2008-05-26
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| III BIEG SKOTNICKI - do TYŃCA :) (czytano: 459 razy)

niemal jak podróż sentymentalna... a przecież tak często bywam na tej trasie :) z domu do Skotnik, potem w dół boczną drogą przez lasek do Tyńca. zwykle jadę dalej... tym razem plan trasy zakładał powrót.
a trasa niczego sobie :> bieg górski. muszę sprawdzić przewyżenia ;) a trochę mogło wyjść :) cóż... biegi skotnickie do łatwych nie należą, do przyjemnych - z całą pewnością.
na start dotarłam na kolarce. zdecydowanie najszybsza opcja, bez przesiadek. owszem, mogłabym przecież umówić się ze zmotoryzowanymi znajomymi, jednak założyłam sobie DUATLON przy dobrej pogodzie, a że taka po szarym tygodniu się nadarzyła to i wypadało wykorzystać.
miało być spokojnie, rozgrzewkowo. wyszło jak zwykle.
po co mi kolejny rekord trasy?? eh...
zapakowana w buty biegowe stanęłam na starcie. tym bardziej tempo miało być spokojne, bo górki, bo tydzień po Kieracie, bo jeszcze mocne starty przede mną, bo... nie rozgrzałam się za bardzo, zbyt wielu znajomych dojrzałam, dawno nie widzianych, to się pogadało ;) dobrze, że choć ten rower mocniej wyszedł, pomyślałam sobie. tętno przynajmniej wskoczyło na właściwe obroty.
start!
ruuuuuszyyyyyyli....... coś ok 500 osób sądząc po numerach, to i trochę trwało, zanim z ostatniego szerego przedarłam się przez metę. jeszcze krótki korek w bramie i.... z górki na pazurki.... prysnął sen o spokojnym biegu:P
biegnę z Aśką, tempo na początek ok 5 min/km. trzeba się rozgrzać. już na drugim bez taryfy ulgowej, bo znów zjazd, tym razem mocny. nie oszczędzam się, lubię zbiegi. ku memu zaskoczeniu czas na 2km to 9min. hm... ładna przewaga, szkoda tracić. będzie walka do końca. szkoda tylko, że pareset metrów dalej dopadła mnie kolka :( zwolniłam. parę mocnych wdechów, podbieg. uff, trochę przeszło. da się biec. Aśka uciekła, ale nie za daleko. trzymam odległość i tempo.
lasek. uwielbiam ten lasek. najpierw pod górkę, by potem, jeśli jestem na rowerze, spuścić się pięćdziesiątką w dół szeroką, kamienistą ścieżką. mniam :D zaatakowałam górkę, dogoniłam żółtą grupę ścieżkową. w dół... jupi! znów parę osób do przodu!! :D i.... auuuu znów kolka! mocne walnięcie w bok stawia mnie niemal w miejscu. co jest... pytam siebie. obiad jadłam dawno, lekki, w stylu włoskim ;) może to brak rozgrzewki? albo w ogóle szybkich treningów ostatnio? znów parę mocny wydechów przynosi ulgę. przyspieszam. gonię. żółta grupa oddaliła się, doganiam ich na podbiegu na dziedziniec opactwa benedyktyńskiego. okrążenie wokół studni. półmetek. 29min. nawrotka. teraz będzie więcej pod górę. póki co na zbiegu znów się rozpędzam, mijam żółtą grupę z zamiarem utrzymania przewagi do końca. czuję moc w nogach. podbiegi mi nie straszne. skoro ich dogoniłam, myślę sobie, to powalczę. ot co! auuuuuu!!!
znów kolka! tym razem uderzenie obustronne. oddech nie pomaga. zwalniam jeszcze mocniej. jeszcze chwila i przejdę do marszu! co jest ??!?!!? mija mnie Rysiek, za chwilę Darek i reszta grupy. poruszam się jak żółw. uff... górka. pod górkę biegnę skulona, ból nieco zelżał. dopada mnie w tym czasie Janusz i Marcin. czas na 10km: 47min. ja odpoczywam. muszę złapać oddech. biegnę z nimi chwilę. wyłaniamy się zza zakrętu. słyszę za sobą cichy jęk. reakcja Marcina na ostatni wielki podbieg. potem już będę tylko mniejsze ;) z daleka obserwuję wspinających się biegaczy. lubię tę górkę :D nawet nie trzeba zbytnio przykładać się, wystarczy poddać się grawitacji, by rozpędzić tu rower do sześćdziesiątki ;)
atakuję. znów skulona, w tej pozycji mam przewagę: kolka przechodzi :P już prawie minęła. do mety tylko pod górkę to nie powinna bestia wrócić :P hehe
zostawiam chłopaków w tyle. Janusz mnie goni. będzie raźniej na końcówce :D
miałam napisać: ostatnia prosta ;) ale organizator postanowił na końcu trochę pokluczyć między domkami. zakręt zakręt zakręt. 13km minęło jakiś czas temu. czas: 1h01 nieźle. rzadko ostatnio biegam po ulicach (to mój pierwszy bieg uliczny w tym roku!), ale na tym dystansie to chyba najlepszy wynik. bardzo ładnie :) tym bardziej, że płasko to nie było :P
jeszcze honorowe okrążenie wokół boiska. patrzę na zegarek. tak! jak się postaram to będzie poniżej 1h04! prostuję się. przyspieszam...
tuż ZA metą wskakuje 4. hihi (ostatecznie czas brutto jest jakieś 40s dalej)
ciężki medal zawisnął na szyi. solidny kawał roboty. PIĘKNY. w Skotnikach warto biegać dla medalu :D wspaniała nagroda, współmierna do trudów trasy ;)
miało być lekko, coś nie wyszło ;) tzn wyszło jak zwykle :D jestem zadowolona z rezultatu.
i jeszcze na koniec niespodzianka. nie zdążyłam nawet przeanalizować dobrze wyników jak wywołali moje nazwisko na pudełko. 3 miejsce w kategorii :D mało się nie zabiłam (z wrażenia ;)) w szosowych butach przy wchodzeniu i schodzeniu po wąskich schodkach ;)
eh... telewizora niestety nie wylosowałam :( są też tego dobre strony: przynajmniej problem logistyczny odpadł, bo jak niby dowieźć TV do domu na kolarce ;)
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora |