2012-04-21
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Ostatnia prosta przed startem (czytano: 211 razy)

Przygotowania do Silesia Marathonu mogę w zasadzie uznać za zakończone. Jeszcze jutro ostatni mocniejszy trening, a potem już tylko odpoczynek i regeneracja. Luźne bieganko najwyżej co drugi dzień – bez ciężkich podbiegów, szybkich kilometrówek czy długich męczących wybiegań. Zabawa biegowa, trochę przebieżek i tyle. Aby nabrać świeżości i zregenerować siły, nie złapać jakiejś kontuzji albo głupiego przeziębienia.
Czego dotąd nie zrobiłem, tego już nie nadrobię. Co mam na myśli? Oczywiście długie wybiegania. To moja pięta achillesowa. Zawsze mi tego brakowało i nic się nie zmieniło. W tym roku było nawet gorzej, bo pierwszą w tym roku „trzydziestkę” zrobiłem dopiero 23 marca. Potem jeszcze dwie – i na więcej nie było czasu... Musi wystarczyć. Te trzydziestki nie nastroiły mnie, niestety, zbyt optymistycznie. O ile do 20, czy nawet 25 kilometra biegnę bez problemów, to potem zaczynają się coraz wyższe schody. Tętno rośnie bardzo szybko i coraz trudniej utrzymywać dotychczasowe tempo. A przecież to tempo jest znacznie wolniejsze od tego, jakim chciałbym przebiec maraton. Trzy dni temu, podczas ostatniej trzydziestki, postanowiłem pod koniec przyspieszyć. Wcześniej biegłem po ok. 6:10/km, a ostatnie 6 km chciałem zrobić w zakładanym tempie maratonu, czyli po 5:40. Gdy przyszedł ten moment, wydawało mi się, że się nie da. Że za żadne skarby nie rozpędzę się do tak zawrotnej szybkości ;-) W końcu się jakoś zebrałem i przebiegłem te 6 km tak, jak chciałem, a nawet ciut szybciej, ale to już była „rzeźnia”. Skończyłem ledwie żywy. Trudno mi było sobie wyobrazić, aby wytrzymać takie tempo przez kolejne 12 km. Nie wspominając o tym, że pierwsze 24 na maratonie też będą szybsze...
Pocieszam się myślą, że na maratonie jest zawsze inaczej niż na treningu. Człowiek jest bardziej wypoczęty, biegnie się w grupie, asfalt mniej męczy niż leśne ścieżki, adrenalina dodaje sił itd. No i skoro na krótszych dystansach poprawiłem się dość wyraźnie w stosunku do zeszłego roku, to znaczy że z formą nie jest źle...
Jutro planuję ostatni mocniejszy trening. W czasie gdy wielu znajomych pobiegnie w Krakowie, ja zrobię sobie ostatni sprawdzian. Jakieś 15, a może trochę więcej, kilometrów w tempie po 5:40. Najpierw chciałem pobiec to w ramach Półmaratonu Dzika w panewnickich lasach, ale zmieniłem zdanie. Pojadę na Muchowiec i zrobię to na asfaltowych alejkach. Niech to będą warunki jak najbardziej zbliżone do tych, jakie mają być 3 maja. Chcę zobaczyć, jak się będę czuł przy takim tempie, jakie będzie tętno, jak się będą sprawować na asfalcie buty, w których chcę pobiec, a które rozbiegiwałem dotąd tylko po lesie.
Tak, chciałbym, aby jutrzejszy trening był w warunkach możliwie najbardziej podobnych do maratońskich, ale na jedno niestety nie mam wpływu... Jutro ma być bowiem całkiem przyjemna pogoda – ok. 15 stopni, chmury, możliwy deszczyk. Niemal ideał dla maratończyka. A co mówi długoterminowa prognoza na 3 maja dla Katowic? 26 stopni, „prawie bezchmurnie”, „gorąco i sucho”, „biomet niekorzystny”. No pięknie... Pocieszam się, że prognozy czasem się nie sprawdzają. Bo jeśli by miało tak być faktycznie, to z łamaniem 4 h mogę się już pożegnać. Ale o tym wolę teraz nie myśleć. Na razie trzeba robić swoje, a co będzie 3 maja... zobaczymy.
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu DamianSz (2012-04-21,21:31): Krzyś miałem to samo, a nawet gorzej, bo Ty mimo wszystko biegłes te ostatnie 12 km w zakładanym tempie a ja nie dałem rady. Też się pocieszam, że zawody wyzwalaja u mnie odatkową energię i siły. Ciężką trasę wybrałeś na łamanie 4 h ale za to satsfakcję bedziesz miał większą, bo jestem pewny, że dasz radę.
|