Jestes
niezalogowany
ZALOGUJ

 

  WIZYTÓWKA  GALERIA [28]  PRZYJAC. [55]   BLOG   STARTY   KIBIC 
 
Katarina
Pamiętnik internetowy
fortuna favet fortibus

Iza C
Urodzony: 1980-09-21
Miejsce zamieszkania: Kraków
89 / 145


2008-05-19

Dostęp do
wpisu:

Publiczny
KIERAT 2008 - lekcja (gorzka) nr 2 (czytano: 801 razy)



eh.... to już prawo serii :( oby do trzech razy sztuka...

podsumowując: mój pierwszy start w setce to cała karawana wielbłądów ;)

Iza, to nie buty na długie wycieczki... po kilkudziesięciu km już nie stabilizują za dobrze, podeszwa za słaba... spojrzałam na swoje NB800 zabezpieczone dodatkowo stuptutami przed potencjalnymi kamyczkami rządnymi dostania się do środka celem zmasakrowania stopy. hm... obecni na sali zawodnicy, prezentowali najróżniejsze style pokonywania trasy, od lekkich glebowgryzarek biegaczy przez buty trekingowe lżejsze i cięższe należące do turystów... widziałam nawet zwykłe adidasy… to dopiero wyzwanie…

Krzysiek zapewne ma rację, pomyślałam, miałam jednak nadzieję, że różnica w wadze i wysokości zrekompensuje lekkość buta.

Godzina 18. Wyruszyliśmy.
Błąd nr 1.
Pobiegliśmy za tłumem. Tłum, rzecz jasna doprowadził nas do punktu, jednak dołożyliśmy parę kilometrów. Cóż, należało po prostu zapomnieć o wszystkich dookoła i nawigować od początku wg własnego przepisu i zaznaczonej przez nas na różowo trasie.

mimo to na 1 punkcie byłam 2 kobietą.

Błąd nr 2.
Wreszcie wyzwoliliśmy się spod presji tłumu, pobiegliśmy autorskim planem. Hm… na mapie wyglądał dobrze, krótko i bez zaliczania górki… coś jednak poszło nie tak, gdzieś nie zwróciliśmy uwagi na kierunek… że nagle znaleźliśmy się… nie wiadomo gdzie. Musieliśmy wyjść z lasu, by określić miejsce naszego położenia. Niestety znów wpadło kilka dodatkowych kilometrów :( zamiast za dnia, drugi punkt zaliczaliśmy w nocy, zamiast w gronie biegaczy, w tłumie maszerujących.

A każda godzina na takiej imprezie jest na wagę złota.

Po psychicznie ciężkim tygodniu, w obliczu stresu związanego z brakiem wiedzy o tym gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy, coś we mnie pękło i spadł na mnie pierwszy kryzys. Tu Marek dzielnie wspierał mnie, bym po krótkim czasie, wróciła do siebie.

Napieramy w dobrym tempie dalej. utrzymujemy wypracowaną stratę czasową, jednak wciąż wyprzedzając kolejnych uczestników.

W drodze na Turbacz (41km) kompatybilnie dopadła nas …. ŚCIANA. Bardzo zwolniliśmy. Co się stało? Brak pary. Po prostu. Coś wyłączyło w nas siłę i dynamikę. Jak dwa żółwiki przesuwaliśmy się mozolnie szlakiem. W końcu ujrzeliśmy światełka schroniska. Światełka nadzieji na ciepłą herbatę. Znaleźliśmy się w środku. Byliśmy ok. na 80 miejscu. Straciliśmy wypracowaną przewagę. Oklapłam. Siadłam. Resztki sił odpłynęły. Chciałam zrezygnować. Oddać kartę. Obiecywałam sobie odpoczynek. Powolny powrót do treningów. Wiedziałam, że to oznaka PRZETRENOWANIA. Za mocny sezon 2007. za krótki okres roztrenowania. Za szybki powrót do mocnych akcentów, startów. a może zaczęłam za szybko? choć w każdej chwili miałam przecież wrażenie, że mogę duuuużo mocniej. to jednak respekt przed pierwszą w życiu setką nie pozwalał mi przyspieszyć.

Tylko dlaczego na treningach tak dobrze szło? Dlaczego starty nie wychodzą??

Tak. Odpoczynek. Od teraz.

Stąd nie ma transportu, najlepiej zejść do punktu 8. usłyszałam za plecami, gdy organizatorka tłumaczyła możliwości powrotu do Limanowej jednemu z uczestników, który właśnie się poddał. To bez sensu. Nie oddajemy karty, będziemy mieć przynajmniej zaliczone więcej kmów. Wzmocnieni rosołem, kawą, bułą z serem, mleczkiem w tubce, herbatą i 15 min drzemką ruszyliśmy w drogę.

Byle do punktu 8 (50km), a potem zobaczymy do dalej.

Błąd nr 3.
Bez względu na to, czy mielibyśmy zrezygnować, czy też podążać dalej, powinniśmy zdjąć buty i skarpety, wysuszyć stopy. Może nawet zabezpieczyć już otarte miejsca plastrami.

Nie zrobiliśmy tego.

Teraz w dół. Rozpędziliśmy się. Wspierając się kijami przeskakiwaliśmy co większe kałuże, głębsze błota, większe kamienie. Szybko nadrabialiśmy straty.

Błąd nr 4.
Psycha się podniosła, byliśmy zdecydowani napierać dalej. nawet do samego końca. Pozostała połowa. Już bez taryfy ulgowej. Mocno i do przodu. Więc tymbardziej powinnam zdjąć te przeklęte buty i skarpety by choć trochę zregenerować stopy. Przeklęte, bo już odczuwałam pierwsze objawy zmęczenia spowodowane zbyt słabą amortyzacją.

Jak szybko przyszliśmy, tak szybko zniknęliśmy w drodze do kolejnego punktu. Przełajem, strumieniem, lasem. Wszędzie błoto, czasem po kostki. Poranna rosa przyjemnie chłodziła piekące stopy. Lubiłam tę chłodną rosę, mokrą trawę skupiającą w sobie jeszcze wodę z nocnego deszczu. Przynosiła prawdziwą ulgę.
Asfalty i szutrowe podejścia - ból.

Od ok. 10 (64km) punktu bieg przestał być możliwy.

Mimo to wciąż nadrabialiśmy w klasyfikacji. Na 12 (75km) punkcie byliśmy już ok. 49 miejsca, znów wzmocnieni boskim żurkiem z doskonałą kiełbasą oraz niebiańską herbatą owocową z miodem - na kolejnym – 45 (80km).

W drodze do 14 (86km) punktu po prostu przestałam iść. Stopy całkiem odmówiły posłuszeństwa. Zamieniły się w dwie piekące kulki. Nie czułam palców, śródstopia ani pięt, tylko potworny ból wyciskający łzy z oczu, na który nawet podwójna dawka ibupromu max nie pomogła. Posiedzieliśmy chwilę, żadnej poprawy. Nie byłam w stanie wykonać kroku, nie pod górę.

Błąd nr 5.
Określony z perspektywy czasu. Może Marek powinien mnie w tym miejscu wziąć na hol? Przecież w dół zeszłam, co prawda niecały 1 kilometr zajął mi niemal 1,5h, niemniej jednak …. Myślę sobie co by się stało, gdyby …. Potem od 14 punktu trasa prowadziła niemal cały czas po płaskim bądź w dół… może dało by radę ukończyć? Niestety w chwili rezygnacji nie mogłam o tym wiedzieć…

Po powrocie okazało się, że Marek był przede mną. Bardziej doświadczeni stwierdzili, że powinnam zdjąć buty, odpocząć i iść dalej. a ja sobie myślę, że jeśli mowa o zdejmowaniu, to optymalnym miejscem był Turbacz, dobrym punkt 8. w tym najbardziej krytycznym momencie było już za późno. gdybym zobaczyła swoje stopy na 14 z pewnością nie podjęłabym dalszej walki. Bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

Po niecałych 22 godzinach zmagania się z górskimi szlakami, błotnistymi i na bieżąco okrapianymi deszczem, przełajami, azymutowania przes lasy i łąki, przegrałam walkę. Na dyplomie mam 80km, choć myślę sobie, że przez parę błędów nawigacyjnych mogliśmy dobić do setki ;) po optymalniej trasie to czasem nie szliśmy.

tak niewiele brakło... budzi się we mnie zew odwetu. zastanawiam się, że przecież mogłam walczyć dalej, czy nie poddałam się za wcześnie... jednak gdy przypomnę sobie tempo na samym końcu 1km/h ;)

Buty… hm… do samego końca nie brakowało mi stabilizacji. Owszem, odczułam dość mocno skutki cienkiej podeszwy. Ale coś za coś… ani razu nie poślizgnęłam się na śliskiej nawierzchni. Świetnie trzymały. Zdecydowanie sprawdzały się w tych najbardziej ektremalnych warunkach. nie mogę jednoznacznie zrzucić winę za ból na ich lekkość i niedostosowanie do tak długich podróży… zawaliłam jeszcze z jedną rzeczą: skarpety. TO MÓJ NAJWIĘKSZY BŁĄD!! Ubrałam sobie takie, które świetnie sprawdziły się podczas biegania, jednak w suchych warunkach. na mokro wypadało by zaopatrzyć się w coś z wyższej półki, posiadających jakieś dodatkowe bajery … może warto. Nie pierwszy raz zdarza mi się napierać w mokrych warunkach (śmiem stwierdzić, że jeśli tylko nie jest to start pod ziemią to zawsze jest mokro :|) jednak tak wiele wody nabrałam po raz pierwszy. A ponieważ i w butach w podobnych warunkach zdarzało się walczyć, to pozostają skarpety, które jakoś podejrzanie jak na sportowy model, nabierały i trzymały dużo wody.

A po kąpieli potrzebowałam 14 plasterków do zaklejenia odcisków :(.

Eh… gorzka to piguła… choć lekcja obfita w nowe doświadczenia i przemyślenia. Z jednej strony start bogaty w doświadczenia, gotowych do wykorzystania na kolejnych imprezach. Jak dla mnie jednak trochę za dużo tych błędów. Co start coraz więcej :( dlaczego? Marek mówi, że to dlatego, że coraz każdy start jest coraz to mocniejszy i pojawiają się coraz to nowe problemy, którymi musimy stawić czoła. Faktycznie, nie zdarza nam się popełniać tych samych błędów… Ciężko… bo impreza bez należytego finału podkopuje wiarę w siebie.

Co dalej? z całą pewnością luz. Zarówno na startach jak i na treningach. Regeneracja w środku sezonu. Sezon 2008 jakiś taki stracony wygląda…

A do kolejnego Kierata to trzeba będzie mądrzej się przygotować. Eh… myślę, że zacznę od znalezienia odpowiednich skarpet i … butów. Trailówki z grubszą podeszwą na tak długiej trasie chyba jednak lepiej się sprawdzą.


Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora







 Ostatnio zalogowani
Citos
21:10
arco75
21:03
LiBart
20:53
Hari
19:46
prokopowicz87
19:43
ruski22
19:42
jaro kociewie
19:21
piotrhierowski
19:14
bobparis
19:09
mogebycostatnixd
18:22
kostekmar
18:12
romano071
17:52
gora1509
17:44
Admirał
17:42
chris_cros
17:41
42.195
17:09
|    Redakcja     |     Reklama     |     Regulamin     |