Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [22]  PRZYJAC. [146]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Kedar Letre
Pamiętnik internetowy
Nie tylko o bieganiu.

RADOSŁAW Ertel
Urodzony: 1968----
Miejsce zamieszkania: Środek lasu(k.Kępna)
22 / 81


2008-10-16

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
MARATON POZNAŃ- dzień startu. (czytano: 354 razy)

 

.......obudziłem się jakiś taki wymięty i zmęczony.
- Wstawaj, już w pół do siódmej- zaryczałem do ucha nie dającej żadnego znaku życia Krysi.
- yhy....- usłyszałem w odpowiedzi.

Poleżeliśmy jeszcze kilka minut i rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Wszystko było przygotowane wczoraj więc pozostało się umyć i coś zjeść.Zrobiliśmy to bez większego entuzjazmu i podążyliśmy do samochodu.

W dalszym ciągu nie docierało do mnie ,że za 2 godziny będę biegł w maratonie.Czułem się tak jak przed "dyszką" czy "piętnastką" czyli spokojny i wyluzowany.

Droga na Maltę przebiegła sprawnie.Dopiero dojeżdżając do Ronda Śródka i dalej podążając ul. Warszawską zauważyliśmy zaawansowane już przygotowania do biegu.

Dużo do myślenia dała mi tabliczka z dwiema na pozór mało znaczącymi liczbami 2 i 8,które na tabliczce były bardzo blisko siebie i układały się w - pamiętną dla mnie jak się później okazało - liczbę 28.
Przed skrętem na Maltę spojrzeliśmy jeszcze z Krysią na niekończącą się prostą ul. Warszawskiej i stwierdziliśmy krótko: -Tu może być ciężko.
Zewsząd napływały już tłumy ludzi i mnóstwo samochodów. Rzutem na taśmę załapaliśmy się na miejsce parkingowe - w krzakach- ale dla samochodu leśnika to nie pierwszyzna.

W drodze na start spotkaliśmy Jurka z Miłoszem i gawędząc sobie przemieszczaliśmy się do przodu.
Na placu przed hangarami trwały już mniej lub bardziej nerwowe przygotowania do biegu.
Jeszcze chwilę zastanawialiśmy się jak taktycznie rozegrać ma Krysia bieg i po chwili rozeszliśmy się każdy do swojej przebieralni.
Umówiliśmy się ,ze Miłosz odbierze nam tuż przed startem kurtki,więc cieszyliśmy się ,ze nie będziemy musieli marznąć.
Pogoda jak dla mnie wymarzona.13 st.,słonecznie,niemal bezwietrznie.REWELKA.
Do startu pozostawało niespełna godzina a ja ciągle byłem spokojny i wyluzowany.Jeszcze do mnie nie docierało na co się porywam.
Cały czas byłem pewien ,że dam radę.
Zacząłem rozgrzewkę i kiedy do startu zostało ok. 40 minut całą ekipą ruszyliśmy w kierunku startu. Kiedy dotarliśmy do ul. Baraniaka naszym oczom ukazała się ogromna masa ludzi ustawiających się na starcie.

A ja dalej pełny spokój....................chociaż truchtając troszkę zacząłem myśleć o mojej łydce.
CZy wytrzyma?
Ile km. wytrzyma?
A może 5 a może 25, a może 40.

Postanowienie miałem takie,że jak strzeli łydeczka to schodzę z trasy.

Ustawiliśmy się tuż obok baloników z napisem 4.00.
Moja taktyka na bieg była taka:
1. Biec dopóki łydka nie strzeli.
2. Biec w tempie ok. 5.40 - 5.50/km.

Do startu pozostaje już tylko 10 minut.

Ciągle dochodzą nowi zawodnicy. Rozmawiamy ,śmiejemy się choć daje się już wyczuć pewien niepokój.
Ja niestety ciągle nie zdaję sobie sprawy ,że oto już za kilka minut pobiegnę zmierzyć się z dystansem ponad 42 km.................

Do startu już tylko pięć minut. Jeszcze staram się lekko rozciągać pamiętając jednak aby jakimś głupim,nieprzemyślanym ruchem nie załatwić sobie łydki.

Od startu dzielą nas już tylko sekundy.

Stoję dosyć daleko,więc z zaskoczeniem przyjmuję odliczanie....

10.....9.....8.....7......6.......5.......4........3.......2......1.......START.

Ruszyłem, najpierw powoli,jak żółw ociężale...............................

Dotarło do mnie.....Ja biegnę. Jednak wystartowałem.
Kiedy miesiąc wcześniej strzeliła mi łydka i doszła jeszcze borelioza, w najśmielszych snach nie przypuszczałem ,że do tego dojdzie. Po tych wszystkich rozterkach,po tych wszystkich za i przeciw,po tych kłótniach z żoną, po tym obdzwanianiu lekarzy z pytaniem o radę..........ja biegnę.......

Na razie jest fajnie....wesoło,przyjemnie. Stojący na starcie ludzie dodają nam otuchy krzycząc hasła typu "Dacie radę" albo "Jesteście wielcy".
Biegniemy powoli i jestem szczerze zdziwiony,że tak szybko dobiegamy do mat na linii startu.
Jurek informuje nas ,że mamy się nie obrażać ale on w czasie biegu z nikim nie rozmawia.
Na to ja informuje Jurka ,że jestem gorszy od niego,bo ja gadam,gadam a potem nagle znienacka nie gadam.

Już na pierwszych metrach doganiam kolegę z TEAMU - Jarka Sztyka i choć widzimy się pierwszy raz na oczy zaczyna nam się bardzo dobrze ze sobą rozmawiać.

Dobiegamy do 1 km. Sprawdzamy zegarek. 5.40/km

Dobiegamy do 2 km. Sprawdzamy zegarek 5.30/km

Dobiegamy do 3 km. Sprawdzamy zegarek 5.32/km........i tak sobie biegniemy,biegniemy a na każdym kilometrze stwierdzamy z Jarkiem,że za szybko,że trzeba zwolnić i..........następny km robimy w 5.20.

Atmosfera w czasie biegu jest wspaniała.Jestem zdziwiony dużą ilością kibiców i to do tego tak żywo reagujących i dopingujących.
Razem z Jarkiem dobrze się bawimy.Dyskutujemy z kibicami ,przybijamy piątki z zespołami przygrywającymi na trasie.
Ja próbuje odtańczyć nawet jakiś taniec przed grającym zespołem, co zostaje uwiecznione czyimś aparatem.:))

A czas ciągle oscyluje w granicach 5.30/km.

Biegnie mi się dobrze ale cały czas wsłuchuję się w łydkę.
Kiedy mijamy 10 km mówię głośno - Żeby chociaż jeszcze do półmetka nóżka wytrzymała.
Jarek pociesza mnie od razu mówiąc, że na pewno wytrzyma.

Gdzieś tak na 15-16 km SZOK.
Rozmawiamy,dowcipkujemy a tu nagle naszym oczom ukazuje się mrożący krew w żyłach widok.Przy krawężniku leży zapakowane w worek ciało ludzkie a przy nim policja spisująca jakieś dane. Cała grupa w milczeniu pokonywała kilkadziesiąt następnych metrów i choć stojący dalej policjant wyjaśnił nam ,że to nie zawodnik, to humory nam nieco oklapły.

Ale biegniemy dalej cały czas kontrolując zegarek i.......cały czas na każdym kilometrze wychodzi ok.5.30-5.40.

Na 19 km. ukazuje mi się Anioł.Pytam współbiegaczy czy też go widzą. Na szczęście nie tylko ja go widzę.
Kiedy przebiegamy koło niego mamy przez chwilę bardzo mocny doping. Zdaję sobie sprawę ,że to Anioł pobudził tak do dopingu a nie nasze skromne osoby ale......jest miło.
W dobrej kondycji dobiegam do półmetka. Mam jeszcze na tyle sił ,że pokrzykuję na znajomych ,pozdrawiam kibiców.
Zresztą w pozdrawianiu i zagrzewaniu do boju kibiców to niedoścignionym mistrzem był Jarek . Powinien za to dostać dodatkowy medal.

Mijam połmetek i zaczynam powoli wierzyć ,że skończę ten maraton. mówię do Jarka ,że szkoda by było teraz zakończyć i znów głośno prosiłem : - łydeczko kochana,wytrzymaj jeszcze troszeczkę.
I znowu nieoceniony Jarek woła od razu: - wytrzyma,wytrzyma.Wszystko będzie dobrze.

Jak to ogromny jest dystans zdałem sobie sprawę, kiedy ktoś spytał ile czasu już biegniemy.Spojrzałem na zegarek i poinformowałem gościa,że 1.30.
Po chwili zastanowienia dokonałem epokowego wręcz odkrycia i ryknąłem do współbiegaczy: - Ludzie,wiecie jak my mamy jeszcze daleko!!!???
- No ile- spytali niektórzy choć dobrze wiedzieli, na którym są kilometrze.
Rozpocząłem głośne rachunki.
- Biegniemy już półtorej godziny, tak?!
- TAAAK!!- odparło kilka głosów.
- No to rachunek jest prosty.Musimy biec jeszcze raz tyle ,czyli następne półtorej godziny......
- No i....???? - odezwał się trochę już zaniepokojony głos.
- No i po tej półtorej godzinie......jeszcze GODZINĘ!!!!!
Zauważyłem ,ze kilka osób posmutniało.
Właśnie wtedy zaczęło do mnie dochodzić jaki to długi dystans.

Po 21 km zaczęły mnie straszyć różne bóle to w łydce,to w drugiej łydce,to w kolanie.Był nawet taki moment,że zaczęła mnie boleć łydka identycznie jak wtedy kiedy strzeliła.
Wtedy naprawdę pomyślałem,że to definitywny koniec biegu dla mnie. Na szczęście okazał się to fałszywy alarm.
Ale nie to było najgorsze.
NAJGORSZE miało dopiero nadejść.
Zbliżał się 28 km biegu i na razie poza jakimiś delikatnymi choć stresującymi mnie bólami nic nie zapowiadało kryzysu.
Planowaliśmy nawet z Jarkiem ,że mocno zwolnimy ( tak na 6.15/km)i odpoczniemy przez kilka kilometrów.
NIe wiedziałem wtedy ,że podczas tego maratonu ja nawet przez chwilę już nie odpocznę.
BIegliśmy ciągle dobrym tempem. Baloników na 4.00 nie było widać za nami. Ciągle pozdrawialiśmy na trasie kibiców i dziękowaliśmy im za doping i nagle.......ujrzałem przed sobą znamienną dla mnie tabliczkę z numerem 28.
Przebiegłem koło niej i.............................CDN




Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicy

Dodaj komentarz do wpisu


Marysieńka (2008-10-16,06:23): A już myślałam, że dłuższej relacji od mojej nikt nie napisze...No ale ja tylko kibicem byłam:) Nie każ długo czekać na cd. Super relacja:)
mamusiajakubaijasia (2008-10-16,07:43): Nie myślałeś czasem o pisaniu sceniariuszy do filmów sensacyjnych? Ależ Ty suspens budujesz...konsekwentnie do bólu...DAWAJ KOLEJNĄ CZĘŚĆ!!! ALE JUŻ!!!
AgaR. (2008-10-16,09:44): O rety...ale to ekscytujące....dawaj dalej, bo niecierpliwie przebiegam nóżkami pod biurkiem!!!
Jarek-S (2008-10-16,15:08): Czytając tą relacje bardziej przeżywam ten bieg teraz niż w czasie jego trwania. Radek suuuper relacja, - kiedy następna część:))
Rufi (2008-11-05,13:47): Anioł był the best :)))))







 Ostatnio zalogowani
Lektor443
02:00
Mr Engineer
00:41
KoMarek
23:11
Raffaello conti
23:06
michal.r
23:02
marz
22:43
andrzejgonciarz
22:41
bogaw
22:33
J0Ker
22:30
milu7
22:29
kolor70
22:23
wiesław
22:05
radio_judasz
22:05
soniksoniks
22:02
nairam
21:51
Marek.run
21:44
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |