Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [6]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
insetto
Pamiętnik internetowy
Biegiem po zdrowie ;)

Marek
Urodzony: 1987-07-04
Miejsce zamieszkania: Świebodzin
10 / 48


2014-04-27

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Wreszcie się udało... (czytano: 448 razy)

PATRZ TAKŻE LINK: http://www.youtube.com/watch?v=TXol00tU8CU



W końcu, po dwóch nieudanych próbach, znów udało się zaliczyć półmaraton, tak porządnie. Bez braków w przygotowaniach, bez błędów na trasie, bez narzekania. Po prostu przebiec, cieszyć się bieganiem, otoczeniem, atmosferą – i wynikiem!
Olęderski Festiwal Biegowy był najbardziej wyczekiwanym półmaratonem pierwszej części sezonu, choć nie startem docelowym tego okresu. Po przeglądnięciu relacji itp. z poprzednich edycji zdecydowanie chciałem poznać tę imprezę. Crossowa trasa, doświadczeni i świetni organizatorzy, wiosna w rozkwicie, biegi dla dzieci...
Sątopy – mała miejscowość w pobliżu Nowego Tomyśla, którą znam głównie z przystanku kolejowego, i o której wiem tylko tyle, że jej nazwa jest związana z bagnami i rzekami. O trasie wiedziałem tyle, ile widziałem na zdjęciach – więc wystarczająco, by chcieć się tam wybrać. I warto było!
Na miejsce dotarłem z mamą i siostrzeńcami po dziewiątej. Pognałem do biura, odebrałem pakiet, przebrałem się w samochodzie. Później reszta poszła na boisko na biegi młodzieżowe, obaj siostrzeńcy dali się namówić na start, a ja poszedłem w okolice startu półmaratonu. Tam ogólne przygotowanie, WC, rozgrzewka w jakiejś niemal pustej uliczce na północ od kościoła, stopniowe pojenie się wodą, i o 10:25 dotarłem z powrotem pod świetlicę. Zorientowawszy się, że stoję nawet za startującymi w marszu Nordic Walking, przebiłem się nieco do przodu, tuż przed nich, i czekałem na start.
10:30 – ruszamy. Przez nieuwagę włączyłem stoper nieco za linią startu, o czym później przypomniałem sobie dopiero na dwudziestym kilometrze, na szczęście. Początek w tłumie, ale nie było źle. Szybko wybiegliśmy z zabudowań i zaczął się bieg w naturze – to, na co czekałem. Dookoła pola, łąki, lasy, śpiew ptaków, stukanie dzięciołów, itp. itd. – z tym wszystkim biegło mi się dużo lepiej niż choćby w Poznaniu.
Już na starcie wyprzedziłem pierwszego ze współstartujących, którego rozpoznaję zawsze bez problemu mimo niezamienienia z nim nigdy ni słowa – piokona z MP. Trochę się zdziwiłem, bo na ostatnich wspólnych zawodach był przede mną. Ale pomyślałem, że może mnie wyprzedzi, gdy ja padnę... Koło drugiego kilometra dołączyłem do grupy Hondy, którą też po jakimś czasie wyprzedziłem. W końcu koło ósmego-dziewiątego kilometra dotarłem do Junaka i przegoniłem go. Później już mijałem lub byłem mijany przez samych nieznajomych.
Pierwszy punkt z wodą na piątym kilometrze, zgodnie z planem go zignorowałem. Drugi miał być na dwunastym, więc się nieźle zdziwiłem, gdy krótko po znaczku 9km pojawił się znak "punkt odżywczy – 200m". Cóż, po półmaratonie w Poznaniu pamiętałem, że lepiej wypić zbyt wcześnie niż zbyt późno, więc zrobiłem pojną przerwę. Pechowo wziąłem kubek z izotonikiem, a zamierzałem zrobić całość na wodzie, ale za późno na zmianę, przecież kubka nie oddam... Kolejny punkt miał być na 18. km (wg regulaminu), ale już na 14., koło dobrze kojarzącego mi się dworku w Porażynie (pamiętne Biegaj z MAPĄ organizowane przez GKB), znów stała tabliczka ze stosowną informacją. Piję znów, mając ciągle w pamięci Poznań, tym razem wodę, i po wyrzuceniu kubka ruszam dalej, zastanawiając się, czy będzie jeszcze jedna okazja do picia, czy nie. Wychodziło na to, że powinien być koło osiemnastego kilometra, więc od siedemnastego rozważałem, czy pić raz jeszcze, czy nie, ważąc ewentualne korzyści i straty (czasowe). Minąłem słupek 18. km, a tam punktu brak... Na szczęście ukazał się trochę dalej, za zakrętem. OK, przerwa, piję wodę, i ruszam "pędem" do mety. Tym razem nawadniania nie zawaliłem.
