2012-05-03
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| 4 Silesia Marathon - czyli miłe złego początki (czytano: 391 razy)

O tegorocznym Silesia Marathonie będę chciał zapewne jak najszybciej zapomnieć. Więc, zanim to zrobię, szybko coś napiszę.
A dlaczego chcę zapomnieć? Cóż, wydaje mi się, że byłem w tym roku do Silesii (czyli w ogóle do maratonu, bo innych nie biegałem) przygotowany najlepiej w życiu, a wynik zrobiłem... najgorszy.
Jak do tego doszło? Najpierw miało być łamanie czwórki. Potem, parę dni temu, gdy widziałem, jaka pogoda się zapowiada, postanowiłem spuścić z tonu i pobiec wolniej. Jeszcze przed samym startem parę osób mnie namawiało, żebym nie rezygnował, ale na szczęście nie uległem. I zacząłem spokojnie (tak mi się przynajmniej wydawało) – w tempie po ok. 6:00 min/km, czyli mniej więcej na 4:15 na mecie. Po paru kilometrach nawet zacząłem instynktownie przyspieszać. Nawet nie patrzyłem na zegarek, tylko biegłem sobie tak, żeby się dobrze czuć. I tak się czułem. Podbieg przed Nikiszem wydał mi się małą zmarszczką na trasie i pierwszy raz w życiu nie zrobił na mnie żadnego wrażenia (to pewnie dlatego, że zwykle jest na ok 30 km, a teraz był przed 10). Na Nikiszowcu zaczęło mi nawet chodzić po głowie, że może warto jeszcze trochę przyspieszyć, aby pod koniec móc powalczyć – jeśli nie o 4 h, to przynajmniej o życiówkę, czyli poniżej 4:06:00. Wydawało mi się to zupełnie realne.
I to był ostatni fajny moment na trasie. Do Nikisza trasa prowadziła niemal cały czas w cieniu – najpierw uliczkami Katowic, potem przez park na Muchowcu. Słońce też nie było całkiem wysoko. Gdy jednak za Nikiszowcem wybiegłem na puste, rozgrzane ulice, poczułem, że jest baaardzo ciepło. Tempo jeszcze jakoś trzymałem, ale było coraz trudniej. Tętno zaczęło też niepokojąco rosnąć. Gdy dobiegałem do półmetka pod Spodkiem, po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że mogę nie dać rady. Że może lepiej zrezygnować już teraz i podjechać sobie spokojnie tramwajem do mety.
Jakoś tę słabość jednak zwalczyłem i zacząłem wspinać się do góry Al. Korfantego. Do pętli Słonecznej jeszcze w miarę szło, ale tętno zaczęło już osiągać wartości takie, jakie mam w czasie zawodów na 10 km, gdy biegnę w tempie po 4:50 min/km (a tu było już ponad 6:30). Wtedy po raz pierwszy na chwilę przeszedłem do marszu. Po chwili się zebrałem, ale po kilkuset metrach znowu. No, nie byłem w stanie biec. Zacząłem przeplatać bieg z marszem. Gdy było trochę z górki, albo kawałek cienia – ruszałem truchtem. A gdy tętno osiągało ponad 160 bpm zwalniałem. I tak to już wyglądało do końca – z tym, że odcinki biegu stawały się coraz krótsze, a marszu dłuższe. Na jednym z punktów żywieniowych wziąłem sobie butelkę z wodą i trzymałem cały czas ze sobą, pociągając po parę łyków. Izotoniku nie byłem w stanie, bo mi się za bardzo rzygać chciało. Z tego samego powodu musiałem wyrzucić jedną trzecią ulubionego batonika.
Przy wejściu do parku miałem po raz drugi myśl, żeby już dać sobie spokój. Ale wtedy na spotkanie wyszła mi Maja i jakoś zmobilizowała do walki. To przecież jeszcze tylko 5 km – tyle co przeciętny spacer z psem. Przecież dam radę – choćby tylko marszem. Wyliczyłem sobie, że jeśli utrzymam tempo (ha, ha...) z ostatnich kilometrów, to powinienem dowlec sie do mety w około 5 h. No i tak się stało. Na ostatnich metrach nawet nie chciało mi się walczyć o tę piątkę, choć gdybym się sprężył, to pewnie dałbym radę. A tak wyszło 5:00:44. Najgorszy wynik w życiu, prawie godzinę gorzej, niż rok temu.
Jakie wnioski? Cóż, nie raz już pisałem, że moje wyniki zależą przede wszystkim od pogody. Choć słońce i ciepło ogólnie bardzo lubię, to jednak nie w czasie biegu. Zupełnie jestem nieodporny na upał na trasie. Wszystkie swoje życiówki zrobiłem, gdy temperatura była poniżej 10 stopni, czasem nawet bliżej zera. Nie wiem, czy da się to jakoś wytrenować. W czasie wakacji popróbuję porobić trochę długich wybiegań w upale, ale nie wiem, czy przyniesie to jakiś efekt. Chyba po prostu muszę się pogodzić z tym, że gdy jest gorąco, to mogę sobie pobiegać tylko bardzo rekreacyjnie, a o życiówkach lepiej zapomnieć.
Jedno, z czego jestem zadowolony po dzisiejszym biegu, to to, że nie zrobiłem sobie krzywdy. Nie próbowałem kopać się z koniem i odpuściłem, gdy czułem, że to nie ma sensu. Dzięki temu jakoś nie zraziłem się do maratonu. Dalej chcę powalczyć o 4 h. Tylko teraz już jestem pewien , że oprócz przygotowania, muszę trafić na odpowiednie warunki. Chyba już nawet wiem, kiedy podejmę próbę łamania czwórki. Podczas ostatniego biegu na Muchowcu z cyklu „Korona Ziemi” – 20 października. Żałuję, że nie będzie już żadnego takiego biegu w listopadzie, ale pod koniec października pogoda też już powinna być w miarę ok.
A teraz czas na piwko. RadziuR, z którym miałem przyjemność spędzić trochę czasu na ostatnich metrach, powiedział, że przy życiu trzymała go tylko jedna myśl – że jak dotrze do mety, to pierwsze wypije na eks, a drugim będzie się delektował. Ja musiałem z parku wrócić samochodem, ale teraz przyszedł już czas na małą nagrodę za tę mordęgę na trasie :).
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu DamianSz (2012-05-03,20:20): To nie był dzień na bicie życiówki, zresztą podobnie jak trasa. O wrażeniach napisze na swoim blogu, ale choć trochę inne to wniosek taki sam - najważniejsze, że sobie krzywdy nie zrobiłem i mogę teraz cieszyć się zimnym piwkiem ,-) creas (2012-05-03,20:24): No to zdrówko! :) Katan (2012-05-05,11:30): Ja gratuluje pokonania trasy w takiej spiekocie. Jest to pewne doświadczenie na przyszłość. Ale zdecydowanie łatwiej jest robić życiówki na wczesną wiosnę i na jesień. Przy takiej pogodzie trzeba by być przygotowanym na 3:30 aby pobiec na 4h. creas (2012-05-05,11:42): Dzięki Tomek! I również za doping i wspomaganie wodą na trasie. Pod koniec chyba nie byłem w stanie odwdzięczyć się nawet uśmiechem lub kiwnięciem ręki :). Ale doświadczenie na przyszłość faktycznie się przyda...
|