2014-04-07
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Za głupotę płacić trzeba! (czytano: 376 razy)

Poznań Półmaraton za nami. Piękna pogoda, świetni kibice, nienudna trasa (bez pętli!), świetna, sympatyczna atmosfera, sporo znanych twarzy (jakkolwiek wciąż obcych ludzi). Same pozytywy!
Zabrakło jednego. Rozumu... I nawet nie wiem dokładnie, dlaczego, ale chyba przez ambicję.
Po przeziębieniu wdrożyłem innowacyjny (jak na mnie) plan powrotu do formy, który, jak się później okazało, był skuteczny. Stanąłem na starcie pełen wiary w to, że się uda, choć i z obawą, że jednak choroba pozostawi po sobie jakiś niemile widziany ślad, przez który nie dam rady. Myślałem o czasie 1:50-1:55, podstawowym celem było dobiegnięcie do mety.
Start o 10:00, piękne, startowe "Chariots of Fire", tysiące biegaczy – i lecimy. Wszystko szło fajnie, może poza tym, że było ciasno, więc (mimo ustawienia się w swojej strefie) tempo dalekie od założonego: pierwszy kilometr w sześć minut, drugi ledwo 20 sekund szybciej, trzeci, czwarty i piąty też niewiele lepiej, na poziomie 5.20. Koło punktu 1km minęły mnie nawet baloniki 1:55 i szybko uciekły na jakieś 50-100 metrów, no ale cóż, jeśli się uda, dogonię – tak myślałem.
Dopiero od szóstego kilometra dobiłem na swoje zaplanowane tempo: okolice 5.05-5.10. I szło dobrze. Dogoniłem i przegoniłem zajęcy na 1:55, samopoczucie świetne, żadnych problemów ze strony brzucha, stóp, nóg, cudni kibice, pogoda piękna, słońce.
No właśnie – słońce... Trochę grzało. A gdy grzeje, to jest ciepło; gdy jest ciepło, człowiek się poci; gdy się poci, ubywa więcej wody itp.; gdy tego wszystkiego mniej, trzeba więcej pić; a jeśli człowiek nie wypije, to się odwadnia.
Nie wiem, kiedy i skąd wziął się w mej głowie pomysł, by przebiec cały dystans bez picia. Ale nie dość, że się zrodził, to jeszcze się przebił do świadomości i ją przekonał do realizacji. Gdzie był wtedy mój zdrowy rozsądek, nie wiem, chyba obmyślał, jakie muszę mieć tempo, by dojść baloniki na 1:50 (przy kontynuacji dotychczasowego tempa było to wciąż całkiem możliwe)... Zatem przebiegłem punkt odżywiania na dziesiątym kilometrze, gdzie standardowo powinienem był się napić, przebiegłem punkt na kilometrze piętnastym, gdzie już – jak wiem post factum – był ostatni dzwonek na uzupełnienie płynów. Ale do wtedy wszystko było fajnie. Dopiero od około szesnastego kilometra zauważyłem spadanie tempa i bardzo szybkie pogarszanie się ogólnego samopoczucia. Było strasznie sucho, gorąco... Po minięciu znacznika 19km kilka razy walczyłem z chęcią przejścia w marsz, pierwsze pokusy odrzuciłem, ale w końcu się poddałem. Nogi jakieś dziwne, w głowie też jakoś śmiesznie, jednak iść się dało. Po chwili dotarłem do punktu odżywiania, chwyciłem pierwszy kubek z wodą i szybko wypiłem, mimo iż z wodą mineralizowaną, której na co dzień nie tknę. Potem dorzuciłem dwa kubki z izotonikiem i szedłem dalej. Powoli wracałem do znośnego stanu, w końcu, jeszcze przed 20km, wznowiłem bieg. Do mety już dobiegłem bez przerw, ale w tempie średnio ładnym. Udało się zafiniszować na tyle, by się zmieścić w 1:55, dokładnie z czasem 1:54.57, krótko przed zającami. Na mecie wypiłem kilka kubków izotoników, wody, wszystkiego, co się dało, łącznie chyba z 1,5 litra. I, co ciekawe, do wieczora mnie nie gnało do ubikacji, z czego wnioskuję, że naprawdę na trasie poważnie zawaliłem nawadnianie.
Po odebraniu rzeczy z depozytu siadłem na trawie gdzieś na boku, zdrzemnąłem się parę minut, później poszedłem po makaron – i powrót na stancję. Z jednej strony zadowolony, że dotarłem do mety i przebiegłem niemal cały dystans, z drugiej niezadowolony, że zabrakło tych dwóch kilometrów do mety. To, że się odwodniłem, docierało do mnie powoli, z początku myślałem, że to wina tego przeziębienia i przerwy w biegach. Może wszystko po trochu się na to złożyło. Gdyby nie ten błąd z piciem, pewnie przebiegłbym całość w ok. 1:50. Cóż, mam kolejną lekcję za sobą, już trzecią dotyczącą półmaratonu. Tak to jest, gdy się jest samoukiem z natury (i z musu też, w tym przypadku) i się dużo skuteczniej uczy się na własnych błędach...
Mam nadzieję, że za trzy tygodnie, w Sątopach, nie popełnię żadnego głupiego błędu, że zdrowie pozwoli na właściwe przygotowanie, że pogoda znów dopisze, i że będzie się dobrze biegło, zwłaszcza że tłumy się nie zapowiadają, a trasa ma być naturalna, leśno-wiejska. Ale najpierw HARPAGAN, tam start towarzyski, na pewno będzie sympatycznie, i zaraz po nim krótki wyjazd naukowo-towarzyski do Wiednia. Kwiecień ogólnie zapowiada się miło. Szkoda tylko, że trzeba tracić czas na pisanie magisterskiej... ;)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Honda (2014-04-07,23:41): Mogliśmy się zamienić rolami - ja zwykle nie piję wcale i mogłam nie pić, tak jak Ty. A Ty mogłeś pić, tak jak ja, co u mnie było błędem. Co organizm to inne zapotrzebowanie :) Ale czas i tak miałeś świetny. Do zobaczenia w Sątopach! :) insetto (2014-04-08,00:43): Cóż, Honda, mamy oboje nauczkę na przyszłość. Ja generalnie mam ten problem, że mam zawyżone czucie temperatury zewnętrznej - zimą to plus, latem przekleństwo, zwłaszcza na biegach... Co do wczoraj: z czasów, o których piszesz u siebie, wnioskuję, że atakowałaś 1:50 - tak? Na 10. km byłaś na pewno przede mną, ale nie kojarzę, bym Cię później mijał na trasie... Tak czy siak, patrząc na Twe postępy, można przypuszczać, że niedługo to ja Tobie będę mógł zazdrościć dobrych czasów. :)
Sì - do zobaczenia w Sątopach! paulo (2014-04-08,08:34): Marku, pięknie walczyłeś z samym sobą. Po Twiom i Honoraty blogu zrozumiałem, że każdy lub prawie każdy ma lub będzie miał coś z czym będzie się zmagał na trasie. Jest to chyba wpisane w nasze bieganie. Trzeba tylko z tym się pogodzić i walczyć najlepiej jak potrafimy. I to właśnie pokazałeś. I to jest najpiękniejsze. insetto (2014-04-09,09:15): ania73 - można, ale we wszystkich warunkach. Na treningach i długie wybiegania robię zwykle bez wody. Ale w niedzielę mój organizm, by być kompatybilnym z warunkami, potrzebował chyba jednak więcej wody, i ja to zaniedbałem - cóż, bywa... Pozdrawiam! :) insetto (2014-04-09,09:19): paulo - tak, biegi to też walka z samym sobą. Ale mam nadzieję, że ryzyko takiej walki (jak Twoja, Hondy czy moja z niedzieli) można zminimalizować, by móc cieszyć się bieganiem i walką z czasem jak najczęściej. Pozdrawiam! :)
|