2009-04-20
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Bieg przez zoo (czytano: 190 razy)
PATRZ TAKŻE LINK: http://www.maratonypolskie.pl/egadu/foto/z137979_1.jpg

Ostatni raz biegałem w zawodach 31.01.2009 w Biegu Wedla. Potem nastąpiła passa kilku infekcji okraszona kilkoma antybiotykami. To wszystko plus pogoda w sobotę nie napawała mnie optymizmem przed dystansem 10 kilometrowej trasy biegnącej przez warszawskie zoo. Padało już od rana, na dodatek było dość zimno. Miałem sporego pietra pakując rodzinkę do samochodu. Na miejscu po dotarciu do biura zawodów i odebraniu pakietu startowego okazało się, że szatnie i depozyt oddalone są od startu o ok. 800 metrów. To trochę za daleko, zwłaszcza gdy leje człowiekowi na głowę a temperatura daleka jest od wiosennego ideału. Warto pomyśleć o innym rozwiązaniu tego problemu przed następną edycją tego biegu. Ale na tym koniec narzekania. Organizatorzy starali się zrobić fajne zawody i pomimo niesprzyjającej aury udało im się to w zupełności. Duży plus za oprawę muzyczną imprezy, a szczególnie za grupę bębniarzy. Przy takich rytmach bieganie jest jeszcze piękniejsze.
Godzina 11.00 – długo oczekiwany start. Zawodnicy ruszają sprzed wybiegu dla niedźwiadków, by po kilkuset metrach biegu przez Park Praski dobiec do ulicy Ratuszowej, którą po kilkudziesięciu metrach biegu dobiegają do głównego wejścia do zoo. To pierwsze odwiedziny w zoo dzisiaj, przed nami 3 takie wizyty. Deszcz jakby mniejszy i jak na początek biegnie się całkiem dobrze. Po kilometrze atrakcja dnia – tygrys trzymany przez pracownika ogrodu na smyczy. Leży leniwie na ziemi tuż przy trasie biegu i nawet nie reaguje na kilku śmiałków próbujących głaskać zwierzaka. Jest miło! Po 2 kilometrach patrzę na zegarek. O rany! 8:55. Muszę zwolnić, bo w takim tempie jedno jest pewne – mety nie osiągnę. Zwalniam, pomimo tego udaje mi się wyprzedzić kilka osób. Widzę znajome znajome z TV i wirtualnego świata Maratonów Polskich twarze. Jest Przemysław Babiarz, Ola (fog) i Ewa (Ev). Staram się trzymać tempo i bez większych problemów mijam bramkę kontrolną pierwszego okrążenia. Tuż za nią macham do kibicującej mi rodzince, by już za chwilę odwiedzić zoo po raz drugi. W połowie głównej alejki ogrodu mijają mnie (dublują) pierwsi zawodnicy. Jest wśród nich na 3-4 pozycji Krzysiek Bartkiewicz za którego szczególnie trzymam kciuki. Kolejne (wzrokowe) spotkanie z tygrysem i „sympatyczny” podbieg przed opuszczeniem zoo. Tu sporo biegaczy mojego pokroju czuje w nogach trudy tego biegu. Kolejne kilometry, zaczyna mocniej padać, co samo w sobie nie jest dużą przeszkodą, jednak szybko tworzące się kałuże wymuszają od zawodników użycia iście slalomowych umiejętności. Niestety są odcinki, gdzie i to się nie udaje i kilka razy mam do czynienie z przymusowym chłodzeniem nóg za pomocą deszczówki. Akurat tego dnia nie mam na to specjalnej ochoty. Mijam bramkę kontrolną za którą mocno dopingują mnie dzieci. Cóż trzeba wykrzesać resztki sił i trzymać fason – przede mną ostatnia dziś wizyta w zoo. Deszcz leje już całkiem spory, a ja truchtam ostatni podbieg opuszczając ogród. Niestety opuszczają mnie przy tym resztki sił! Kryzys gigant. Przed 8 kilometrem dogania mnie Ola. Krótko rozmawiamy biegnąc ponad kilometr razem. Ma formę dziewczyna! Dzięki jej towarzystwu trzymam się jakoś przetrzymując najgorsze chwilę. Na 600-700 metrów przed metą Ola wrzuca 5 bieg, a ja próbuje noga za nogą dobiec do mety. Tuż przed udaje mi się zdobyć na dynamiczny finisz. I jest, udało się! Meta i wynik 0:56:00 (netto: 0:55:33). Jeszcze nigdy tak szybko nie pobiegłem 10 km na zawodach. W sumie pomimo męki na trasie są powody do dumy. Za linią mety gratulacje od rodzinki, zakładam kurtkę i biegnę do szatni. Tu spotykam Krzysztofa i dowiaduję się o jego 3 miejscu. Gratuluję mu i cieszę się, że udało mu się wskoczyć na podium. Miło jest poznawać tak sympatycznych ludzi a do tego tak dobrych zawodników. Najważniejsze jest jednak to, ze wróciłem do biegania i to cieszy najbardziej!
Na zdjęciu mój syn Tomasz, który w organizowanym po biegu głównym biegu przedszkolaków zajął 2 miejsce. Szkoda, że moja mama nie doczekała tak sympatycznego triumfu swojego wnuka…
PS
Jak się okazało później leniwy tygrys jedna z atrakcji biegu nie był do końca tak ospały. Dla mnie to przejaw nieodpowiedzialności i głupoty. Klikając w link powyżej sami się jednak o tym przekonacie
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora fog (2009-04-20,11:31): Miło było się spotkać w realu :) Gratuluję syna! :)) Rośnie kadra biegaczy :)
|