2007-04-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| moje umieranie (w Cychrach) (czytano: 156 razy)

zbieram się, zbieram, ale co¶ nie bardzo chce mi się pisać o maratonie w Dębnie. ostatnio z powodu kontuzji biegałem baaaaaaardzo mało, więc nie liczyłem na nic wielkiego. no, np. 3:29:xx. plany zweryfikowałem w przedmaratońsk± noc, bo zaczęli¶my ¶więtować 40 urodziny Marka K., które przypadały w dniu maratonu. wstyd przyznać, ale ja dałem hasło do imprezy, wręczaj±c mu w prezenecie własnoręcznie zrobiony krupnik. był więc krupnik, piwko a po północy szampan i chóralne ¶piewy na sali. a rano umierali¶my...
Pomy¶lałem więc, że skromne 3:59 wystarczy, najlepiej, żeby to było 3:44.
zacz±łem zdecydowanie za mocno. połówka była w 1:44:45 równym tempem, ale na 25 km siły się skończyły. nie wiem czy to była Dargomy¶l, czy Cychry, ale na pewno brakowało parę km do końca drugiej, 14-kilometrowej pętli. przyznam, że kończ±c j± i widz±c u¶miechnięte miny biegn±cych już w drug± stronę agrafki ludzi, powżnie my¶lałem o zej¶ciu z trasy. suche wargi, nogi ciężkie jak z ołowiu, ciemne plamy przed oczyma. potem doszły różne bóle, kłucia. po prostu było mi Ľle. po raz pierwszy od debiutu maratońskiego szedłem. a tam, szedłem... wlokłem sie po prostu od czasu do czasu truchtaj±c. w efekcie pokonanie trzeciej pętli zajęło mi godzine i 32 minuty! katastrofa. na szczę¶cie marsz sie nie dłużył, bo najpierw spacerował ze mn± Hirek Sz. z Ostrowa, a przedtem i potem Paweł K. z Wrocławia. poza tym gawędziłem z wolontariuszami na punktach, solennie obiecuj±c im, że za rok wrócę. kłamałem... chyba że zapomnę jak umierało się w Dębnie i znów się na taki wyjazd dam nabrać.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |