2011-06-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| VI Visegrad Maraton. 19.06.2011 (czytano: 715 razy)

Chciałam tylko przebiec górski maraton. Tak. Tylko. Naprawdę chciałam go tylko przebiec, ale... wybiegałam złoto!
Nie dało się inaczej. Nie było możliwości biec tylko na półgwizdka. Dlaczego? Bo ta atmosfera, ten nastrój i to towarzystwo mobilizowały każdego i wyciągnęły z nas wszystko!
Bo już start był niezły.
Koledzy z „Zadyszki Oświęcim” do mety poprowadzili nas na około: Tak Józku, ja i Olga jesteśmy ci wdzięczne :-)) za ten dodatkowy kilometr.
Ale nic. Słuchajcie. Start! Biegniemy. Wiecie co to znaczy? Ja sama przecież nie wiem. Ktoś powiedział mi, że ta trasa z miejscowości Vyżne Rużbachy do Rytra jest jedną z trudniejszych tras górskich maratonów. A ja w to nie wierzę. Biegnę i znikają kolejne kilometry. Tak lekko, zwyczajnie, normalnie...
Chociaż wczoraj...
Najpierw Grzegorz się uparł, że mi pokaże trasę. Byłam pasażerem w samochodzie Grzegarza i Beaty więc nie miałam wyjścia. Śmiali się, że jak się boję to mogę zamknąć oczy. Ale jak tu nie patrzeć, gdy co chwilę słyszę:
- O patrz tu masz pod górkę...
- Tu uważaj. Widzisz? Tu będziesz miała ciężko.
- O, a tu masz czterdziesty kilometr... A teraz najlepsze! Widzisz?
Tak widziałam! Bo co miałam robić? I już tam wtedy, w samochodzie, portki mi się trzęsły.
Wieczorem na „Pasta Party” byłam więc przezorna. Na wszelki wypadek starałam się przynajmniej pooglądać te startujące twarze. Po co? Jak to po co! Podczas biegu, oprócz pleców innych biegaczy nic więcej nie zobaczę. Ha! Żebym przynajmniej plecy widziała. Żeby i one mi nie uciekły...
Ale początek zły nie jest. Biegniemy według Grzegorza planu. Dziesiąty kilometr. Jest nieźle. Mamy zapas jednej minuty. Robimy „życiówki”. Pniemy się na górki.
Z każdym kilometrem jakoś lekko słabnę. No tak, chyba jednak wczoraj przesadziłam. Wiedziałam, że ten olimpijski basen dzisiaj się przypomni. Ale kto wczoraj słuchał rozsądku? Do wody przyjemnie się wskoczyło. A potem już łapki same tak energicznie machały. I wyraźnie wczoraj mówiliśmy, że to nie zawody, że się nie ścigamy...
Dobrze, że przynajmniej wieczorne tańce szybko się skończyły. Tak, były tańce. Jak do makaronu kapela zagrała, to nie dało się przecież spokojnie usiedzieć...
Ale dzisiaj biegnę. Skupiam się na celu. Mam mieć „życiówkę”. Jest nieźle. Czternasty kilometr. Wspinamy się na Vabec. Jaka taktyka? Mieszana. Bieg i marsz.
Nawet w ten sposób jest ciężko. Spoglądam na dłonie. Co to? Łapie mnie przerażenie. Widzę pięciopalczaste, nabrzmiałe, spuchnięte, sine poduchy. A gdzie się podziały moje dłonie?
Strategia zdobycia szczytu sprawdziła się. Z górki mijamy tych, którzy nas wyprzedzili pod górę.
Biegniemy dalej. Na półmetku czas mamy niezły, ale Grzegorz słabnie. Musi się zatrzymać, by w krzakach się „zregenerować”. Dalej biegnę sama. No niezupełnie sama, ale tłumy odbiegły.
Po 28 kilometrze zaczęły się górki. Dopiero teraz rozumiem o co chodziło z tym górskim maratonem. I już wcale nie myślę, że to takie łatwe...
Błąka mi się po głowie myśl Grażynki : „Po co mi to?” No, po co? Ale wcale długo tak nie myślę. Bo tak naprawdę się cieszę. Tak prawdziwie, szczerze, od serca. Przecież daję radę! Nawet jeśli nogi mam ze stali, nawet jeśli mroczki latają przed oczami... Biegnę!
Przed ostatnią górką dogonił mnie Grzegorz. Ulewa dodała mu siły. Gna teraz jak szalony pod górę. Biegnie po swój rekord. Rośnie między nami odległość, ale wciąż widzę tę czerwoną kropkę... Zostało mi jeszcze ostatnie kilkaset metrów. Z dala słyszę aplauz z mety gdy witają Grzegorza! Te okrzyki! Brawa! Zdenka doping! Ileż w tym energii. To dopiero było. Kto tego nie przeżył, nigdy sobie nie wyobrazi. I te ostatnie moje dziesiątki metrów, choć nie mam pojęcia w jaki sposób, to jednak dobiegłam! Nie mięśniami, siłą woli!
Aż do dekoracji nie miałam pojęcia, że jestem pierwsza w swojej kategorii. Nie wierzyłam nawet, gdy stałam na pudle. Nawet gdy mi Queen zaśpiewał...
A na zakończenie muszę coś jeszcze dodać. Muszę to napisać, bo to silniejsze ode mnie.
Organizatorzy! Kto choć raz tu pobiegł, ten mnie zrozumie i będzie wiedział o czym mówię. Tu organizatorzy nie stoją po „drugiej” stronie. Nie ma ich "tam", ale są "tu", z nami. Wspierają na trasie, dopingują, dbają o każdy szczegół, o każdego bez wyjątku...
Nie da sie tej atmosfery przenieść na papier. A przynajmniej ja nie potrafię. Ale zapewnili nam coś co jest nieuchwytne... klimat. Taki, który zabrałam do domu. Taki, którym nadal jeszcze żyję...
Teresa, nr startowy 13.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora golon (2012-04-16,21:24): Terenie widać pełen luzik jak sobie tak fajnie lecisz i uśmiech na twarzy :) super fotka ! Te_Renia (2012-04-16,21:42): To były pierwsze metry :) Później było bardziej "pod górkę" :)A fotograf wiedział gdzie się ustawić...
|