2007-10-08
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| (czytano: 90 razy)

Pierwszy raz od kilku dni biegało mi się od samego początku szybko i dobrze. Równo po 4.40-4.35. Teraz już zupełnie nie wiem jak biegać w Poznaniu. Zacznę tak jak chciałem po 410- 4.15 a dalej albo przyspieszę albo będę walczył o przetrwanie. Jak dla mnie każdy czas poniżej 3.05 będzie i tak dobry. Jasne, że chciałbym złamać wreszcie 3.00. Ale nauczyłem się cierpliwości- tego, że lepiej nie spieszyć się z niczym. A później ten Bytów- tam będzie jak przy przesiewaniu ziemi- nogi sobie a głowa sobie, ciekawe czy ktoś będzie liczył kółka.
Upewniłem się, że ważniejsze dla mnie to, co dzieje się po drodze a nie wynik, mniej ważne jest dokąd dotrę jeśli po drodze nie będzie działo się nic specjalnie ciekawego. Rozmawiałem z wujkiem żony o różnych gadżetach monitorujących trening. Dla mnie nawet pulsometr w jakiś sposób ogranicza moje bieganie- wolę sam wsłuchiwać się w organizm. Jestem sam ze sobą, swoją słabością i umiejętnością odczytywania różnych sygnałów. Wiem, że bardzo trudno się tego nauczyć, ciągle się tego uczę. Pulsometr czasem jeszcze zniosę, ale jakieś pomiary zakwaszenia- wolę cieszyć się treningiem niż robić jakieś fantastyczne czasy.
Jutro pobiegam już jakieś 18- 20 kilometrów i do niedzieli same rozbieganka, raz czy dwa rytmy i dużo odpoczynku.
Tak na mój rozumek to postęp bardzo nas uzależnił od techniki, a przede wszystkim rozleniwił. Idziemy drogą łatwych rozwiązań- zamiast ćwiczeń pigułka albo masaż wszystko ma przyjść szybko i bez wysiłku. Mało kto ma ochotę ciężko pracować. I jakoś nieważne są tak zwane normy. Czy dla kilku milionów dolarów zdecydowałbym się na oszustwa, jakim jest choćby doping? Nie decyduję się na kanty w rodzaju ściągania, wolę się pouczyć. Jakoś tak mam przekonanie że nie wolno mi przesuwać granicy, szczególnie tej.
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |