Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [2]  PRZYJAC. [91]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Tomasz Ławniczak
Pamiętnik internetowy
"we all fall down once a while"

Tomasz Ławniczak
Urodzony: 1982-11-06
Miejsce zamieszkania: Poznań
357 / 401


2010-08-30

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
Zamość - the journey begins... (czytano: 402 razy)

 

Dzień 0 - 1

Zamość – 550km w jedną stronę. Tyle przejechałem pociągiem i autobusem, by spróbować czegoś nowego. Zaznać biegu jedynego w swoim rodzaju. Tylko dlaczego nikt mi nie powiedział, że to obszar górski ;D.

Z racji koniecznej do przebycia odległości w podróż wyruszyłem z samego rana dzień przed biegiem z kolegą z klubu Markiem. Przebiegła ona w komfortowych warunkach. Nawet nie czułem, że trochę to trwało. Po drodze obiad w Warszawie. Przebijanie się przez Lublin i około 19-tej po 11h podróży wylądowaliśmy w Zamościu. Dzięki skorym do pomocy współpasażerom wysiedliśmy we właściwym miejscu i po krótkim spacerze wylądowaliśmy w Osirze którzy miał stać się na 4 dni naszym „centrum operacyjnym”. To tu jedliśmy, spaliśmy, imprezowaliśmy a przede wszystkim … odpoczywaliśmy. A było po czym. Marek dobrze negocjował z paniami z recepcji w sprawie wyboru pokoju, więc dostaliśmy lokum z Tv i własną łazienką. Pełen luksus. Im dalej w las, tym więcej znajomych. Takich samych wariatów jak my;)

Cały czas odczuwałem jeszcze „skutki” jeżdżenia rowerem, ale póki co nie było w mojej głowie wyrazu „poddać się”. Z racji posiadania TV na dobranoc obejrzeliśmy wieczorem mecz Auxerre – Zenit. W międzyczasie dotarł trzeci lokator naszego pokoju.

I tak nastał dzień pierwszy, miałem nadzieje że nie ostatni. Tego dnia harmonogram zaczynał się od obiadu o 11. Rano zatem można było przespacerować się na rynek po brakujące „wyposażenie”. Ja np. potrzebowałem taśmy klejącej żeby oznaczyć butelkę z własną odżywką … czyli isostarem. Wolę pić sprawdzonego na własnym żołądku Isostara. Obiadu o 11 trochę się obawialiśmy. Wkońcu to ledwie 3h przed startem. Jednak obiad był jednodaniowy i lekki. Ano tak… zapomniałem że wcześniej trzeba było się zarejestrować;) Kto nie miał zaświadczenia od lekarza musiał dać się przebadać pani doktor. Jak to się skończyło gdy ustawił się długi ogonek to cichosza;) Numer startowy 108. W zasadzie dwa numery. Trzeba było oznaczyć się z przodu i z tyłu. Ten tylni numer to wydaje mi się że z racji biegania przy ruchu otwartym, żeby kierowcy wiedzieli z jakimi wariatami mają doczynienia ;D

Pierwszego dnia start miał miejsce z rynku w Zamościu. Nigdzie nas nie wywożono. Po drodze złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem. Były przemówienia, powitania, a potem na start. Równo o 14. Rok temu ponoć była masakra pogodowa (czytaj upał). Tym razem chmury grożące deszczem i całkiem chłodno. Tydzień, dwa wcześniej myślałem żeby przebiec cały dystans tempem 5:00. Parę dni przed startem przestałem w to wierzyć. Ale tak właśnie zacząłem. Choć wiedziałem że to prawie maraton (35km), nie znałem trasy i byłem pewien że uda zaprotestują. Kilometr po starcie utworzyła się grupka między innymi z Jaremą. Trzymałem się ich dzielnie. Do 7 kilometra. Tam postanowiłem sprawdzić „co jest za krzakami”. Zostałem sam. W odległości może 250-300 metrów za grupą z którą przed chwilą biegłem. Cały czas poboczem. Z sunącymi obok tirami, autobusami. Przez jakiś czas podganiałem wspomnianą grupę. Zaczęły się jednak mocniejsze i dłuższe podbiegi. Nie żebym ja zwolnił. Koledzy z przodu przyśpieszyli, a ja cały czas walczyłem sam, cały czas tym samym tempem. Po zbiegnięciu z głównej drogi przed 15km asfalt zmienił się z równego na ciut dziurawy. Samotny bieg zaczął się dłużyć. Założyłem słuchawki i póki co dawałem radę.

Co szczególnie zwróciło moją uwagę? Biegnąc przez wsie mało było nowych domów, dużo starych drewnianych, dużo starszych ludzi siedzących w bezruchu przed furtką i obserwujących, jakby ze zdziwieniem, z niedowierzaniem. Raz po raz któś krzyknął „brawo”, zaczął klaskać, ale ogólniebyło trochę tak dziwnie;)

Dobiegając do 18km trochę się zdziwiłem. Zlokalizowano tam punkt w wodą. Myśląc że to ten który miał być na 20km zapytałem o przygotowaną wcześniej butelkę. Nie ma. Ale po chwili słyszę że kawałek dalej jest kolejny punkt. Dobiegam tam. Wciągam żel. Pozbywam się butelki z którą biegłem do tej pory… i zaczynam zwalniać… tracić siły. Doganiają mnie kolejni biegacze. Wkońcu nie wytrzymuję i zaczyna się marsz. Podłamuję się i myśle nawet o tym żeby stanąć w ogóle. Przy życiu podtrzymuje mnie myśl, że nie po to przejechałem tyle km żeby się poddać pierwszego dnia.

Dogania mnie i Marek. Trochę podrywam się do biegu i podganiam kolegę ale za chwilę znowu maszeruje. Jak tylko mogę chłodzę udo i drepczę do przodu. Bycie wyprzedzanym potrafi być straszne. Doganiają mnie koledzy z Uniejowa. Przez te 35km myślałem że jestem z nimi w drużynie. Brakowało im jednej osoby więc się zgodziłem. Jak się później okazało sędziowie z racji tego że już miałem wpisany inny klub, nie uwzględnili zgłoszenia drużyny. Ale póki co zmotywowali mnie. Nie chciałem być najgorszym, „kulą u nogi” ;) Tak się mijaliśmy przez kilka km. Potem chcąc zrobić coś w rodzaju pociągu za bardzo przyśpieszyłem i nieświadomie uciekłem. Skończyło się asfaltowe pobocze. Trzeba było biec koleiną w asfalcie. Cały czas w spalinach. Parę razy tir prawie jechał mi po nogach.

Gdy około 31km w słuchawkach zabrzmiał kawałek zaczynający się od „where did we come from, why are we here?...” zacząłem płakać, gradło mi się ścisnęło. Było źle a miałem świadomość że jeszcze czekają mnie trzy dni biegania. Ale walczyłem. Dawno pożegnałem się z myślą „połamania 3h” na tym etapie.

W końcu dotarłem do Zwierzyńca. A słuchawki wyzionęły ducha. Uszkodziły się w miejscu najmniej narażonym na uszkodzenie w trakcie biegu. Skręt w lewo. Ostatnia prosta. Meta. 3h10 i absolutna rezygnacja. Co wtedy pomyślałem? „Nawet jak jutro zrobię 20km, to na sobotniej trzydziestce przyjdzie mi umrzeć”. Nogi zmasakrowane. „Dlaczego ja to robię?” zapytałem sam siebie…

Doładowany spalinami organizm nie był w stanie wytrzymać pół godzinnej jazdy autobusem do Zamościa. Zrobiło mi się słabo, zresztą jak kilku innym zawodnikom. Parę razy stawaliśmy żeby nawdychać się świeżego powietrza.

Po powrocie uraczono nas obiadokolacją. Wszystko oczywiście w takich ilościach żeby się nie objeść za bardzo ani też nie być głodnym. Pod tym względem rewelacja. Z rozkładu nia pozostał jeszcze nudny mecz Lecha na który przyszli koledzy z Uniejowa. Ja byłem w stanie już tylko leżeć… Mając nadzieje że to coś da zażyłem BCAA, posmarowałem zmasakrowane mięśnie żelem mentolowym… Sądząc że już chyba będzie tylko gorzej…

CDN...


Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


michu77 (2010-08-31,22:38): mam nadzieję, że będą jakieś drastyczne sceny...
Marysieńka (2010-09-01,15:25): Ileż razy...coś podobnego "przerabiałam":))







 Ostatnio zalogowani
filips1
16:28
gol
16:10
MARIO87
16:00
t_garzel
15:34
platat
14:39
gora1509
13:56
chris_cros
13:45
kmajna
13:25
zeton
12:54
Lektor443
12:45
stanlej
12:35
Arseninho89
12:24
rutkowsky team
12:11
batoni
11:42
BOP55
11:37
Waldek
11:34
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |