2008-10-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| MARATON POZNAŃ - czyli umieranie na trasie (czytano: 343 razy)

..........przebiegłem koło niej i......................ZACZĘŁO SIĘ!!!!
Powietrze uszło ze mnie na odcinku 300m.
Gasłem w oczach.
- No to już po mnie - mówię do Jarka
- Co się dzieje - z troską w głosie zapytał mój współtowarzysz.
- Nic takiego, po prostu mam kryzys i to poważny.
- Dasz radę - mówi Jarek - przebiegniemy teraz kilka kilometrów w wolnym tempie i odpoczniemy troszeczkę.
- Jarek, biegnij do przodu. Ja czuję ,że muszę zostać. Po co się masz ze mną męczyć - próbuję go przekonać ,aby nie tracił na mnie czasu tylko parł do przodu.
Jarek jeszcze kilkakrotnie próbował mnie podciągać i chciał ze mną zostać ale po wielu moich namowach pobiegł do przodu.................albo będę precyzyjniejszy jak powiem,że to ja zostałem z tyłu.
Następne 4 km to była droga przez mękę i katorga jaką dane mi było przeżyć tylko raz w życiu podczas.......Biegu Piastów.
Bałem się przejść do marszu ,bo słyszałem,że później trudno ruszyć.Ale przecież wielu rzeczy się o maratonie nasłuchałem i jakbym chciał się do zasłyszanych rzeczy dostosować to......nie było by mnie tu na trasie.
Zresztą nie było innej możliwości.Pomimo nadludzkich - jak mi się wtedy wydawało - wysiłków aby biec, nogi nie chciały mnie słuchać i.......... zacząłem maszerować.
Żadnej ulgi,żadnego odprężenia to jednak nie przyniosło.
Maszerowałem tak bez żadnego planu przez pewien czas.Ludzie wyprzedzali mnie tabunami. Baloniki na 4.00 dogoniły mnie po kilku minutach.
Dogonił mnie też Pan z Panią a on mijając mnie mówi do niej:
- Widzisz,mówiłem Ci,że nie ma co rwać do przodu,bo potem skończysz jak TEN.
Wiedziałem,że mówi o mnie.
Byłem chyba jednym z pierwszych ,którzy zaczęli iść.
Nie wiem jaki czas zrobiłem od 28 do 29 kilometra ale następne międzyczasy już kontrolowałem.
Było ze mną coraz gorzej.
Od 29 do 30 km przeczołgałem się w 9 min i 10 sek.
Od 30 do 31 km tak "mocno" przyspieszyłem ,że wyszło 8,55.
Do 32 km to samo.
TO BYŁY MOJE NAJGORSZE 4 KM W ŻYCIU.
Walka była niesamowita a najciekawsze było to,że ani razu nie pomyślałem o tym aby po prostu zejść z trasy.
Umierałem powoli i systematycznie.
Każdy krok ( podkreślam słowo KAŻDY) sprawiał mi .......może nie ból ale........ogromną .......przykrość. Nie wiem nawet jak to wyrazić słowami ale ..........to było niesamowite....
Pomimo tych trudnych do opisania przeżyć nie pomyślałem ani razu o zakończeniu biegu. JAk to nazwać??????......Głupota??????..........a może to wyczerpanie odebrało mi możliwość podejmowania rozsądnych decyzji???................
Tymczasem brnąłem jednak dalej. Zacząłem nawet żałować,że noga wytrzymuje.Jakby strzeliła łydka to sprawa byłaby prosta. Schodzę i już.......
Od 32 km zacząłem poruszać się bardziej równo i "przemyślanie". Ok. 300 metrów z każdego kilometra szedłem a resztę " biegłem".
Zaczęło mi na stoperze wychodzić ok.7,15/km.
Kibice byli bardzo dzielni i zagrzewali do boju.
Należę do tych zawodników, którzy BARDZO szanują kibica. Za najmniejszy doping z ich strony odpłacam sie zawsze jakimś gestem, biję brawo,dziękuję itp.......NIE TYM RAZEM!!!!
Nie po 28 kilometrze.
Moja cała energia byłą poświęcona na poruszanie się do przodu.Na żaden inny ruch nie było już siły i chęci.
O dziwo,lepiej biegło mi sie pod górkę niż po płaskim.
Jakiś zespół rymował na poczekaniu, dopingując zawodników.
Usłyszałem jak śpiewają coś o tym,że 665 ( to mój numer)na pewno dasz radę,że wszystko będzie OK i że do mety już niedaleko. :)))
Uniosłem o jakieś 1,5 cm kciuk do góry w podziękowaniu ( a przynajmniej mam taką nadzieję ,że to był kciuk )
Psychika,psychika i jeszcze raz PSYCHIKA...................
Gdzieś tak między 34 i 35 kilometrem zacząłem myśleć????,że chyba jednak dobiegnę do mety a na 36 byłem już niemal pewien ( no chyba ,że łydka strzeli) I jak sobie to pomyślałem to............o nie ,nie przybyło mi wcale sił ale....jakoś tak trochę lepiej zacząłem znosić swój bieg.
NA jednym z punktów czerpania wody ( na których już prawie wody nie było)dogonił mnie kolega teamowy - Jurek.
Powiedziałem do niego krótko i zwięźle:
- Ciężko Jureczku - i .......więcej słów nie było już trzeba.
Po chwili w biegu Jurek nie dał się namówić na więcej i został z tyłu, by po kilku chwilach wyprzedzić mnie ,a po następnych kilku chwilach zniknąć mi z pola widzenia.
Na 38 km spotkałem bardzo miłego zawodnika, który miał problem z piętą i zejście poniżej 3,45 zostawił sobie na inny maraton.
Zacząłem nawet z nim rozmawiać i powoli zaczęliśmy zbliżać się do 40 km.
Na ostatniej agrafce minęliśmy się z Jurkiem. Pozdrowiliśmy się gorąco nawzajem choć dla obserwujących nas z boku, to my nawet na siebie nie spojrzeliśmy.:)
Na trasie coraz więcej dramatów.
Jeden zawodnik leży nieruchomo z twarzą wlepioną w trawnik. Nad nim stoi jakiś gość ale na wszelki wypadek pytam czy wszystko w porządku. Po nawrocie mijam go znowu. Dalej leży nieruchomy. On już chyba nie skończy tego maratonu. Chociaż????...........
200 m dalej inny zawodnik klęczy na ziemi i .....wymiotuje.
Po chwili słyszę przed sobą przeraźliwy krzyk aż się poczułem nieswojo. Na szczęście okazało się ,że to "tylko" jakieś potworne skurcze złapały zawodnika, któremu w ich likwidacji pomagają wprawnie dwaj policjanci.
Przede mną pojawił się zakręt w kierunku stoku narciarskiego czyli.....do mety już blisko.
Kibice ciągle zagrzewają do walki.
Zmuszam się jeszcze do biegu i docieram do 42 km i tu…………nachodzi mnie iście szaleńcza myśl aby ostro zafiniszować ostatnie 195 m.
Na szczęście głos rozsądku??? albo głos mojej żony, która jak się później okazało była już całkiem blisko powiedział do mnie w te słowa:
- Chłopie!!!!!!! Przemęczyłeś te 42 km. Łydka ci wytrzymała, a ty teraz chcesz na ostatnich metrach się załatwić?! Ale twoja wola……..jesteś dorosły wiec rób co chcesz.-
Chwila zastanowienia i ……..powolutku docieram do mety.
Myślałem, że nie będę miał siły się cieszyć. A tu niespodzianka.
JESTEM PRZESZCZĘŚLIWY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tradycyjnie już klękam na mecie i całuję ziemię.
Tym razem pocałunek jest dłuższy niż zwykle. Powiedziałbym nawet ,że jest wręcz namiętny.
Podchodzi do mnie jakiś dystyngowany Pan ( który chyba rozumie co czuję w tym momencie) i gratuluje mi serdecznie……………
Teraz wieszają mi na szyi medal. Przybywają kolejni mniej lub bardziej zmęczeni zawodnicy a ja czekam na kilku z nich i gratuluję im serdecznie………….
Dla patrzącego z boku to takie nic nie znaczące krótkie chwile.
Dla mnie piękne ,podniosłe wręcz momenty, dla których warto było cierpieć…….
Wypijam kilka łyków wody.
Zjadam dwa jabłka ( ale nie na raz). Smakują wyśmienicie.
Spotykam kolejnych zawodników z Teamu, którzy już dużo wcześniej zakończyli bieg.
Niektórzy widząc moją zmęczoną twarz pytają czy wszystko w porządku.
TAK! JESTEM SZCZĘŚLIWY!!!......chociaż tego po mnie pewnie nie widać.
Kiedy minęła euforia spowodowana wbiegnięciem na metę trzeba się jakoś ogarnąć.
Czuję się FATALNIE.
Nie przychodzi żadna ulga ,pomimo że już nie biegnę.
Idę pod prysznic. Tam pewnie gorąca woda chociaż troszkę spłucze zmęczenie.
Niestety po prysznicu nie jest nic lepiej.
Biorę się w garść, bo przecież trzeba wybiec naprzeciw Krysi. Po drodze spotykam Jurka ( troszkę zawiedzionego ,że nie złamał 4) i razem udajemy się w kierunku mety.
Nagle jakiś słodki głosik woła- RADEEEK. TU JESTEM !!!
No………… tu mnie moja pierwsza i ukochana żonka zadziwiła.
A ona jeszcze tylko pogłębia moje zdziwienie mówiąc, że nie było tak źle i nawet nie jest zmęczona. Ludzie! przecież Krysia też się nie przygotowała należycie do maratonu…….. a o mały włos by mnie nie dogoniła : )))))))
Krysia wykręciła 4.48 netto. Brawo!!! Dla mnie rewelka!!!!
Mój czas 4.15 nie robi może wrażenia ale dla mnie jest BARDZO wartościowy, tym bardziej kiedy wspomnę sobie co się działo na trasie.
Nie o czas tu jednak chodziło……………………
Wielu ludzi radziło mi przed maratonem – Radek, nie biegnij. Masz kontuzję, masz boreliozę, masz osłabiony organizm 35 dniową kuracją antybiotykową, nie masz ani jednego długiego wybiegania, zrobisz sobie krzywdę. A nawet jak dobiegniesz to będzie twój ostatni maraton . Tak się zajedziesz ,że odechce ci się biegać maratony raz na zawsze.
Kilka rzeczy się sprawdziło.
Zajechałem się, cierpiałem ale……………..już myślę o następnym maratonie.
Drżyjcie już zawodnicy ,bo niedługo nadchodzę.: ))))))))))))
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu Marysieńka (2008-10-16,17:52):
Właśnie to widziałam na twarzach kończących maraton....RADOŚĆ:):)
No to co Radeczku? Następny maraton biegniemy razem? :) mamusiajakubaijasia (2008-10-16,18:45): Radek...Ty wiesz:))) (a ja tak publicznie nie mogę) Grażyna W. (2008-10-16,19:01): Radku, jestem pełna podziwu, ze mając te okropną boreliozę przebiegłeś maraton :-)Jesteś dzielny, ale chyba trochę nieostrożny. Pozdrawiam. jaro42 (2008-10-16,21:02): Gratuluję! Po pierwsze ukończenia maratonu, a po drugie talentu literackiego. Trzyma w napięciu! Twoje spostrzeżenia na pewno pomogą mi w moim debiucie na wiosnę:) Renia (2008-10-16,21:51): Twoje przeżycia to jak Powstanie Styczniowe... Trup ściele sie gęsto... chwała bohaterom... Jarek-S (2008-10-17,08:27): Mogę teraz ze stoickim spokojem powiedzieć jesteś IRONMAN. jeszce raz gratuluje Tobie tego wspaniałego sukcesu i otrzywiście twojej Żonce. Super opowieść czytając ja jeszcze raz przeżyłem ten bieg. Dzięki Ci za to Tom (2008-10-17,11:54): Radek - Numer jeden na świecie. :) dario_7 (2008-10-17,23:16): Prawdę mówiąc, nawet nie zdawałem sobie sprawy z faktu jaka to była walka dla niektórych. Chylę czoła za pokonanie swoich słabości w potwornym cierpieniu i dotrwanie do mety. Tacy jak Ty jesteście dla mnie prawdziwymi bohaterami. Szczerze podziwiam i gratuluję! Wspaniała relacja, trzyma w napięciu i czyta się jak dobry thriller :) Rufi (2008-11-05,13:57): Buhahahaha :) Po tej relacji sie rozpłakałam ze śmiechu :-) Namiętny pocałunek mnie rozwalił :-)
Radku, z całego serca Ci gratuluję! Jesteś wielki. Mam nadzieje ze ja tez taka będę :-)
|