Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [14]  PRZYJAC. [43]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Te_Renia
Pamiętnik internetowy
Maratony. I nie tylko...

Teresa Dymek
Urodzony: --------
Miejsce zamieszkania: Krakow
3 / 43


2010-10-24

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
CZYSTA RADOŚĆ. (czytano: 398 razy)

 

//37. Maraton Dębno//

Naprawdę nie mam pojęcia co mnie tu przywlokło. Znów tylko dwa tygodnie odpoczynku od maratonu w Poznaniu. Rozsądek dobrze wie, że to za mało na wypoczynek. Rozsądek w imieniu nóg, głowy, płuc i serca błaga: „Litości, daj sobie choć jeszcze tydzień”. A po głowie błąka się zagubiona, nieśmiała myśl. Kilka słów usłyszanych mimochodem po poznańskim maratonie, w szatni było jak maleńkie nasionko. Padło na podatny grunt. Te parę ciepłych słów bezustannie dudni w mej głowie: „Jak chciałabyś doznać prawdziwej maratońskiej atmosfery to jedź do Dębna. Tam jest jedyny taki prawdziwie maratoński klimat. W Dębnie musi się być”.

Chociaż nie do końca przekonana, że na pewno dobrze robię, oto jestem. Dla mnie Dębno to drugi koniec Polski. Do tej pory była to szara kropka na mapie. Teraz widzę uroczą, błyszczącą ciepłymi jesiennymi barwami piękną miejscowość. Pełno tu zadbanych budynków i cudownej, w ogromnych ilościach przyrody. Spragniona jestem widoku takich pięknych drzew i lasów. Już sam taki widok mówi mi, że warto było ponieść trudy dalekiej podróży.

Życzliwość mieszkańców zaskakuje najbardziej. Nie ma tu chyba osoby, która nie słyszałaby o zbliżającym się 37 Maratonie Dębno. Każdy jest pomocny: wskazuje drogę, tłumaczy, podwiezie. Słyszę jak ktoś przez okno z pierwszego piętra tłumaczy kierowcy samochodu, który właśnie zatrzymał się na jezdni, jak dojechać do Gimnazjum, gdzie zorganizowano nocleg. Nikt nie trąbi, nie ponagla, nie denerwuje się, że są przyjezdni, że czegoś nie wiedzą, że ruch chwilowo się zatrzymał.

Maratończycy, a szczególnie Ci początkujący, tacy jak ja, mają specjalne wymagania co do jedzenia przed biegiem. Jestem w podróży od piątkowego świtu więc nie mam własnych „zapasów”, bo ugotowane w czwartek jedzenie do niedzieli zdążyłoby się zepsuć. Jestem więc miło zaskoczona, bo moje życzenia i dodatkowe prośby w jednej z tutejszych knajpek wydają się być zupełnie normalne. Nikt nawet nie mrugnie okiem gdy proszę o usługę „spoza karty menu”. Wręcz przeciwnie. Pani starannie upewnia się, czy dobrze zrozumiała i czy na pewno wie jak zrobić mój specyfik. Zwykła ludzka życzliwość i zrozumienie. Dlaczego mnie to tak dziwi? Czemu jestem zaskoczona?

Zastanawia mnie organizacja maratonu. Skąd oni wzięli tylu oddanych wolontariuszy? Są wszędzie i naprawdę starają się pomóc. Słowa, które znam nie oddadzą ich zaangażowania. Już tu, w sali gimnastycznej Gimnazjum i w Biurze Organizatora zaczyna tworzyć się niezwykły i nieprzeciętny klimat. Wieczorna „Pasta Party” przy stołach umieszczonych przed wielkim ekranem, na którym wyświetlane są fragmenty poprzednich maratonów, podtrzymuje niezwykłą atmosferę.

Wydaje się niemożliwe, aby wśród tysięcy startujących maratończyków spotkać kogoś dwa razy. Ot tak przypadkiem, bez umawiania. A mi zdarzyło się takie radosne spotkanie. Aż zaniemówiłam z zdziwienia gdy okazało się, że poznany w Warszawie maratończyk z Słubic nie tylko mnie poznaje, ale i zna mój czas przebiegnięcia warszawskiego maratonu!

Tyle słów mi się tu ciśnie by wyrwać się z mej głowy. Gniotą się we mnie i tłumaczą: - Wypuść nas, uwiecznij, powrócimy gdy zmrożona codziennością kiedyś znów zatęsknisz. Powrócimy i ogrzejemy Twe serce swym światłem i ciepłem.

I jak tu się powstrzymać od pisania? Nie mogę przecież przemilczeć emocji, jakie ogarnęły mnie gdy na drugim okrążeniu pojawiła się zapowiedź, że zaraz będą nas mijać Ci najlepsi. Wśród nas, biegnących z całych sił, nastąpiło poruszenie. To dla mnie pierwszy maraton, gdzie trasa jest tak poprowadzona, że czołówka „dubluje” pozostałych. Wszyscy usnęliśmy się na prawą stronę i co chwilę zerkaliśmy w napięciu za siebie. A potem to się stało. Jako pierwszy pojawił się Kenijczyk. I jak tu opisać to co zobaczyłam? Przecież biegł w tą samą stronę co ja. Moje nogi też wyciągałam najdalej jak mogłam. A jednak on był jak nieziemskie zjawisko. Sunął tak szybko i tak długimi krokami, że z boku widziałam zaledwie jego kilka uderzeń stóp o ziemię. Miałam wrażenie, że na wysokości mojej głowy robi w powietrzu szpagat a jego rozciągnięte w powietrzu stopy zamiast biec, fruną. A potem powinny przecież opaść i dotknąć ziemi! Zrobił to jednak tak lekko i szybko, że mogłabym przysiąc: on nie biegł, on szybował w powietrzu. Wykonał zaledwie kilka zmian nogi prowadzącej lot a już znikał na horyzoncie. A ja nadal nie mogłam się otrząsnąć z osłupienia. A za nim byli następni. Ja zamiast przywyknąć do widoku tej gracji, lekkości, siły i szybkości z zdziwienia robiłam coraz większe oczy. Nawet widząc to co oni robili, nadal nie wierzyłam, że człowiek tak potrafi. Bo co innego znaczy zobaczyć w tabelce wyników, że ktoś biegnie dwa razy szybciej niż ja, a co innego jest poczuć siłę tych kroków obok siebie.

Muszę, też wyrzucić z siebie to jedno, jedyne smutne uczucie, które nawet tu mnie dopadło. Zbliżałam się do punktu z wodą. Robiło się trochę ciaśniej, ludzie zwalniali. Nagle, tak szybko, jak można się było tego po niej spodziewać, pojawiła się obok nas jedna z najlepszych zawodniczek, ta z „czołówki”. Chwyciła w swą dłoń mocno kubek z wodą. Uścisk był zbyt mocny a może podanie niezbyt celne? Zmiażdżony kubek spadł a woda się wylała. Zawodniczka nie miała już szans sięgnąć po następny. Na tym punkcie nic się nie napiła. Samotna i spragniona odbiegła tak szybko jak się pojawiła. A mnie chwycił za serce żal. My biegniemy dla przyjemności, nas nikt nie rozlicza z sekund i naszych rekordów. Od nich wymagają, oczekują, nieustannie krytykują. Dlaczego nikt im nie pomaga? Są tacy samotni. My możemy się zatrzymać, sięgnąć po drugi kubek wody. Nie wyobrażam sobie lepiej zorganizowanego punktu z napojami i odżywkami niż tutaj, w Dębnie. Ilość przewidzianego miejsca, liczba wolontariuszy ich zaangażowanie i niezłomna gotowość do pomocy, jasny, widoczny z daleka i jednolity sposób podania wody, odżywek i owoców nieustannie przypominał o wysokim poziomie organizacji tych zawodów. Gdy w tłumie biegnących, ktoś walczy by „urwać” minuty lub nie stracić kolejnych sekund potrzebne jest chyba coś więcej niż dla wszystkich pozostałych jest aż nazbyt komfortowe. Gdzie są Ci z związków, na które sportowcy wpłacają tyle pieniędzy? Czy nie mógłby ktoś z jej klubu, choćby z sekcji juniorów lub innej, czekać w tym miejscu tylko na nią, podbiec i podać jej wodę? Zdaję sobie sprawę z naiwności mego pytania. Wszyscy domyślamy się odpowiedzi. Widok tej sytuacji wdarł się we mnie i nieustannie gniecie świadomość. Męczy pomysł, że gdyby ktoś choćby krzyknął „zróbcie miejsce”, lub cokolwiek innego, myślę, że mnóstwo rąk pełnych kubków z wodą wyciągnęło by się w jej stronę. Może to głupie, ale sama chętnie bym pobiegła za nią i podała picie. Śmiać mi się jednak chce, bo wiem, jak to idiotycznie zabrzmiało. Bo czy ja lub ktokolwiek inny byłby w stanie ją tam wtedy dogonić? No chyba, że rowerem. Tym bardziej, że w tamtej chwili nie tylko już ledwo biegłam, ale jak widać, nawet już niezbyt rozsądnie myślałam.

I nie mogę również powstrzymać w sobie kolejnych słów. Choć nie potrafię opisać tego co czułam. Wiem, że maratończyków na trasie łączy mnóstwo rzeczy. Na pewno każdy ma inne cele i motywy. Jest jednak coś, co szczególnie na tych ostatnich dwunastu – dziesięciu kilometrach zaczyna się liczyć. Słabszym stara się pomagać. Zupełnie nieznajomi sobie biegacze tworzą tu nieformalne „grupy wsparcia”. Przestaje się czasem liczyć własny wynik a zaczyna się walczyć o to by ktoś słabszy nie zwątpił i też dobiegł. Ja nawet nie wiem komu dziękować za życzliwość i wsparcie. A takich momentów było mnóstwo. Choćby ta chwila, gdy na ostatnim okrążeniu wiał tak silny wiatr, że nie tylko nie mogłam już biec, ale nawet iść było mi bardzo ciężko. Wtedy ktoś pozwolił mi się schować za własnymi plecami. Dla mnie była to ulga nieziemska od tej ogromnej wichury. Zmęczona powiedziałam tylko krótkie: „dziękuję”, gdy tymczasem zapewne nigdy się ta osoba nie dowie, jak bardzo mi pomogła. Podobnie jak ja się nie dowiem, ile wysiłku ją to kosztowało.

Albo inny przykład. Ktoś zaproponował, że możemy trochę biec razem. Rzeczywiście dodawał otuchy i znalazł we mnie więcej motywacji niż sama byłabym w stanie z siebie wykrzesać. No i oczywiście biegł tak, by choć trochę wiatr osłonić. Grzegorzu jeśli to kiedykolwiek przeczytasz, to wiedz, że naprawdę mi pomogłeś. Uwierz mi, nadal wiem, iż było to jednak naprawdę wszystko co dałam radę w tamtej chwili z siebie wykrzesać. I po co się upierałeś? Widziałam Twój wynik: straciłeś przeze mnie 6 minut!

Choć nadal nie odkryłam co tak naprawdę gna mnie na te maratony i czego tam szukam, mam nadzieję, że nie były to moje ostatnie zawody. I mam cichą nadzieję, że następnym razem będę szybsza. Szkoda, że kolejny start dopiero na wiosnę.

nr startowy 221

Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
plomyk20
02:21
Andrea
00:07
Yazomb
23:36
radosc
23:19
rogul
23:00
stawmar
22:39
jacek50
22:26
Hari
21:58
benfika
21:46
soniksoniks
21:43
janusz9876543213
21:25
Raffaello conti
21:04
szyper
20:52
bogaw
20:44
Tomasz 77
20:25
jarek1909
20:23
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |