2008-06-16
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| IV PÓŁMARATON JURAJSKI - Power Is Back (czytano: 419 razy)

weekend zapowiadał się pracowicie. tym większym zaskoczeniem okazał się dla mnie wynik z biegu w Rudawie. Nieplanowałam. miało być spokojnie. wyszło... jak zwykle ;)
Sobota: rankiem spotkaliśmy się z Aśką na Błoniach. cel: ok 140km pętelka. jaka średnia? zobaczymy... byle się nie zajechać za bardzo, bo przecież planuję jednak w półmaratonie wystartować. a to nie przelewki.
wyszła średnia 30km/h. niby nie dużo jak na kolarę... no ale ja zdecydowanie rozpoczynam zabawę w te klocki i cieszy mnie każdy postęp, szczególnie jeśli skorelowany jest z wydłużaniem trasy :) a tu do tego płasko to raczej nie jest :)
niedziela: skoro już wpadła ta wycieczka sobotnia, skoro mocno pojechaliśmy tydzień wcześniej na Szarpaninie, skoro w nocy z piątku na sobotę będę kręcić się wokół góry Chełmiec w ramach Nocnego Maratonu w Boguszowie Gorcach... no to wypada się trochę pooszczędzać. plan obrałam następujący: na pełnym komforcie czyli bez ciśnienia, bez laremidu (bo przy planowanych szybszych biegach jest niestety mi wskazany), bez kolki i bez utraty paznokci, czyli ryzykowania wystąpienia tych zdarzeń przy zbyt mocnych zbiegach, z plecaczkiem ok 3kg postanowiłam przyzwoicie potrenować na konto wyników na AR. nie przyczaiłam się na żaden czas, choć miałam cichą nadzieję nie przekroczyć za bardzo czasu 2h ;) a jeszcze zanim stanęłam w umówionym miejscu, skąd Rafał miał mnie zabrać na bieg, wpadło 4km tytułem rogrzewki. miałam coś do załatwienia po drodze ;)
i tak sobie pobiegłam. mijali mnie znajomi, pytali, czy nie ponieść plecaczka... nie nie :) odpowiadałam... bo to element mojego dzisiejszego ćwiczenia :P no... ale choć plan był spokojny, koszmarki się pojawiły. bo zapomniałam w ferworze rowgrzewki i weryfikacji zmienić skarpety (jakoś nie lubię tych nikowych...). miała być zmiana to nie zawiązałam odpowiednio sznurówek... i na 6km przypomniałam sobie o tych sznurówkach :| na niczym innym nie mogłam się skoncentrować. koszmarek wspomniany zrealizował się na 11km. cóż... spokojnie trzeba było na skraju trasy sznurówki zabezpieczyć :P
i ruszyć dalej.
przyznam się bez bicia, czas kontrolowałam. siła była, ale się oszczędzałam. wbiłam się w komfortowy rytm, który do 11km pozwalał mi na utrzymanie prędkości ok 5:05min/km. potem miała nastąpić kwintesencja trasy, czyli dwa soczyste podbiegi. mniam. na to czekałam. prędkość spadła. jak to na górkach ;) biegnę dalej :)
wśród pilnujących trasę strażaków, mój mały plecaczek wzbudzał lekką sensację ;) patrz jak leci i to jeszcze z plecakiem! patrz, z plecakiem! plecak ma i jak zap*.... ;) nie pomóc? ;) damy radę :) odpowiadałam, to znów kciukiem podniesionym w górę potwierdzając jak najlepsze samopoczucie :)
na 17km utwierdziłam się w przekonaniu, że złamanie 1:50 (licząc czas netto wg mojego czasomierza włączonego na linii startu) mrzonką wcale może nie być. teraz będzie tylko z górki więc przyspieszyłam. a co:) siła została, to przynajmniej zafiniszować można. hehe :) no i udało się :)
czas na mecie: 1:49:50 (jakoś bardzo w pobliżu, bo jak zwykle spóźniłam się nieco z wyłączeniem stopera ;)) prawie jak zeszłoroczna życiówka na płaskiej Marzannie. aż strach się bać co by było, gdybym się choć trochę do biegu przygotowała... choć nigdy nic nie wiadomo, bo zawsze to mógłby być nie ten dzień... albo zjadłby mnie stres :P
POWER IS BACK :D
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |