2009-05-12
Dostęp do wpisu:
Publiczny
| Maraton Boguszów Gorce (czytano: 274 razy)

Na drugi maraton wybierałem się do Boguszowa Gorce.
.... Aha .... latka lecą, wzrok powolutku słabnie, postanowiłem więc na zawody zakładać jednodniowe soczewki kontaktowe. Tydzień wcześniej trenowałem zakładanie tego ustrojstwa, jednak z bardzo miernym skutkiem. Wobec tego budzik nastawiam 30 minut wcześniej z nadzieją, że się uporam z w tym czasie z tym zadaniem. Niestety 30 minut okazało się zdecydowanie za mało, w lewym oku soczewka założona a w prawym w jakiś cudowny sposób znikła, pewnie gdzieś się zrolowała i wylądowała w jakimś zakamarku oka. Trudno... jadę z jedną.
Po paskudnej trasie we Wrocławiu nareszcie prawdziwe góry. Jeździłem już po tych górkach wiem, że będzie ciężko. Na maraton jadę z Pawłem, będzie to jego debiut, więc Paweł nie ma kompletnie pojęcia co go czeka. Na miejscu jesteśmy około godziny 8.00 parkujemy samochód i idziemy się zarejestrować. Na razie kolejek brak, ale i tak mamy pecha gdyż gość przed nami odbiera 31 pakietów dla całej drużyny. Nareszcie organizatorzy uporali się z sektorami startowymi. Zorganizowano 6 sektorów startowych, zawodników rozstawiono wg wyników uzyskanych w poprzednich edycjach. Poszczególne grupy startowały co 3 minuty, a o miejscu decydował wynik netto. Za start z wcześniejszego sektora system automatycznie doliczał 45 minut, więc na starcie zapanował błogi spokój.. Start odbył się bardzo płynnie i zaczynamy się wspinać na Chełmiec. Na 6 kilometrze wjeżdżając z lasu widzę polną drogę z głęboka koleiną z lewej strony... nim zdążyłem pomyśleć aby nie wjechać w te pułapkę wjeżdżam w koleinę, rower momentalnie się zatrzymuje, ja przelatuję przez kierownice, rower wypina się z pedałów, odskakuje w górę i ląduje na mej głowie na której mam założony kask więc krzywdy mi nie zrobił. Wstaje i jadę dalej, na trasie luzik, od czasu do czasu wyprzedza nasz jakiś młody ścigant, który wystartował z ostatniego sektora i pędzi dystans mini czyli coś około 30 km. Po 2 godzinach i 11 minutach zaliczam półmetek i wjeżdżam na drugą pętle maratonu, specjalnie zmęczony na razie nie jestem jednak bolą mnie ręce i barki (siłownia się kłania). Trasa maratonu taka jaką lubię, dużo podjazdów, szybkie zjazdy, zero asfaltu, zero piachu, tylko szuterek i leśne drogi. Na zjazdach jadę ostrożnie, przy 35-40 km/h zaczynam hamować, wtedy od czasu do czasu mnie ktoś wyprzedza, jednak aby zjeżdżać szybciej koniecznie muszę opanować temat „soczewki”. Na metę wpadam po 4 godzinach i 24 minutach kończąc dystans Giga ( 81km ) na 101 pozycji. Średnia prędkość przejazdu 18,4 km/h nieźle jak na mnie. Jestem bardzo zadowolony z tego maratonu i nie chodzi tu wcale o czas oni zajęte miejsce, po prostu cieszyłem się niesamowicie samą jazdą, paleniem mięśni na podjazdach, adrenaliną na zjazdach. Czy kiedyś czułem się tak szczęśliwy biegając, pewnie tylko raz, gdy kończyłem setkę w Kaliszu u Mariusza.
Muszę jeszcze wspomnieć Pawła, kończy maraton tymi słowami: „trzeba być nienormalnym aby tak się skatować i jeszcze za to zapłacić ... „. Dzwoni do żony z informacją, że kwalifikacji olimpijskich niestety nie zdobył, jednak nie powiedział ostatniego słowa i za miesiąc w Piechowicach ponownie powalczy :-)))
Blog moga komentować tylko Przyjaciele autora TREBI (2009-05-12,15:39): Brawo Marek.
Co raz bardziej te maratony rowerowe mnie intrygują:)
Chciałbym kiedyś spróbować. Tylko muszę najpierw odpowiedniego osiołka kupić:)
Pozdro
|