Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA   GALERIA   PRZYJAC. [18]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
maurice
Pamiętnik internetowy
Małymi krokami do wymarzonego 2.30

Maurycy Oleksiewicz
Urodzony: 1982-03-03
Miejsce zamieszkania: Łódź
5 / 48


2013-02-19

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
lipiec - październik 2011 r. (czytano: 315 razy)

 

Dwutygodniowy urlop w lipcu spędziłem na magicznej Islandii. Naiwny zabrałem ze sobą ciuchy do biegania, ale skończyło się na dwóch leniwych porannych joggingach. Może na usprawiedliwienie dodam fakt noclegów pod namiotami i codziennego przemieszczania się po wyspie ognia i lodu.
Po wczasach zdecydowałem się sprawdzić aktualną formę w Biegu Powstania Warszawskiego (37:10) - nie było tragedii...

Jednakże brak progresu od wiosny zmusił mnie do zmiany metod treningowych i w sierpień wszedłem z ambitnym planem Skarżyńskiego na 35minut. Diametralną zmianą było odejście od TEMPO RUN na rzecz polskiego BC2 oraz nieszczęśliwa dla mnie w skutkach siła biegowa. Wieloskokami załatwiłem sobie okostną i czekała mnie kilkudniowa przerwa od biegania. Zbiegło się to z wyjazdem w Bieszczady, także noga nie miała szans na pełny odpoczynek, ale po tygodniu niebiegania jej stan mocno się poprawił.

Bieg Fabrykanta i wreszcie życiówka
We wrześniu pobiegłem w nowej łódzkiej dyszce. Nie ma tam atestu, ale trasa jest uczciwie wymierzona. Planowo chciałem złamać 36minut (plan Skarżyńskiego został mocno zweryfikowany po przygodzie z okostną). Zacząłem w 3:25, a na półmetku miałem 17:32, zatem szedłem na wynik aż o minutę mocniejszy :) Ach ta ułańska fantazja. Na drugiej pętelce było już ostre rzeźbienie, ale udało się minąć metę w czasie 36:05.

Nazajutrz zdecydowałem się na .. kolejny start. Wybrałem się rano do Jedlicz, tam gdzie przed rokiem debiutowałem w zawodach. Wczorajszy (popołudniowy) start mocno mnie sponiewierał i przy braku szans na skuteczną regenerację nie było to za rozsądne. Walczyłem wtedy o 5. miejsce w GP Arturówka, dlatego postawiłem wszystko na jedną szalę - drugi km miałem w 3:16 i już było pozamiatane :) W trakcie biegu na domiar złego odezwała się moja stara przyjaciółka kolka. Do wyniku aż wstyd się przyznawać - 45:13 na dystansie nieoczekiwanie powiększonym do 11,3km [3:58/km].

Po Jedliczach postanowiłem już jak będzie wyglądała moja zima i zamarzył mi się spektakularny debiut w maratonie i powrót do amerykańskiej szkoły Jacka Danielsa. Początek orki ustaliłem sobie na listopad, a w październiku chciałem jeszcze ukończyć kilka ciekawych krótszych biegów.

Bieg do Gorących Źródeł w Uniejowie
Pierwszy raz spotkałem się z pejsmejkerami na 10k. Nie omieszkałem nie spróbować zabrać się z grupą na 35minut. Może gdyby tempo nie było rwane wyglądałoby to inaczej. Niestety biegliśmy 3:15-3:35 i nie ufając swojemu footpodowi naginałem taki przyczajony w końcówce grupy... Na 5km poczułem niemoc i odłączyłem się od grupy mając w planie utrzymywać z nią bliski kontakt wzrokowy. A od 6,5km dopadła mnie moja dawna znajoma kolka i zapragnęła towarzyszyć mi do 9km. W międzyczasie urządziliśmy sobie półminutowy pitstop, na którym miałem nadzieję ją zostawić, ale franca ruszyła za mną dalej. Tempo spadło do 4`. Byłem strasznie rozgoryczony i wściekły. Tyle wyrzeczeń, potu na treningach, zdrowa dieta, magnez, dużo snu... Nawet śniadanie zjadłem wczoraj aż 5h przed biegiem (może więc energii zabrakło?) I tak dotruchtałbym pewnie sobie spokojnie do mety, ale dogonił mnie tuż przed metą Szakal Maciej i musiałem jednak włączyć turbo na 200 końcowych metrów. Wyszło jak wyszło. Miejsce 33 - o 50 wyżej niż przed rokiem... Tylko że czas (37:19) daleki od oczekiwanego. Boli mnie jeszcze dodatkowo fakt kolejnej życiówki Szakala Andrzeja. Chłop ma 36lat, biegamy obydwaj mniej więcej od półtora roku, do lata byłem mocniejszy od niego, a tu straciłem do niego aż 2 minuty. Tak, jestem zawistny. Nie umiem się pogodzić z tym, że on może a ja nie..

Półmaraton Szakala
Zapomniałem zegarka i nie miałem absolutnie żadnej kontroli nad czasem. Trasa bardzo malownicza, cieszę się że nie odpuściłem tego startu. Wczoraj dane mi było znakować środkowy odcinek i obudził się we mnie szakal. Nasze łódzkie Łagiewniki jesienią są przecudowne. Dziś jeszcze wyszło piękne słońce i było bajkowo. Na linii startu stanęło ponad 250osób. Punktualnie o 12 ruszyły kobiety i my 5minut później. Nie wiem czy to dobre rozwiązanie, bo w efekcie czołówka panów musiała wymijać powolniejsze panie na newralgicznym 2kilometrze, gdzie biegło się po wąskiej grobli. A początek z kolei biegł szeroką ulicą dojazdową do lasu... Trasa nieskromnie pisząc była perfekcyjnie oznakowana. Bardzo dużo kolorowych wstążek na drzewach, tablice kilometrowe i 2 wodopoje na 7 i 14km, gdzie woda podawana była .. uwaga - w buteleczkach !!! Genialne posunięcie. Nareszcie mogłem się napić na trasie :) Za pierwszym wodopojem wbiegliśmy na najtrudniejszy odcinek. Momentami należało przejść do marszu, bądź conajmniej znacznie zredukować prędkość. Pierwsze zakwasy poczułem na zbiegu z Kamieniołomu (16km), dlatego bałem się przyspieszyć i gonić gościa przede mną. Widziałem jego plecy od 12km w odległości kilkudziesięciu metrów przede mną. Momentami dochodziłem go na 15metrów, ale zaraz mi znowu uciekał. Już nad stawami obydwaj wyprzedziliśmy jednego słaniającego się na nogach gościa i na mecie straciłem do mojego zająca 5sekund. Nie byłem w stanie wykrzesać z siebie więcej energii, choć jego przewaga na ostatnim kilometrze bardzo stopniała. Wpadłem na metę z uniesionymi rękoma z czasem 1:22:04 co jest wynikiem lepszym o ponad 1,5minuty od życiówki z trasy po płaskim. Spokojnie 80minut na ulicy by dzisiaj pękło.
Zająłem 5.miejsce w klasyfikacji generalnej, 1.miejsce wśród Bałuciarzy i 1.miejsce drużynowo z Szakalami.
Zawody obowiązkowo wpisuję w terminarz startów w kolejnym sezonie! Gorąco zapraszam na super biegową imprezę!

Bieg Warciański w Kole
Do Koła pojechaliśmy we czworo. Sporo suszarek na drodze, wiec w biurze zawodów pojawiliśmy się 10minut przed odjazdem autokarów na start 10km dalej od Koła ... Na wariata wybraliśmy z plecaków co potrzebne i siup na podwózkę. Było pieruńsko zimno, a do startu całe 45minut.. Dziwna zagrywka organizatora, ale niestety nie ostatnia. Po rozgrzewce zdecydowałem się jednak na start w spodenkach, ale na górze cienka bluzka z długim rękawem + szakalowy podkoszulek, czapka z daszkiem i rękawiczki.
Footpod niestety został w samochodzie, więc zdany byłem na kilometrowe oznakowania Organizatora, które jak się później okazało nie były do końca precyzyjne, a dziewiątej (być może najważniejszej) chyba w ogóle brakowało. Piątkę minąłem w czasie 17:33 i biegło mi się naprawdę super. Ale grupka z którą się zabrałem jakoś zaczęła się oddalać ode mnie i nie wiem czy oni przyspieszyli, czy ja zwolniłem. Na 8. km jeszcze wszystko było zgodnie z planem - 28:19, co dawało nadzieję na czas 35:30. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale na tych dwóch ostatnich kilometrach kilkukrotnie przecierałem oczy ze zdumienia, jak to możliwe żeby na Biegu Międzynarodowym uczestnik nie wiedział którędy ma biec. Niestety grupa na 35 uciekła mi za daleko i byłem zdany sam na siebie. Gdzieś na 0,7-0,8km przed metą zwątpiłem czy na pewno jestem jeszcze na trasie. Na 400m przed metą nogi wymiękły mi całkowicie - lepiej czułem się kończąc HM przed tygodniem. W końcu dojrzałem metę i zegar z czasem ... wystartowanym prawie minutę przed początkiem biegu. Ukończyłem w czasie 36:14. Planu nie zrealizowałem, ba - nie poprawiłem nawet życiówki, bo zabrakło do niej 9sekund. To boli, ale jednak mniej niż bezsilność w przypadku kolki, która złapała mnie 2tygodnie temu w Uniejowie.
Turbo na 100m przed metą zaowocowało naciągnięciem górnego achillesa i wyglądało to bardzo kiepsko na początku. Wracając do Łodzi zahaczyliśmy o termy w Uniejowie, zasłużyliśmy sobie na trochę luksusu. Na czwórkę Szakali, troje wyłapało nowe życiówki.

Czas na małe podsumowanie sezonu. Najszczęśliwszy byłem oczywiście na Maniackiej w marcu, życiówka o 3,5minuty na dystansie 10km nie trafia się za często i na pewno już nigdy takiej nie doświadczę. Od marca poprawiłem się jeszcze o pół minuty, ale muszę uczciwie przyznać, że nie realizowałem żadnego konkretnego planu, a moja wiedza w tym zakresie jest umówmy się mizerna. Czuję się zmęczony dychami. Lepiej biega mi się dłuższe dystanse, co dziwi zwłaszcza przy niezłej szybkości jaka we mnie drzemie. Dość powiedzieć, że potrafiłem na sesji interwałowej ostatnią czterysetkę (przy wcześniejszych po 1:20) przebiec w 1:02. To chyba naleciałości mojej krótkiej kariery klubowej w czasach szczeniaka.
Przede mną kilka dni absolutnego luzu. Chwila oddechu i zaczynam orkę pod wiosenny debiut w maratonie. Cel - 2:48. Umówmy się, że cel będzie ewaluował z kolejnymi tygodniami. Na dzisiaj wynik wydaje mi się możliwy i osiągalny. Chcę podnieść kilometraż do 80-100, dodać siłę biegową w postaci podbiegów, a moim guru przez najbliższe pół roku będzie dla mnie Jack Daniels.

---
foto: finisz Biegu Fabrykanta

Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu







 Ostatnio zalogowani
miras
22:02
piotrek53
22:00
Andrzej_777
21:51
Januszz
21:49
Waldek
21:47
saul
21:41
StaryCop
21:34
Biela
21:14
kolor70
21:13
JolaPe
20:56
Wojciech
20:55
jaro109
20:55
szymon_p
20:53
Andrea
20:45
rotka
20:18
seba1
20:11
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |