2010-09-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| ZDĄŻYĆ PRZEBIEC MARATON (czytano: 487 razy)

//32. Maraton Warszawski, 26 wrzesień 2010//
Sobota, 6 rano. Niepewna słuszności swej decyzji i smagana rześkim wrześniowym słońcem ruszyłam siłować się z własnym strachem. Za 27 godzin rozpocznie się 32 Warszawski Maraton a ja tak strasznie chciałam w nim wystartować. Czy podołam tak dużemu wysiłkowi?
Ruszyłam truchtem po ulicach wbitych w mą duszę dziesiątkami wybieganych godzin i skropionych potem, a niekiedy również bólem. Mijałam znajome drzewa i zakręty. Przypominały mi jak nieraz w tych miejscach ciało mówiło dość, a serce dalej rwało do przodu.
Teraz miałam podjąć decyzję czy to wszystko pójdzie na marne? Jeżeli teraz zrezygnuję czy kiedykolwiek będę miała drugą szansę?
Nie miałam pojęcia jak bardzo mnie osłabiła moja kilkudniowa choroba. A może wcale się nie skończyła? Przecież dziś do biegu mogły mnie poderwać tylko moje nadzieje, które wmawiają mi, że mam siłę by biegać.
Trzy kilometry trasy skończyły się zanim rozstrzygnęłam ten problem.
Chyba trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi podjęłam decyzję. Jutro startuję.
Rozparta w wygodnym fotelu pędzącego samochodu, zbliżałam się do Warszawy. Decyzja zapadła a ja bałam się straszliwie. Byłam przygotowana i gotowa. Tydzień temu odległość 30 kilometrów wcale mnie nie martwiła. Dziś ten sam dystans z okna mknącego samochodu wydawał się nie mieć końca. Do mej świadomości coraz bardziej wdzierało się poczucie jak długi jest dystans 42 kilometrów i 195 metrów. Po raz pierwszy od chwili gdy 104 dni temu ubrałam buty biegowe i zaczęłam ostry reżim przygotowań, zaczęłam się zastanawiać czy nie przeceniłam swoich możliwości.
Obawa ściskała me ciało i drwiła z mojej naiwnej wiary, że ciężka praca doprowadzi mnie do celu. Lęk bawił się mną i miotał mymi emocjami jak wiatr kręci liśćmi na drzewach. Bolało mnie kolano, kłuło w kostce u nogi, katar zatykał nie tylko nos, ale również i ucho. Słowem wszystko, łącznie z Mirkiem kierującym samochodem, mówiło: „Po co Ci to? Daj sobie spokój.”.
Warszawa przywitała mnie sztywnymi koszulami i dumnie powiewającymi, na szyjach przechodniów, krawatami. A ja mimo tego zaczynałam nabierać przekonania, że warto będzie jutro spróbować. Moja, jeszcze nieśmiała radość, tu nie pasowała. Miałam wrażenie, że w tym sztywnym świecie uśmiech jest tylko kolejną formą sprzedaży fałszywego szczęścia. A ja nie mogłam się już przestać radować. Uświadomiłam sobie, że mój maraton już dawno się rozpoczął. Jutrzejszy bieg będzie tylko niewielką częścią tego, co już osiągnęłam.
Rano wiedziałam, że to jest właśnie mój dzień. Był dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam. Ruszyłam wśród mrowia skupionych, lecz szczęśliwych ludzi. Świadomość w jak wielkim wydarzeniu biorę udział i że po prostu, zwyczajnie biegnę, niosła mnie lekko przez kolejne kilometry. Rozdawałam uśmiech a od stojących ludzi otrzymywałam zachwyt i szczere najcudowniejsze wsparcie.
Dziś obudziła się inna Warszawa. Betonowy krajobraz i sztucznie idealną scenerię wypełniło prawdziwe życie. Krzyczało, grało i śpiewało setkami głosów, ruszało się i tańczyło lasem rąk i nóg. Wirowało w koło i niosło nas w stronę mety. Choć zaczęło mi być ciężko, to czułam, że dobiegnę. Bo po to tu przyjechałam. Rozgrzana widokiem roztańczonej Stolicy zupełnie nie czułam zmęczenia. Dopiero na 20 kilometrze zaczęło mi brakować energii. Wodę i Powerade piłam chyba litrami. Z bananów zrezygnowałam. Nie mogłam ryzykować ostrej kolki jaką zawsze, do tej pory, po nich miałam.
Zaczynało mi brakować paliwa. Czułam to wyraźnie. Kilometry zaczynały się rozciągać, głowa opadać a na ustach coraz trudniej było utrzymać uśmiech. Nawet „moc” batona zjedzonego na 24 kilometrze była niestety trochę za słaba. Ale zwątpienie mnie nie dopadło. Zaskoczyło mnie coś, czego się nie spodziewałam. To co widziałam w obcych mi zupełnie oczach ludzi stojących obok trasy maratonu, krzyczących moje imię i bijących brawo, było czymś więcej niż zwykłym kibicowaniem. Choć z mej twarzy zapewne znikła już wielka radość a chwilami sił brakowało nawet na dziękczynne spojrzenie to serce i nogi nadal rwały do przodu. Ci obcy mi ludzie, nieświadomi bezcennej wartości swych głosów i zapału by dodać nam otuchy, chyba nigdy nie pojmą, że są częścią naszego sukcesu.
Głosy i oklaski tłumów podrywały mą duszę, która wlekła za sobą obolałe ciało. W zmęczeniu przegapiłam na 36 kilometrze niecierpliwie wyczekiwany punkt odżywek a w nim mój żel sportowy. Chwilowo ogarnęło mnie przerażenie. Przebiec te ostatnie 6 kilometrów bez jedzenia wydawało mi się niemożliwe. Zwątpienie nie trwało jednak długo. Będę walczyć do końca. Entuzjazm tłumu wlókł mnie w stronę mety. Nawet Mirek w wizytowych butach i eleganckiej kurtce gnał teraz koło mnie i odganiał zwątpienie. Wśród ludzi obok trasy maratonu dostrzegłam kogoś na inwalidzkim wózku. Przypomniało mi to dlaczego tu się znalazłam. Nigdy nie wiadomo czy wystarczy nam czasu na osiągnięcie swych planów i celów. Czy tego chcemy, czy nie, pewne sprawy nie zależą od nas. Nie wiadomo co nas spotka i kiedy. Czym jest teraz moje zmęczenie? Niczym innym jak radością, że MOGĘ BIEC.
By nabrać tchu zaczęłam iść. Nie było to mądre. Poczułam wyraźnie jak boli mnie kostka, ból prawie rozrywa udo a palce stóp, pewnie obdarte z skóry, coraz mocniej pieką. Ciężko było znów zacząć biec. Chwile trwało by przyzwyczaić się do bólu. Teraz najważniejsze, żeby znowu się nie zatrzymać. To jednak nie było już trudne. Tu na ostatnich kilometrach zachęta tłumu była już tak wielka, że z każdego wyciskała maksimum mocy. Niesiona na skrzydłach okrzyków, pchana powiewem braw znów zapłonęła we mnie ogromna radość. Mknąc teraz do mety miałam nadzieję, że już za chwilę będę mogła powiedzieć: „Zdążyłam przebiec maraton”. I rzeczywiście dałam radę. Gdy minęłam finisz chciałam biec dalej. Odpocznę tylko troszeczkę. Za dwa tygodnie znów będę gotowa. Tym razem Poznań.
nr startowy 6574
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |