2010-10-11
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| LEKCJA POKORY (czytano: 464 razy)

//11. Poznań Maraton, 10 październik 2010//
Dnia 10.10.2010 o godzinie 10.10 nieświadoma zmagań jakie za chwilę będę z sobą toczyła, stanęłam na linii startu 11 Poznańskiego Maratonu. Była idealna pogoda: bezchmurne niebo, słońce i lekki chłodzik. Wymarzony dzień, doskonała trasa, zachwycający doping publiczności i perfekcyjna organizacja zawodów. Ja już jednak po zaledwie kilku przebiegniętych kilometrach czułam, że to nie będzie mój dobry bieg.
Może za dużo chciałam wymóc na mym ciele? Minęły przecież zaledwie 2 tygodnie od mojego debiutu i starcie w Warszawskim Maratonie. Upłynęło też tylko 118 dni od chwili gdy po raz pierwszy ruszyłam do biegu. Prawdopodobnie też zbagatelizowałam odległość 42 kilometrów i 195 metrów. Naiwnie myślałam, że skoro raz się udało, to tym razem może być tylko lepiej.
Było znacznie ciężej niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. Ten dzień zapamiętam na długo jako strasznie rozwlekłe 269 minut nieustannego boju, zmagań, walki z kryzysami ciała i duszy, małych porażek, poddawania się sile zwątpienia i zmęczenia. Mimo tych załamań, ostatecznie jednak nie dałam się pokonać i ponownie powstawałam do walki o kolejne metry i kilometry. Dźwigałam swe słabości by jednak biec dalej.
Z biegu poza ogromnym bólem, zmęczeniem i wyczerpaniem tak na prawdę niewiele pamiętam. Gdzieś jak przez mgłę widzę twarze wolontariuszy wkładających mi do ręki kolejne kubki z piciem. Nie miałam siły już nawet się do nich uśmiechać i mówić „dziękuję”. Mam siłę tylko biec. Tylko raz zwalniam by iść. Nie trwa to długo. Słyszę głosy stojącej obok grupy młodzieży z Liceum Plastycznego. Tak mocno i z przekonaniem mówią, krzyczą, wołają: „Dasz radę”, „Nie poddawaj się”, „Walcz”, „Biegnij”, że sama znów zaczynam w to wierzyć a moje nogi ponownie zaczynają się ruszać. Widzę znajomą twarz Mirka, który dzielnie pokonuje kolejne odległości by na mnie czekać w umówionym miejscu. Karmi mnie i poi. Mogę się mu poskarżyć i wyżalić. Lżejsza o ten zrzucony kawałek psychicznego balastu, znów czuję przypływ energii. Nieustannie na trasie towarzyszą mi jednak porywające brawa i zachęta chyba tysięcy bezimiennych współtwórców moich kolejnych malutkich zwycięstw nad samą sobą.
Podczas całego morderczego biegu nawet przez krótką chwileczkę nie poczułam się samotna. Kilkakrotnie wyczuwałam, jak zupełnie mi obcy inni biegacze zrównują swój krok z moim. Tak jakby chcieli się upewnić, że spod przymkniętych oczu coś jednak widzę a moja świadomość nadal jest przytomna. Raz nawet ktoś taki, spokojnym i pogodnym głosem powiedział: „Skręcamy”. Gdy uniosłam wzrok ujrzałam przed sobą pustą ulicę, peleton skręcał w lewo.
Na mecie puściły we mnie tłumione emocje. Nie wiem dlaczego. Może z bólu, zmęczenia a może z satysfakcji, że mimo wszystko nie poddałam się i dobiegłam. Możliwe również, że płakałam z radości, iż mordęga się już skończyła a ja nie przegrałam. Od teraz jedno wiem już na pewno. Dystans maratonu uczy pokory.
Nazajutrz w każdym moim ruchu czułam dokładnie i boleśnie przypomnienie calutkiej przebiegniętej odległości zawodów. Pomyślałam o tych, z którymi choć przez krótką chwilę udało mi się porozmawiać i o tych, o których nic nie wiem a mi pomogli. Na maratonie nie ma miejsca dla przypadkowych osób. Są tylko ludzie, którzy zmagają się z życiem wbrew własnym słabościom, przewrotnemu losowi, a czasem nawet wbrew ułomnościom i niedoskonałościom własnego ciała. Spotkałam osoby po ciężkich operacjach i w trakcie przewlekłych, bardzo groźnych chorób. To ludzie, którzy nigdy nie tracą nadziei a ich bój trwa do ostatniej kropli potu i tej ostatniej drobinki siły zdolnej do poruszenia mięśniem. Ich determinacja ściska za serce i dławi w gardle gdy słychać syrenę kolejnej karetki wiozącej tych, których ciało było zbyt słabe a duch walki nie pozwolił zrezygnować przed dotarciem do celu.
Raz można przebiec maraton. To wcale nie jest takie trudne. O wiele trudniej jest to zrobić po raz drugi, trzeci a nawet jak jedna z budzących mój niekłamany podziw uczestniczek 250-ty.
Zadaję sobie więc pytanie: Czy jest jeszcze gdzie indziej na świecie takie miejsce, w którym obcych zainteresuje moje samopoczucie? Czy można gdzieś indziej spotkać ludzi, którzy naprawdę potrafią „MYŚLEĆ JAK ŻYĆ”? Gdzie bezinteresowne gesty, uśmiech i życzliwość są tak naturalne jak to, że nikt nie zostanie tu samotny i bez pomocy. Tą ulotną atmosferę i wyrwanie z codzienności daje właśnie MARATON. Jeżeli nie możesz biec to przyjdź na następne zawody i popatrz na to ze zdziwieniem. Cieszę się, że odkryłam takie miejsce. Tobie życzę, żeby udało Ci się poczuć to co ja doświadczyłam.
Wiem, że nigdy nie będę najszybsza, ani nie uda mi się przebiec największej liczby maratonów. Nie pobiję żadnego rekordu. W zasięgu moich sił jest tylko możliwość bycia wśród nieprzeciętnych ludzi. A to w moim życiu dodaje najwięcej radości.
Chociaż wczoraj, wycieńczona ukończeniem maratonu, już w to wątpiłam, dziś rano znów ubrałam buty biegowe i pomimo bólu z ogromną radością przebiegłam kolejne 4 kilometry mojej wielkiej przygody.
nr startowy 3139
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |