogarnia mnie zwątpienie.
Dochodzę do wniosku, że jeżeli tego pociągu o 7.02 nie będzie, to nigdzie nie jadę. Wracam do domu i czekam na Radka!
A jednak pociąg jest. Nie wiem, co za jełop układał rozkład jazdy z pociągami do Krakowa w 11 minutowym odstępie, ale pociąg jest!
Spotykam mamę znajomego; jest chora, ma ogromny problem z mówieniem. Rozmawiamy. Gdzieś tam dociera do mnie komizm sytuacji: kobieta niemalże niema rozmawia z kobietą niedosłyszącą w hałasującym pociągu :)

Wysiadam w Krakowie, kupuję euro (drogo!), idę na przystanek, jadę pod AWF, witam się z ludźmi, czekamy, wciąż leje deszcz.
Z prawie godzinnym opóźnieniem przyjeżdża nasz autokar, pakujemy bagaże, pakujemy siebie. Trafia mi się samotne miejsce pod oknem, jest fajnie:)
Tadziu Maj na moją prośbę daje mi czyjeś śpiwory (wykorzystam je w nocy).
Ruszamy.
Czytam.
Patrzę za okno.
Jedziemy.
Przystanek w Czechach na kawę i siku (tanio).
Jedziemy dalej.
Austria. W niej od razu za granicą napada mnie typowe małe austriackie miasteczko z pomnikiem cesarza Józefa II (mam do niego słabość za Podgórze), a kilka przecznic dalej Kaiser Franz Joseph Jubiläums-Kindergarten. No, proszę państwa! Takie rzeczy tylko w Austrii :)

Jedziemy dalej.
Przebicie się przez korki wiedeńskie zajmuje nam godzinę i 45 minut.
Patrze sobie przez okno na majaczącą w oddali Donauturm i wspominam tamtego obłędnego Sylwestra i nasze niewinne harce w noc sylwestrową na trawniku pod ONZ-et. Dawne dzieje... Ale jakie piękne :)
Po Dunaju pływają barki; i nic dziwnego, wszak jest rzeką pławną.
Ale... kątem oka widzę też skaczącego do Dunaju człowieka. Płynie ładnie, równo, wie, czego chce. Wydrapuje się na brzeg. O ile można zobaczyć z daleka, ma ładne ciało (w czarnym stroju widać to dokładnie.)
Jedziemy dalej.
W górach Grazu jest pięknie:)
Zatrzymujemy się na posiłek i kawę (drogo!).
Jedziemy.
"Jazda przez Alpy, to jest, kurna, jazda!"
Rozkładam się na śpiworach, śpię. Do rana.

Rano przez okno oglądam sobie Italię. Jest piękna.
Winnice, gaje oliwne, i ta ziemia. Dziwna, brązowo - ruda, chyba żyzna.
Wjeżdżamy do Cassino.
Witają nas obłędnie kwitnące oleandry. Jakaś inna odmiana - bardzo puszyste kwiaty w kolorze fuksji, ale to zdecydowanie są! oleandry.
Patrzę w górę i widzę klasztor na szczycie. Widać go z każdego bodaj miejsca w miasteczku; góruje nad nim.
Tak sobie myślę, jak ci młodzi ludzie 70 lat temu tu walczyli...
Wielka, łysa, nieporośnieta niczym góra, na szczycie potężna forteca wroga, który widzi ich jak na dłoni i strzela do nich jak do kaczek. I ci młodzi chłopcy, którzy, wcale nie przyjechali tu na wycieczkę czy na bieg; chłopcy, którzy z generałem Andersem szli tu ze Związku Radzieckiego, walcząc.
Żołnierze na szlaku bojowym, którzy po drodze zostawili już ciała swoich kolegów, i widząc tę cholerną górę wiedzą, że tutaj też sporo ich zostanie. Nie da się inaczej.
Myślę o ojcu Adamie Studzińskim z jego nieodłącznym beretem i krzyżem harcerskim; o tej niezwykłej spowiedzi, która miała tu miejsce 70 lat temu.
Bardzo to na mnie działa.
(O niedźwiedziu Wojtku też myślę.)

A tymczasem lokujemy się na hali (jednak nie muszę spać pod namiotem - ufff), rozpakowywanie, posiłek, chwila odpoczynku i razem z Todzią i Adamem (świętokrzyskie) idziemy na spacer.
Powrót i wyjście z Mastersami na obiad, a potem na trasę kibicować zawodnikom Giro d`Italia.
Obiad fajny: penne w sosie z pomidorów (bardzo smacznym), plaster (niewielki) grillowanego schabu, salata mista, buła i butelka wody. A wszystko za jedyna 7 euro.
Bardzo smaczne, a porcja dla mnie w zupełności wystarczająca. Inni narzekają, że mało. Mnie spokojnie wystarcza do wieczora, a kolację jem z rozsądku.

Przebrani w białe koszulki idziemy na trasę Giro, która jednocześnie będzie pojutrze trasą biegu. Do szóstego kilometra wygląda to całkiem znośnie, acz wiadomo, że będzie ciężko.
W koszulce czuję się koszmarnie! Prześwituje.
Na trasie przymiarki do kibicowania.
Wieje coraz bardziej. W cienkiej technicznej koszulce jest mi coraz zimniej.
Długo walczę ze sobą (Mastersi), ale podejmuję decyzję o zejściu na dół. Po chwili dołącza do mnie Adaś i proponuje wspólny bieg. Zbiegamy.
Zaczyna padać, jest wstrętnawo, a przemoczona koszulka lepi mi się do ciała.
No, czy ja jestem miss mokrego podkoszulka?!
Już całkiem na dole wchodzę do sklepu z owocami i posługując się językiem włoskim (sic!) i uśmiechem kupuję cztery pomarańcze. Okażą się bardzo smaczne:)
Potem jeszcze do marketu po pieczywo i chusteczki (już nie po włosku, bo to supermarket), i powrót na halę.
Myję się, jem kolację (rozsądek), piszę i idę spać.
O 4.45 pobudka.
W nocy oczywiście marznę, ale nie jest źle :)

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora


paulo (2014-05-22,08:22): Gabrysiu, piękna przygoda. Czekamy na ciąg dalszy :)







 Ostatnio zalogowani
kmajna
02:32
Ziuju
01:51
jakub738
00:50
RobertG10
00:46
przemek300
23:54
mk13
23:07
robert77g
23:01
przemcio33
22:59
wieslaw44
22:29
p.1
22:25
miras
22:02
piotrek53
22:00
Andrzej_777
21:51
Januszz
21:49
Waldek
21:47
saul
21:41
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |