2013-02-19
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| trening maratoński dla debiutanta (czytano: 280 razy)

Z początkiem listopada 2011r. rozpocząłem mozolne przygotowania pod swój maratoński debiut. Na start wybrałem sobie kwietniową Łódź za dokładnie 5,5 miesiąca - szmat czasu by solidnie popracować. Przede wszystkim musiałem zacząć od podniesienia kilometrażu. Żeby nie było to znaczącym szokiem dla organizmu początkowo kilka razy w tygodniu wychodziłem potruchtać jeszcze przed pracą (5:30 rano) + główny trening już po południu/wieczorem. Miał być Daniels, ale znowu biegałem po swojemu. Pierwsze 2 tygodnie samych rozbiegań kończyłem niedzielnymi startami (chyba nie podręcznikowo :P). W kolejnym tygodniu zadebiutowałem z podbiegami, nigdy dotychczas tego nie praktykowałem w swoim treningu. Listopad ukończyłem z przebiegiem 360km, co wydawało mi się wówczas kosmiczną wielkością (do tej pory max wyniósł 250..). Na początku grudnia rozpoczęły się w Łodzi zajęcia przygotowawcze do łódzkiego maratonu. Zaciekawiony wybrałem się na jedne z nich, gdzie poznałem prowadzącego grupę Jacka Chmiela - mojego późniejszego jak się później okazało trenera. Cały grudzień biegałem mocno chaotycznie - za szybkie i za krótkie II zakresy, BNP (w grudniu!), interwały, ale generalnie połykałem dużo kilometrów i miesiąc zakończyłem z kolejnym rekordem 390km. W wieńczącym rok Biegu Sylwestrowym na niecałe 10km udało mi się złamać 36minut w śnieżnych warunkach - taki optymistyczny prognostyk. Rok zamknąłem z ponad 2800km.
Bieg Chomiczówki - styczeń 2012
Pierwszy poważny test przed maratonem. Miał mi pokazać gdzie się znajduję z formą. Zakładanych 55minut nie udało mi się rozmienić, jednak 55:45 wziąłem mimo wszystko za dobrą monetę. Od jednego znajomego usłyszałem, że wynik z Chomiczówki pomnożony trzykrotnie daje orientacyjny wynik w wiosennym maratonie (oczywiście przy właściwym przygotowaniu wytrzymałościowym). Mi by to dawało 2:47:15 :)
Na przełomie stycznia i lutego wybrałem się na 5dni na Pogórze Rożnowskie k/Tarnowa na taki mini-obozik biegowy ze znajomymi Szakalami. Wyszło tego dobrego 120km samych powolnych wybiegań po terenie mocno pofałdowanym. To były te rekordowe mrozy po -25stC, a śniegu było momentami po pas:)
W połowie lutego odkryłem uroki treningu na ogólnodostępnej w Łodzi hali z bieżnią 200m. Dokładnie 23.02 rozpocząłem współpracę z Jackiem Chmielem. Poprosiłem go o pomoc w rozsądnym przygotowaniu pod maraton, bo sam miałem coraz większe obawy, a w akcie desperacji niemal sięgałem już po Greiffowe BPS. Czasu mieliśmy niespełna 2 m-ce, ale coś tam w końcu biegałem od listopada... W lutym pierwszy raz przekroczyłem 400km (dokładnie 426).
W kolejnych tygodniach poznawałem czym jest szybkość względna, jak można różnicować treningi w ramach II zakresu, zrobiłem kilka tempówek w końcu na rozsądnych prędkościach, które nie były "energią wyrzucaną w kosmos".
Będąc w naprawdę mocnym treningu wybrałem się któregoś lutowego dnia do Centrum Krwiodawstwa, do którego w miarę regularnie uczęszczałem od kilku ładnych lat (mam już oddane koło 15 litrów). Nie zdawałem sobie sprawy, jak kluczowy mógł to być moment w żmudnych przygotowaniach pod maraton. Tym razem nie pozostałem obojętny na upuszczenie 2 szklanek krwi, a odbiło się to zaraz na spadku wydolności i podniesieniu tętna. Jak mi dopiero Jacek wytłumaczył, erytrocyty odbudowują się owszem prędko, ale przez pierwsze kilka tygodni są upośledzone i muszą dojrzeć do pełnowartościowej formy. Podratowałem się wówczas mocnym żelazem w tabletkach - Sorbiferem.
W marcu miałem przetrzeć się w przełajowym GP. Byłem co prawda lekko przeziębiony, ale wynik 18:42 był dla mnie szokiem. Byłem strasznie zamulony i ewidentnie brakowało mi szybkości. Na domiar złego po tych zawodach nabawiłem się zapalenia oskrzeli, a po tygodniu planowałem ostateczny test w półmaratonie. Będąc na zwolnieniu lekarskim z przepisanymi antybiotykami (których oczywiście nie brałem) podjąłem średnio rozsądną decyzję by jednak pojechać do Krakowa.
Półmaraton Marzanny
Ustaliliśmy z trenerem że polecę po 3:45 (on nie wiedział o oskrzelach). Pierwszą dychę udało mi się trzymać założeń czasowych, ale dopadła mnie niestety kolka. Trasa biegu wiodła m.in. wiślanym bulwarem, a wiało tego dnia niemiłosiernie. W momencie kiedy po kilku kilometrach przeszły dolegliwości i zachciałem nadrabiać straty wyprułem się całkowicie z resztek mocy w samotnej walce z wiatrem. Czas na mecie 1:22:35, gorszy od życiówki z krosowej połówki sprzed pół roku. Co tu robić, przecież za miesiąc maraton - jest tragedia...
Podnieśliśmy jeszcze nieco kilometraż, zwiększyliśmy objętość BC2, a kluczowe chyba okazały się treningi tempowe - 3 i 4kilometrówki. Na tydzień przed maratonem (w Wielkanoc) poleciałem 20km OWB1/2 na wypłukanie glikogenu i od poniedziałku zacząłem 3dniową dietę bez węglowodanów (stara szkoła, już teraz wiem że nie jest to gra warta świeczki, a tego typu metody są szkodliwe dla organizmu). Ciężkie to były dni, zwłaszcza wtorkowe BC2. W tygodniu startowym nie luzowałem jakoś specjalnie, do czwartku zrobiłem >50km, piątek był wolny i w sobotę wyszedłem na delikatny rozruch.
---
foto: Bieg Chomiczówki, na zdjęciu z Dominiką Stawczyk i Piotrem Szrajnerem :)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |