2008-01-11
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| ... i biegowy zgon na Biegu Noworocznym część II (czytano: 278 razy)

… nadal stoimy w miejscu, po prostu utonęliśmy w tłumie entuzjastów biegania…czas płynie, a my przesuwamy się w kierunku startu w zawrotnym tempie kilku centymetrów na sekundę. Po kilkudziesięciu sekundach zaczęliśmy truchtać i jakoś slalomem, pomiędzy biegnącymi, omijając stojące na ulicy samochody…ciekawe uczycie, tak pędzić do przodu, przedzierając się przez tłumy;-) do pokonania trzy 3,33 kilometrowe pętelki. Początkowo trasa delikatnie opadała w dół, następnie się wypłaszczała, by znów lekko opaść , ale to tylko „początek”, na końcu pętelki lekkie wzniesienie. Myślę sobie… czyżby to słynna morena? Po wbiegnięciu górę pokazało się kolejne delikatne wzniesienie, trzeba zebrać siły i pod górę, na „szczycie”, chociaż określenie szczyt to gruuuba przesada(!), pojawiła się przed oczami kolejny podbieg! REWELACJA! Biegniesz, pod jedno wzniesienie, drugie, a tu jeszcze trzeci podbieg czeka…super, super, jeszcze raz super! Podbiegi dały trochę w kość, ale o to właśnie chodzi… ;-) Trzecia pętelka i koniec! Nie ma to jak praca zespołowa… RZ jest poprawiony o 3 minuty, w porównaniu z majową dyszką z Krapkowic… nawet pobiłam sówj rekord życiowy na 3 km - ostatnią trójkę pobiegłam w 11:57...naprawdę polubiłam ten dystans i to bardzo ;-) Po biegu zwrot chipów i udaliśmy się na posiłek, niestety kiełbasa to nie było to o czym wtedy marzyłam…więc po przebraniu się zaczęłam gorączkowo szukać…czekolady…bez komentarza, ale jak się okazało nie tylko ja miałam chrapkę na ten wynalazek Indian… chłopaki jak się okazuje też maja podobne gusta i smaki ;-) Droga powrotna do Lublińca to już czysty relaxxx przy szampanie, przecież był Sylwester! Powrót do domu i czas na odpoczynek…a gdzie tam w taka noc! Chociaż moje marzenia ograniczały się do ciepłego łóżka, to jednak trzeba było być twardym i nie dać się, przecież kto śpi w sylwestrową noc? Na pewno nie ja ;-)
Spać położyłam się między 4 a 5, a już po 7 pobudka! …może to była przyczyna mojego zgonu na kolejnym biegu…sama już nie wiem…w każdym bądź razie, o 12:00 w Nowy Rok, tradycyjnie MECIARZE zapraszają na odparowanie sylwestrowych procentów na 4 kilometrowej krosowej trasie
;-) Oczywiście ja także się pojawiłam. Niestety pierwszy kilometr pokonany w 3:45 ściął mnie z nóg, CHCIAŁAM ZJEŚĆ, PÓJŚĆ SOBIE DO DOMU, PAŚĆ W LESIE I NIE WSTAWAĆ, czułam się fatalnie! Ale cieszę się, że te czarne myśli nie wzięły góry, biegłam dalej… drugi kilometr pokonałam w 4:15, a dwa ostatnie..ehhh, w 4:30 :/ biegłam, biegłam ale jakbym w miejscu stała, wyprzedzili mnie prawie wszyscy, którzy dali rade … Cieszę się jednak że ukończyłam ten koszmarny bieg…oby ten biegowy zgon się nigdy nie powtórzył!
Na fotce ekipa WKB META i symboliczny, nie nie kieliszek... kubek ... szampana ;-)
Blog moga komentować wszyscy zalogowani czytelnicyDodaj komentarz do wpisu |