2010-08-31
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Zamość - coming back to life... (czytano: 407 razy)

… no może to nie był jeszcze ten dzień kiedy można było powiedzieć „wróciłem”. Nie zaczęło się lekko. Wszelkie żele jakby nie dały rady. Budzę się i to samo. Nogi sztywne. Czarne myśli. Prawie rezygnacja. Pocieszałem się tym że to tylko 20km…
W nocy padało, dosyć mocno, że nawet się obudziłem. Rano przestało. Standardowe lekkie śniadanie. Leżakowanie. Obiad. Teraz już wiem że część biegaczy wykorzystywała dobordziejstwa stadionu obok którego spaliśmy i robiła poranny rozruch po śniadaniu. Nie wiem czy to by cokolwiek pomogło czy tylko dobiło.
Na start tym razem trzeba było dotrzeć do Zwierzyńca. Autobusami oczywiście. Po przebojach podróży dnia poprzedniego, obawiałem się tego samego, że będzie duszno, że zrobi mi się niedobrze. W czasie jazdy powietrze oczyściła mega ulewa. Po ulicach płynęły potoki a my zastanawialiśmy się czy da się w ogóle wyjść z autobusu na miejscu. Ktoś jednak nad nami czuwał. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce deszcze ustał. Po wizycie w kościółku i złożeniu kwiatów trzeba było podjechać jeszcze kawałek na miejsce startu. Do lasu. Kilometr od przejazdu kolejowego. Jeśli dobrze pamiętam to dwa lata temu biegacze trafili akurat na przejeżdżający pocią;)
Próbowałem się „rozgrzać” ale nawet truchtać nie miałem siły. Komary atakowały zajadle, a powietrze po deszczu zaczynało robić się mega ciężkie. Start. Założenie było mega głupio optymistyczne – utrzymać tempo po 5:00 czyli dobiec na 1h40. Ruszyłem wolno, ociężale, na sztywnych nogach, biegnąc w ogonie. Przed przejazdem przebiłem się trochę do przodu. Biegłem ze 20-30 metrów za grupą której powinienem pilnować. Dlaczego? Bo były w niej „moje plecy”. Poprzedniego dnia zająłem 3 miejsce w grupie wiekowej. I chciałem je obronić. Szło dobrze, bo mimo bólu ciągnąłem tak jak zakładałem. Grała jedna słuchawka, druga jak już czytaliście wczoraj padła. Ale dzięki temu nie nudziłem się tak bardzo. Samotny bieg przy dużym zmęczeniu jest jednak okropny. Trzeba samemu trzymać tempo, walczyć nieraz z wiatrem.
Najgorsze momenty dla psychiki zaczęły się około 7km. Grupa którą ścigałem zaczęła odjeżdżać. Ja zacząłem słabnąć i zwalniać. Z nerwów żołądek zaczął się buntować. Pomyślałem „byle do 10km, potem już mogę iść”. Przeliczałem w głowie czy zmieszcze się w limicie. Ale z drugiej strony była myśl żeby walczyć, że jeśli paść na trasie to po ciężkiej walce. Dobrnąłem do połowy. Schłodziłem cierpiące prawe udo. Zatankowałem wodę… i tym razem zdecydowałem się na cukier. Bo jak się okazało później jego brak był częściowo przyczyną słabości organizmu.
12km… przegrywam walkę z własnym żołądkiem. Zbaczam z trasy i bezradnie patrzę jak jestem mijany. Po chwili wracam i próbuję walczyć, gonić. Jednak maszerować tylko potrafię. Idę 200m, 300m… długo… mijają mnie kolejni biegacze. Odżywam 6km przed metą. Biegnę byle do punktu, byle się napić. Punkt. Znowu cukier. Przyśpieszam, zaczynam odzyskiwać pozycję, wyciągam z organizmu ile tylko się da. Dwie długie proste i docieram do Krasnobrodu. Tam czekają dwa podbiegi i jeden długi zbieg. Pierwszy lekki, drugi ostry, że prawie staje w miejscu. Kilometr do mety. Próbuję gonić starszego biegacza, który chyba mógłby być moim dziadkiem. Niestety mimo iż jest z góry… to już nie ta prędkość.
Meta. 1h49. Prawie 10 minut spóźnienia. Za metą gra zespół ludowy. Biegacze tańczą. Ja szukam krawężnika. Potem sklepu. A tam Coli. Cukier, kofeina, cokolwiek co mnie postawi na nogi. Jest lepiej. Mógłbym jeszcze kilka km pobiec.
Do Zamościa wracamy po trasie następnego etapu. Chyba to uratowało następny dzień. Po odświeżeniu się i kolacji, czuję się podejrzanie dobrze. Nie wiem czy to mój własny ogranizm mnie oszukuje, czy rzeczywiście rozbiegałem pierwszy etap. Tempo ostatnich 5km wskazuje raczej na to drugie. Podczas krótkiego spaceru wysyłam do kilku osób pocztówki z dopiskiem w stylu… „jeszcze nie jestem pewien czy to przeżyję”….
Połowa drogi za mną… teraz już z górki…. Taaa, jaaaasssnee;)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Aga Es (2010-08-31,17:29): Cóż za dramatyzm.Normanie jak w thrillerze:)A tak na poważnie,to podziwiam Ciebie Tomek! Tomasz Ławniczak (2010-08-31,18:54): Aga, czasami nawet słowa nie potrafią wiernie oddać tego co się działo ze mną przez te pierwsze dwa dni, było strasznie;) mamusiajakubaijasia (2010-08-31,18:56): Ty nie umrzesz śmiercią naturalną - ze starości, w łóżku. To rzecz pewna! Tomasz Ławniczak (2010-08-31,18:59): Ufff, to dobrze, nie chcę dożyć polskiej emerytury ;) szpaq (2010-08-31,22:07): tak, tak... drugi dzień był dla wszystkich dniem kryzysów.... czekam z niecierpliwością na kolejne części :) Marysieńka (2010-09-01,15:29): A nie było???? Tomasz Ławniczak (2010-09-01,21:58): Marysiu, no nie bardzo ;)
|