I w końcu czas. Startowałem z pewną wizją taktyki, która miała mi dać wynik poniżej 1:50.00, ale już po trzech kilometrach wszystko diabli wzięli, miałem trochę straty do tego planu i totalnie rozchwiane tempo. I jeszcze czwarty kilometr był średniawy. "Dobra, biegnę na samopoczucie". Dobra decyzja, kolejne kilometry robiłem szybciej, na poziomie 5.00-5.05. Do dziesiątego kilometra dobiegłem po 51 minutach i 45 sekundach, co przy podobnym tempie dalej i dobrym finiszu spokojnie dałoby czas nawet poniżej 1:49. Na drugiej połowie dystansu parę razy się hamowałem, bo chciało się przyspieszyć, ale w końcu po minięciu znacznika 17. kilometra postanowiłem lekko poprawić tempo – rysowała się szansa na 1:48. 18. kilometr w 4.58, 19., mimo przerwy na picie, w 5.03, 20. w 4.49 i końcówka, tj. ok. 1,1km, w 4.59. O dziwo, dwa ostatnie kilometry były zarazem najszybszymi na całej trasie. Od znacznika 20. km odliczałem sobie sekundy do czasu 1:48, ale za każdym razem przy sprawdzeniu stopera widziałem, że liczę zbyt wolno... Mimo to się udało, i to nawet z nawiązką – na stoperze miałem 1.47.30, ale z lekko opóźnionym wyłączeniem stopera. W SMS-ie po chwili był wynik 1:47.27. Tylko 47 sekund straty do życiówki, mimo trzech przerw na picie i wcale nie najprostszej trasy. Sympatycznie, nawet mimo braku atestu. I jeszcze chwilę po moim dotarciu prowadzący zawody powiedział, że na mecie półmaratonu jest już dziewięćdziesiąt kilka osób. Myślałem, że coś pomylił, w końcu startujących było prawie 300, a ja się zamierzałem uplasować w okolicach połowy stawki, ale jednak w SMS-ie faktycznie widniało miejsce open 92 (później poprawione na 94). Dziwne...
Na mecie odebrałem medal, wodę, fajny przewodnik biegowy po powiecie NT, ulotkę Biegu z Koroną, w którym zamierzałem wziąć udział, dopóki nie zmieniono terminu (chyba że ja się zagapiłem przy pierwszym sprawdzeniu?), zrobiłem schłodzenie i czekałem na tych swych nieznajomych-znajomych. W czasie schłodzenia słyszałem, jak witano na mecie kolejne znane z innych startów osoby, które zwykle bywały przede mną. Wciąż coś mi nie pasowało... Po nieco ponad czterech minutach od mojego finiszu dotarł Junak, a chwilę potem moi krewni, którzy stali i kibicowali mi przy sklepie o genialnej nazwie "Cho no tu". Później docierali kolejni współbiegacze z GP NT, m.in. wspomniany piokon i, nieco później niż się spodziewałem, Honda.
Potem sprawdziłem bieżące wyniki, zajrzałem na pierwsze pozycje, zwycięzcą dobrze znany Piotr Humerski z GKB – ale z czasem 1:17.29. "Mam tylko pół godziny straty?" Miłych, ale podejrzanych niespodzianek ciąg dalszy...
Według czasów netto byłbym cztery pozycje wyżej. Jak zwykle miałem jedną z największych różnic między brutto a netto, 33 sekundy tym razem. Może kiedyś trzeba by zacząć startować nie z ogona? Chociaż, start strefowy w Poznaniu ni razu mi nie podpasował...
Koło 13:30 zaczęliśmy się zbierać. Gdy zapowiedzieli, że dekoracja i losowanie będą po piętnastej, stwierdziliśmy, że nie ma co czekać, zwłaszcza że jeden z siostrzeńców już narzekał na nudę, marudził itp. No i ja miałem plany na 17:00.
Z Sątop wyjechałem przezadowolony. Dobry wynik, dobry bieg, świetna pogoda, świetna atmosfera, genialna trasa, wszystko fajnie. Nawet jakichkolwiek pobiegowych dolegliwości, typu odciski czy zmęczenie mięśni, brak. No, może mogłem bardziej pognać na finiszu, albo w końcu się z kimś realnie zapoznać, albo jednak zostać do dekoracji?... Teraz już nieważne. Wynik jest dobry, wspomnienia dobre – motywacja do dalszych biegów rośnie. Już za tydzień kolejny półmaraton, a w jego przeddzień 5km w Zbąszynku, oczywiście zabieram dzieci (może się uda wziąć czwórkę). Byle nie zapomnieć, że trzeba pobiec te 5km spokojnie i nie zmęczyć się zbytnio przed Pszczewem (w pamięci mając Bolewice i Szamotuły). Najważniejsze, by cieszyć się biegiem. :)
I weź tu w tak dobrym biegowym nastroju pisz tę magisterską... ;)

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
platat
09:01
cezaro71
08:54
Wojciech
08:36
jaro109
08:14
Leno
07:57
bobparis
07:34
42.195
07:02
stanlej
03:48
Lektor443
03:40
plomyk20
02:21
Andrea
00:07
Yazomb
23:36
radosc
23:19
rogul
23:00
stawmar
22:39
jacek50
22:26
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |