2012-09-08
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Mój pierwszy zagramaniczny maraton. (czytano: 667 razy)

13. Fränkische Schweiz Marathon 2012.
W tym roku postanowiłem przebiec tylko dwa maratony. Jeden wiosną, a drugi jesienią. Chciałem sprawdzić, czy mała ilość maratonów przełoży się na ich jakość. Trudno mi coś powiedzieć i wyciągać jakieś wnioski. Wiosną była życiówka, a teraz w Niemczech już nie wyszło.
Teraz wiem, że nie dotrzymam danego sobie słowa, bo zamierzam jeszcze pobiec 13. Poznań Maraton.
Dziwnym zbiegiem okoliczności zarówno niemiecki, jak i poznański maraton ma w nazwie trzynastkę, podobnie jak moja data urodzenia, więc może jest jeszcze jakaś nadzieja na poprawienie życiowego wyniku? Taka magia liczb?
Żeby pobiec ten maraton należało przemierzyć 600km autem. W małym miasteczku o nazwie Ebermannstadt znajdowało się biuro zawodów. Okoliczne miasteczka i wsie w tym samym czasie obchodziły jakiś niemieckie święto, chyba odpowiednik naszych dożynek i wszystkie możliwe noclegi były już zajęte. Niemieckie hotele były dla nas trochę zbyt drogie. Rozbiliśmy się więc na campingu ogromnym dwupokojowym namiotem. W nocy temperatura spadła dość znacznie i wzrosła wilgotność. Nad ranem trudno było mi wyjść z namiotu, zwłaszcza, że jeszcze było ciemno, wszędzie była rosa i lodowate górskie powietrze. Jest to rejon skałkowo - wspinaczkowy, zwany po niemiecku Frankońską Szwajcarią. Do Szwajcarii jest stąd co prawda aż 400km, ale okoliczny krajobraz, jak i zabudowa do złudzenia przypomina Szwajcarię.
Skałki, górskie potoki, choinki, zamki, kościoły i domki na stromych skałach i zboczach. Wszystko to zrobiło na mnie niesamowite wrażenie. Po prostu ładne miejsce.
Nad ranem trzeba było zjeść śniadanie maratończyka, zwinąć namiot i manele i udać się do miasteczka, gdzie znajdowała się meta. Stąd autokarami, które jeździły dosłownie jeden za drugim udaliśmy się na miejsce startu do Forchheim. Tam właśnie znajdował się start. Trasa maratonu wyglądała tak, że najniższym miejscem trasy był właśnie start w Forchheim. Potem przez 16km pod leciuteńką górkę docierało się do Ebermannstadt i tu była meta biegu na 16km, który odbywał się jednocześnie z maratonem, sztafetą maratońską, biegiem rolkarzy i niepełnosprawnych wózkarzy. Potem trasa nadal się unosiła pod górkę i tak do 29km, gdzie w miejscowości Sachsennuhle-Wende nastepował nawrót i dalej przez 13km tą sama trasa biegło się z powrotem do Ebermannstadt do mety.
Czyli w sumie: za karę 29km ciągłego podbiegu, a w nagrodę 13 km zbiegu :-) I gdzie tu sprawiedliwość? :-)
Przez pierwsze 15km biegliśmy nie dość, że pod górkę, to jeszcze pod wiatr. Nie był to mocny wiatr, ale trochę sił wybrał. Potem wbiegliśmy do kotliny i wiatr się uspokoił. Na początku kilometry bardzo się zgadzały ze wskazaniem Garmina (wręcz idealnie), ale po kilkunastu już się jakoś wydłużyły.
Bieganie w Niemczech to bajka. Idealnie równy asfalt, brak kolein i dziur. Szeroka trasa całkowicie zagrodzona dla ruchu wszelkich pojazdów. Dużo punktów odżywczych. Do 16-go kilometra co 5km, a potem co 2,5km. Na 29 kilometrze był nawrót. Informacje o nawrocie zaczęły się już na 28 kilometrze i co 100 metrów była tabliczka: 1000m do nawrotu, 900m do nawrotu itd…
Tak samo przed metą. 41km, 1000m do mety, 900m do mety itd…
Bardzo mi się to podobało.
Kibice byli dobrze zorganizowani. W jednej wsi tuż przy trasie zobaczyłem długi stół bogato zastawiony kuflami z piwem i przez chwilę pomyślałem, że tutaj zamiast izotoników dają piwo! Jednak to był stół dobrze zaopatrzonych kibiców :-)
W innym miejscu tańczyły „niemieckie” czarnoskóre Brazylijki w rytmie samby rodem z Rio de Janeiro, w rytmach wystukiwanym przez zespół okolicznych bębniarzy.
Gdzie indziej na drodze jakiś młodzieżowy zespół gimnastyczek chwalił się nowymi układami.
Działo się.
Od 30 km powoli zacząłem wysiadać. Od ciągłego zbiegania nogi zaczęły mi odmawiać posłuszeństwa. Zrobiły się kołkowate i ociężałe. Bolące. Powoli wzmagał się potworny ból łydek, ud, pośladków a przede wszystkim obu achillesów oraz prawej kostki. Ogólnie mógłbym utrzymać to tempo do końca a nawet lekko przyśpieszyć, ale nogi! Ostatnie 1500m do mety pobiegłem najszybciej z całego maratonu, ale gdy stanąłem na mecie nie byłem w stanie iść. Powoli człapałem pod prysznic i nie było już mowy o żadnym truchtaniu, czy nawet szybkim marszu. Po prostu wysiały mi nogi. Czułem się tak, jakby to był mój pierwszy maraton.
Nie udało mi się nabiegać nowej życiówki. Czegoś zabrakło. Jednak pocieszam się tym, że z czasem 2:57:17 zająłem 2 miejsce w kategorii M40 i 11-te w open.
Jeszcze nigdy w maratonie takiego miejsca nie miałem, a to był mój 22-gi maraton.
Teraz odpoczywam i tyję ha ha :-)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora jacdzi (2012-09-08,09:25): Ach ta niemiecka organizacja i niemiecki porzadek... Pomarzyc tylko mozemy. Zeby jeszcze Niemki byly choc troche ladniejsze ;-))) dario_7 (2012-09-08,09:43): Gratulacje MOCARZU!!!... Powodzenia w Poznaniu! :)) snipster (2012-09-08,12:27): Gratki Zbig, dobry czas jak na 3/4 trasy pod górkę skoro w okolicach życiówki ;) zbig (2012-09-08,13:18): To było niewielkie przewyższenie zaledwie 100m na odległości 29km. Wydaje się, że to nic, a jednak odczuwalne :-)
|